Regulamin Chatango

Postanowiłem pomóc znajomemu w promocji jego... "opowiadania parodyjnego" Głupie, bez sensu, nie klejące się kupy. Po prostu osiąga perfekcję podchodząc do niej od drugiej strony ;d
Oto link: Księga Szyby

Poza