Umorusany ziemią Ascaron w pośpiechu dosiadł wierzchowca.
- Wio! – krzyknął ile sił w płucach i popędził rumaka.
Ten ruszył z dęba i od razu przeszedł w galop, był wyjątkowo dobrze zadbany, jego potężne nogi rytmicznie wystukiwały melodię, bujna grzywa powiewała na wietrze. Rumak pędził z prędkością, jakiej nie powstydziłyby się najlepsze rumaki Requiemskie, w zakręty wchodził z gracją, której nie sposób opisać. Siodło było idealnie dopasowane do grzbietu, oprawione skórą i wypolerowane, Ascaron nie mógł stwierdzić co było poduszką w siodle ale pewien był, ze było to wygodne. Jedynie wiatr świszczał mu w uszach gdy mijał kolejne pola, w głowie natomiast świszczało mu pytanie skąd Aeon wziął takiego rumaka… i po co? Ta myśl jednak po chwili przestała zaprzątać jego głowę, gdyż przypomniał sobie, że Drax ma nad nim jakies dwadzieścia, może dwadzieścia pięć minut przewagi. Tyle czasu mogło okazać się gwoździem do trumny. Drax z kolei także trafił na wyjątkowego rumaka, który niósł go z zawrotną prędkością, gdyby tego było mało, szeroka, kamienna droga pozwalała na poruszanie się z pełną prędkością bez obaw o zahaczenie o jakąś gałąź czy korzeń. W oczach chłopaka płonęły gniew i rządza zemsty. Gdyby nadać tym uczuciom kolory kolejno czerwony i żółty, ten drugi byłby w przewadze. Pomimo, że zawsze wydawał się opanowany w tych sprawach, tylko kwestią czasu było, kiedy stłumiony głos w jego sercu zacznie ryczeć niczym horda potępionych. Skoro okazja czyni złodzieja to równie dobrze szept może obudzić bestię pogrążoną we śnie. Ascaron zostawił daleko za plecami mury Requiem, a w oddali widać było knieję Casia-Norda. Tuz przed Casia-Norda kamienna droga skręcała na wschód i właśnie od wschodniej strony ją okalała. Casia-Norda była swego rodzaju wschodnią odnogą całej Casia-Magna, swoja nazwe zawdzięcza jednak północnemu położeniu względem Requiem, a nie części Azarath, na której się znajduje. Jak nie trudno się domyśleć na zachód od cytadeli znajduje się Casia-Westa, oddzielająca zachodnie wybrzeże Azarnea oraz miejsce, które było niegdyś legowiskiem Illiatha i ciągnie się aż do portu Lethe. Pomimo że Azarath ma wiele ciekawszych miejsc od owej kniei to właśnie Casia-Norda miała odegrać w tej chwili kluczową rolę. Ascaron spostrzegł w oddali samotnego jeźdźca, który trzyma się kamiennej drogi, był niemalże pewien, że tą osobą jest nizinny jak śnieżno włosy przyjaciel. Nie mylił się, chłopak nie znał zbytnio okolic, a w lesie już raz się zgubił, to też wybrał dłuższą, aczkolwiek łatwiejszą drogę.
- Jeśli skrócę drogę przez Casia-Norda mam szansę go złapać. – pomyślał Steelstrike.
Tak też poczynił, co prawda to właśnie w tej części lasu stracił swoich ludzi, ale Drax był dla niego cenniejszy niżeli ktokolwiek inny, przynajmniej jako żołnierz.
- Wiśta wio! – wykrzyknął raz jeszcze i pokierował konia w stronę zarośli.
Rumak nieustraszenie przeskoczył przydrożne krzaki i niczym strzała pomknął miedzy drzewami. Dzień był jeszcze młody, ledwie parę minut po południu, ale gęste korony drzew przepuszczały niewiele światła. Ćwierkanie ptaków i delikatny szum wiatru rozluźniały nieco napięcie, które towarzyszyło mistrzowi od samego rana. Ten z kolei postanowił zatrzymać się na krótką chwilę przy stawie, który właśnie mijał, aby pozwolić rumakowi na chwile wytchnienia i zamoczenie pyska w wodzie. Dość często jeździł na około Casia-Norda, ale dobrze znał także samą knieję, knieja pozwalała zaoszczędzić w jego przypadku jakieś czterdzieści minut, więc po wyjeździe musiałby jeszcze chwilę czekać na Draxa. Nagle zapadła cisza, niepokojąca cisza, Steelstrike rozejrzał się uważnie po okolicy, po całym jego ciele przeszedł dreszcz. Coś kryło się w drzewach, ale nie potrafił tam niczego dostrzec, w pewnej chwili nawet żałował, że nie ma ze sobą Aeona. Powietrze stało się ciężkie, tak przynajmniej wydawało się samemu strażnikowi, po chwili poczuł czyjś wzrok, Ascaron nie był typem, który lubił się bawić w podchody. Bardziej by odpowiadał mu ciężar walki z dziesięcioma przeciwnikami, których widzi, aniżeli ciężar jednej pary oczu. Nagle świst dobiegł jego uszu, bez większego zastanowienia dobył swój oręż i odchylił głowę. Przed jego oczami śmignęła strzała o stalowym grocie, mógł dostrzec ja bardzo dokładnie, grot składał się z dwóch cienkich, skrzyżowanych warstw metalu leżących do siebie prostopadle. Końce grotu wystawały lekko ponad drzewiec strzały, takich strzał nie można wyciągnąć z ciała bez rozszarpania całej rany, a wbicie w kość jest niemalże jak wyrok. W mgnieniu oka Ascaron spojrzał w kierunku, z którego nadciągnął pocisk. Na gałęzi jednego z drzew stał zamaskowany, ubrany na czarno człowiek. Natychmiast wyrzucił łuk i zaczął kręcić w powietrzu dłońmi jakby chciał ulepić kulę z powietrza, spod jego chusty zakrywającej twarz do wysokości oczu dało się zauważyć, co prawda nie wyraźne, ruchy ust. Cienie niczym hebanowe wstęgi zaczęły zwijać się pomiędzy dłońmi zamachowca.
- Magia cienia – szepnął pod nosem Ascaron.
Nie zwlekając dłużej gwardzista wbił swój miecz w ziemię, i w mgnieniu oka drzewo, na którym stał zamaskowany człowiek zostało rozdarte od wewnątrz stalowymi kolcami. Zmuszony do przerwania inkantacji zaklęcia zeskoczył z gałęzi. Ascaron był tak samo medium jak Drax, jedną z zalet magii medialnej jest szybkość z jaką można się nią posługiwać, w dodatku czysty rodzaj many którym posługiwał się Ascaron nie wymagał w większości przypadków inkantacji zaklęcia. Problem pojawił się jednak w chwili gdy niedoszły zabójca uniknął ataku swojego oponenta. Przywrócenie broni do poprzedniego kształtu zabierało chwilę czasu, chwilę, której gwardzista aktualnie nie miał. Zabójca jeszcze w powietrzu dobył dwóch kukri, które nosił przy pasie. Kukri jest nieco większym nożem od sztyletu, jego ostrze zakrzywione jest nieco do wewnątrz, przypomina z wyglądu niektóre maczety, umocowane jest na krótkiej rękojeści, a celne uderzenie potrafi wbić się dość głęboko w ciało. Zamachowiec wykonał obrót w powietrzu posyłając dwa uderzenia w stronę strażnika. Ascaron pozostawiwszy miecz odskoczył do tyłu, był teraz bezbronny. Napastnik poczuwszy grunt pod nogami szybko skrócił dystans do strażnika i wyprowadził kilka ataków na zmianę celując w głowę, nogi i ręce, ale bezbronny nie oznacza w przypadku Ascarona więcej niż „niemający broni w ręku”. Po serii płynnych, niczym taniec w wykonaniu mistrza tańca, uników Steelstrike wywęszył okazję do kontry, posłał swojemu przeciwnikowi potężny prawy tuz pod klatkę piersiową. Uderzenie pięścią uzbrojoną w ćwiekowaną rękawicę pozbawiło napastnika tchu i zachwiało nim w nogach. Nie poprzestając na tym Ascaron posłał mu drugi cios tym razem z lewej ręki. Tym razem z ust zamaskowanego napastnika potoczyła się krew i wyciekła leniwie spod chusty. Kukri wypadły mu z rąk, ale Steelstrike’owi było mało, nie czekając aż zabójca się pozbiera chwycił go za rękę i biorąc rozpęd nabił na kolczastą kolumnę, która to jeszcze to chwilę temu zmienił drzewo w drzazgi. Kości zagruchotały, pękła tętnica a krew strumieniem wystrzeliła na Ascarona. Przy zwłokach Steelstrike znalazł coś znajomego, pieczęć Arcymistrza Archona.
Tymczasem Drax zbliżał się nieubłaganie do Mymur, to, co wydawało się Ascaronowi chwilą w rzeczywistości zajęło znacznie więcej czasu. Białowłosy chłopak zboczył z kamiennej drogi, która ciągnęła się aż na północne wybrzeże by połączyć się ze szlakiem handlowym przechodzącym przez Punrę. Błotnista ścieżka odbijała ponownie na prawo, tutaj koniem nie dało się już gnać tak szybko. Spokojnym kłusem Drax zapuszczał się coraz głębiej na bagna, towarzyszyło mu rechotanie żab, od czasu do czasu dało się słyszeć posykiwania gadów. Zapachy towarzyszące temu otoczeni nie były pierwszej jakości, gdzie niegdzie na powierzchni bagna unosiły się truchła martwych zwierząt które padły łupem jakiegoś drapieżnika, bądź samego bagna. W końcu za zakrętem pokazała się drewniana brama, nie robiła ona największego wrażenia, osada, bo miastem tego Drax nie potrafił nazwać, przypominała bardziej opuszczoną palisadę, ale mapa przecież nie kłamie.
- W zasadzie nie powinienem się spodziewać czegoś okazalszego, to tylko banda morderców. – mruknął pod nosem Drax.
Nim dojechał do bramy zobaczył, ze ta się otwiera i na spotkanie wychodzi mu człowiek grubo po czterdziestce. Na jego piersi widniał odwrócony symbol Requiem, był dość pokaźnej postury, jego umięśnione ręce wydawały się być w stanie wyprostować podkowę. Twarz pokryta bliznami dawała do zrozumienia, że nie jest on dziewicą w rzemiośle wojennym. Czarne jak smoła oczy promieniowały morderczym doświadczeniem, jego głowa była niemalże łysa. Szedł pewnym, opanowanym, a zarazem agresywnym krokiem. Zatrzymał się jakieś cztery metry za bramą.
- Czego tu szukasz Requiemski psie? – rzucił nienawistnie
Drax zszedł z konia i dobył Moonglow.
- Pewnego psa, na którego wołają Soulripper. – zripostował.
Mężczyzna zmarszczył czoło dobywając swojego oręża, był to dwuręczny miecz o zdobionej złotem rękojeści. Jego wypolerowane ostrze pragnęło krwi, gdy Drax przyjrzał się mu dokładniej zauważył zaklęte w nim twarze, które jakby krzyczały z bólu.
- Masz ciekawy oręż chłopcze, ale jesteś niegodny by go dzierżyć. Pozwól, ze odbiorę ci go razem z twoim życiem i duszą. – rzekł pogardliwie.
Bloodpledge ugiął lekko nogi wystawiając do przodu prawą, Moonglow zwrócił ostrzem do tyłu, a rękojeść uniósł przy swoim lewym boku, tak samo uczynił jego oponent. W jednej chwili ugięte nogi obojga zerwały się do biegu. Pędzili oni ku sobie z wojennym okrzykiem na twarzy.
O Thanatosie usłysz nas,
Żniw boga śmierci już nadszedł czas…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz