Nad cytadelą Requiem zaczęło świtać słońce, pierwsze promienie przedzierały się przez okna zachodniej części strażniczych kwater. Wschodnie pozostawały nadal w cieniu grubego, potężnego muru który otaczał Requiem ze wszystkich stron. Przy południowym murze znajdowała się kamienna rezydencja arcymistrza Requiem z placem pośrodku, z którego w górę pięła się wieża, była niewiele większa od mierzącego osiem metrów muru otaczającego fortecę. Wieża zrobiona była z purpurowego kamienia, Astralu, który cechował się niewrażliwością na wszelki rodzaj magii. Jako, że Astral był surowcem niezmiernie rzadkim stawiano z niego tylko najważniejsze budynki w całym Azarath. Na murach zaczęli pojawiać się strażnicy pełniący dzienną wartę, ci którzy czuwali całą noc z ubłaganiem czekali aż przybędzie się ich zmiennik. Taką właśnie nocną służbę pełnił Elias Bloodpledge, jednak nie udał się na spoczynek do swojej kwatery. Zaraz o świcie opuścił niewzruszone od lat mury Requiem. Wybiegł z cytadeli trzymając w rekach zawiniątko. Biegł w pośpiechu na zachód przez pastwiska w kierunku malutkiej wioski. Oprócz zawiniątka w rękach niósł walizkę oprawioną w niedźwiedzią skórę, którą zdarł z zabitego przez siebie Steelpawa. Steelpaw był ogromnym niedźwiedziem wytresowanym przez impy, który nękał pobliskie wioski. Mówiono, że Steelpaw ma skórę tak twarda jak łuski smoka, jednak Elias dwie zimy temu obalił ten mit wbijając swojego dwu ręczniaka, aż po samą rękojeść w plecy misia. Bloodpledge kontynuował swój bieg, pędził jakby goniło go stado diabłów, a może raczej jak by to on gonił to stado. W końcu dobiegł do granicy wioski i ubłagany, wyryty na drewnianej tabliczce napis „Peacebloom” pojawił się przed jego oczyma. Elias uśmiechnął się do siebie i spokojnym już krokiem wszedł do wioski. Ścieżka była ubita, a spieczona słońcem ziemia nie miała zamiaru utrudniać drogi przechodnim. Elias nie miał powodów do narzekań, dobrze pamiętał jak pewnego razu, mocno podpity szedł tędy w deszczowy wieczór. Potykając się upadł twarzą do rozwodnionej, błotnistej ziemi, co prawie skończyło się uduszeniem, gdyby nie pomoc człowieka, do którego teraz zmierzał. Przeszedł obok młyna i skręcił w prawą stronę zostawiając za swoimi plecami wielki wiatrak. Zapukał do drzwi chaty, przy której znajdowała się kuźnia i wszedł do środka.
- Elias! – wykrzyknął głos z kuchni – Czy to ty?
- Tak, przyszedłem jak mówiłem – odpowiedział cicho.
- Przykro mi z powodu twojej żony – odparł smutno kowal wycierając ręce w biała ścierkę. – Jak myślisz, co poszło nie tak?
- Requiem… – powiedział Elias załamując głos.
- Myślisz, że to ktoś z wewnątrz? – zapytał niespokojnie gospodarz domu.
- Jestem tego pewien, Anya nie dałaby się tak łatwo zabić.. – wyrzucił z siebie strażnik – Nie podczas zwiadu – dodał po chwili.
- Na szczęście młodemu nic nie jest. – powiedział spokojnie kowal.
W tym momencie Elias podał zawiniątko z dzieckiem kowalowi.
- Ma na imię Drax, a tutaj jest wszystko co może się przydać – powiedział cicho Elias i podał walizę kowalowi. Strażnik westchnął głęboko i ruszył pewnym krokiem w stronę drzwi wyjściowych.
- Bloodpledge! – zawołał kowal – Czy ty masz zamiar wrócić? Strażnik zatrzymał się w progu i odwrócił głowę.
Przeszył wzrokiem kowala tak, że ten poczuł ciarki przechodzące po plecach. Nie wiedział czy ma coś powiedzieć czy zejść mu z oczu.
- Nie wiem co przyniesie los, ale nie odłożę miecza dopóki nie wydrą mi go z mojej martwej, zaciśniętej dłoni. – odpowiedział Elias i wyszedł.
Słońce wzniosło się wyżej nad horyzontem a małe dzieci beztrosko bawiły się na dworze. Tylko samotny strażnik nie rozkoszował się promieniami świecącej gwiazdy. Szedł ze spuszczoną głową i smutną miną, chciałby cofnąć czas ale nie mógł. Nie mógł też pozostawić wszystkiego i rozpocząć życia od nowa. Żył dla Requiem, walczył dla Requiem, a teraz jego lojalność ma zostać poddana próbie. Dla kogo ma żyć? Dla Requiem, któremu ślubował wierność i oddanie? Czy może rzucić się do walki przeciw oprawcom osoby, którą kochał? Optymizmem jedynie napawała go myśl, że ród Bloodpledge przetrwa i dociągnie do końca niedokończone sprawy. Strażnik zacisną wargi i zmarszczył brwi, z gniewem ruszył przed siebie pędząc jak oszalały w stronę pól uprawnych. By po chwili zniknąć pomiędzy łodygami kukurydzy. Kowal wziął małego do pokoju gdzie siedziała jego żona z ich małym synem Melficem. Pokój był średnich rozmiarów, ale wystarczało miejsca dla rodziców i dwóch niemowląt.
- Czy.. to jest dziecko Eliasa? – zapytała niepewnie kobieta.
- Tak, ma na imię Drax – odpowiedział kowal.
- Widzisz, Melfice będziesz miał braciszka. – powiedziała uradowana kobieta, jednak spostrzegła, że jej mąż jeszcze bardziej posmutniał gdy to usłyszał.
- Co się stało, Borg. – zapytała.
- Widzisz, Anae… Elias już nie wróci… właśnie rozpoczął się jego ostatni patrol.. – wyksztusił z żalem.
W tym momencie Anae zrozumiała, że Bloodpledge wziął sprawy w swoje ręce. Spuściła głowę a łzy pociekły jej z oczu. Borg siedział obok swojej żony i tuląc małego Draxa wpatrywał się w walizę, którą podarował mu Elias. Nagle młody Bloodpledge się obudził, ale był dziwnie spokojny, można powiedzieć ze najspokojniejszy ze wszystkich domowników. Jego czarne oczka otworzyły się szeroko i spoglądał nimi na mieszkańców domu, na swoich nowych rodziców. Melfice, który do tej pory tylko się wiercił na rękach matki uspokoił się i spojrzał głęboko w oczy Draxa, wydawało się, że chciał powiedzieć „Braciszku”, ale z racji wieku nie mógł wydobyć słowa. Był to pierwszy raz, kiedy oba maluchy się spotkały, a już wyciągały do siebie malutkie rączki. Drax liczył sobie może 2 tygodnie natomiast Melfice starszy był od niego o kilka dni, jednak pomimo tak nieświadomego wieku maluchy w pewien sposób lgnęły do siebie, chciały przebywać razem tak jak by w pełni zdawały sobie sprawę z tego co się dzieje. Po chwili Borg oddał niemowlaka Anae, by ta się zajęła obojgiem chłopców, a sam postanowił sprawdzić zawartość walizy, która otrzymał od Eliasa. Przyłożył palce do zatrzasków i nacisnął, z głuchym dźwiękiem zatrzaski odskoczyły, a waliza stanęła przed nim otworem. Zobaczył dużą skórzaną sakwę wypchaną po brzegi zlotem i kosztownościami. Blask kamieni szlachetnych niemal oślepił kowala. W walizie jednak było coś jeszcze, obok sakwy leżał mały mithrilowy wisiorek na srebrnym łańcuszku. Na wisiorku widniał napis wygrawerowany małymi literami „Na krew naszych ojców, przysięgam”. Borg mógł się tylko domyślać, jakie jest znaczenie tych słów. W momencie, gdy kowal przeglądał zawartość walizy, jego żona postanowiła usypać chłopców, patrzyła się na nich z wielkim zdumieniem. „Oni już widza w sobie przyjaciół” powtarzała cicho i nie mogła uwierzyć, że takie braterstwo może narodzić się już kilka tygodni po przyjściu na świat. Kiedy niemowlęcia zasnęły weszła do pomieszczenia gdzie siedział jej mąż.
- Borg, czego masz taka przerażoną minę? – zapytała
- Sama zobacz… – odpowiedział i pokazał Anae wiadomość jaką zostawił Elias w walizce. Anae natychmiast zaczęła czytać.
„Wiem, że to mój koniec, nadzieję zostawiam tym, którzy jeszcze naiwnie wierzą w sprawiedliwość Requiem. Zeszłej nocy użyłem wszystkich moich sił, całej mojej many by zniszczyć Moonglow, udało mi się przełamać ostrze na trzy części i odseparować rękojeść, są one ukryte na drugim dnie walizy. W rękojeści schowana jest garść księżycowego prochu, który powinien wystarczyć, aby przekuć broń od nowa. Borg, przyjacielu, jesteś jedynym kowalem, który jest w stanie to zrobić. Przekuj Moonglow, kiedy Drax będzie gotowy by go dzierżyć. To jemu powierzam przyszłość Bloodpledge i blask nocnej gwiazdy.”
Anae stała jak wryta, a jej ręce trzęsły się. Jej twarz posmutniała bardziej niż kiedykolwiek. Ta młoda dziewczyna jeszcze nigdy nie czytała czegoś takiego, listu, który tak bardzo przypomina testament, testament człowieka, który nigdy nie myślał o śmierci.
- Głupiec… – sapnął kowal – Moonglow była najlepiej wywarzoną bronią, jaką widziało Requiem, jak on chce…
- Ta broń.. z którą odszedł… – przerwała Anae.
- Tak.. należała do jego żony, to prywatna zemsta – powiedział cicho Borg.
Stali tak przez dłuższą chwile wpatrując się w siebie nawzajem. Bezradność malowała się na ich twarzy, a kowal coraz mocniej zaciskał pieści. Widać było ból w jego szarych oczach, które nigdy wcześniej nie były tak smutne jak teraz. Nagle z sypialni rozległ się krzyk dziecka.
- Już idę Mel! – zawołała Anae i poszła uspokoić synka, kowal stał jeszcze chwilę i patrzył w kamienną ścianę swojego domu.
Zawsze pod tą ścianą przy kominku przesiadywał ze strażnikiem i jego żoną, gdy przychodzili w odwiedziny. „Cholera.. muszę coś zrobić” pomyślał kowal i wyszedł do kuźni która znajdowała się przy ogrodzie. To była jego naturalna reakcja, kiedy był smutny bądź zdenerwowany. Wtedy właśnie wykuwał najprzedniejsze bronie. Być może, dlatego, że wkładał w to więcej przemocy niż zwykle, a może dlatego, że wykuwając coś co przewyższało wszystkie inne jego twory dawało mu prawdziwe poczucie bezpieczeństwa. Mały Melfice uspokoił się kiedy tylko usłyszał głos matki. Mocno chwycił swoją delikatną, niemowlęcą dłonią jej palec i po chwili zasnął. Drax spał spokojnie, jakby całkowicie odciął się od rzeczywistości. Jedynie poruszająca się klatka piersiowa pod wpływem rytmicznego wdychania i wydychania powietrza była oznaką życia malucha. Z kuźni dochodziły głuche dźwięki uderzania stalą o stal, a iskry sypały się na wszystkie strony. Kowal z wielkim zapałem i siła uderzał o zakrzywiony kawał metalu. Nie przypominało to zwyczajnego ostrza, było ono zaokrąglone z obu stron niczym ostrze kosy, jedno było pewne, takiej broni nie widziano jeszcze ani w Azarath ani na kontynencie. Zbliżał się wieczór, a Borg nadal wykuwał swój oręż, to raz podgrzewając go w wielkim piecu do czerwoności, to znów schładzając go i ostrząc na całkiem sporej, obrotowej osełce. Anae siedziała w kuchni i przygotowywała kolacje dla całej rodziny gdy nagle rozległ się krzyk dzieci. Anae pobiegła sprawdzić co się stało i ku jej zdumieniu tym razem i Drax płakał, jednak zapach wydobywający się łóżeczka nie dawał wiele do myślenia.
- No pokażcie co tam zrobiliście – powiedziała ze spokojem Anae i podniosła ściągnęła pieluchę Draxa – No, kupka jak na strażnika przystało! – roześmiała się.
Przewinęła Draxa i Melfice’a, który w przeciwieństwie do swojego rówieśnika jedynie popuścił w pieluchy. W końcu przyszła pora wieczerzy. Anae wraz z dziećmi zasiadła do stołu, pozostało jej czekać tylko na swojego męża. Po chwili Borg wszedł do domu, w poprzepalanym przez iskry fartuchu. Pochyliwszy się nad miednicą umył twarz i ręce, po czym zrzucił z siebie zniszczony fartuch. Po jego minie było jednak widać, że nadal nie może przestać myśleć o swoim przyjacielu, ale w chwili, gdy spojrzał na stół jego twarz nieco rozpromieniała.
- Królik w sosie pieczarkowym, że też wiedziałaś co bym zjadł. – powiedział.
- Myślałam, że to poprawi ci humor wiec… – Anae nie dokończyła zdania
- Uwierz, jeszcze dużo czasu minie zanim się oswoję z faktem, że go już nie zobaczę. – przerwał Borg. Anae czuła, że nie należy drążyć dalej tego tematu, gdyż wystarczająco bolesna była poranna rozmowa z Eliasem.
- Kochanie, możesz mi powiedzieć, nad czym pracowałeś cały dzień? – spytała Anae.
- Spójrz na Melfice’a, jeśli już teraz tak się zżył z Draxem, to myślisz, że pozwoli mu później pójść samemu w ślady ojca? – odpowiedział spokojnie kowal.
- Miałam cichą nadzieję, że.. – urwała Anae
- Że, zostanie kowalem, czy tak? – skończył Borg. Anae tylko skinęła głową.
- Trzeba patrzeć w przyszłość, a dzień wczorajszy zostawiać głupcom. – powiedział cicho kowal i zatopił zęby w dobrze wypieczonym króliczym mięsie.
Maluchy uczepiły się piersi matki i także zaczęły się posilać, Anae spojrzała w stronę kuźni i zauważyła jak blask księżyca odbija się w dopiero, co wypolerowanym zakrzywionym ostrzu. Połyskiwało ono i migotało księżycowym światłem, takie piękne a jednocześnie takie odrażające. „Idealne piękne i idealnie zabójcze zarazem” Pomyślała kobieta i wstała od stołu.
- Nie jesz nic, Anae? – zapytał kowal.
- Nie, jadłam wcześniej, pójdę położyć spać małych – odpowiedziała i wyszła z jadalni.
Kowal dojadał resztki królika, gdyż cały dzień spędził nad swoim nowym dziełem i nie miał nic w ustach od wielu godzin. Księżyc był już wysoko nad horyzontem a kowal nadal siedział w jadalni. Drzwi prowadzące na kuźnię były już zamknięte, na stole leżało zakrzywione ostrze i mnóstwo skór zwierzęcych i innych materiałów, których używał do robienia rękojeści mieczy. Po środku ostrza od strony wewnętrznej znajdowała się wystająca, zaokrąglona płytka z czterema otworami. Płytka była nieco grubsza od samego ostrza jednak stanowiła z nim jednolitą całość. Kowal wyściełał całą płytkę skórą, to samo uczynił z otworami po stronie wewnętrznej. Płytka miała pełnić rolę rękojeści tej oto broni. Mały ciężar ostrza, kształt i krótka, bezpośrednio przylegająca rękojeść sprawiały, że tą bronią dało się bardzo szybko manipulować. Centralne umiejscowienie rękojeści w pełni chroniło dłoń przed obrażeniami a kształt ostrza pozwalał na szybkie parowanie i wyprowadzanie kontrataków. Przynajmniej takie było założenie kowala, jednak opanowanie sztuki walki takim orężem mogło się okazać niewykonalne, w szczególności, że zdani byli na własną wyobraźnie. Nie było nikogo na świecie prócz kowala, kto by miał tę broń w ręku, a co dopiero używał jej w boju. Po wielu godzinach pracy nad dziwacznym narzędziem do zabijania, Borg w końcu poszedł do sypialni i niemalże nieprzytomny padł na łóżko, i natychmiast zasnął.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz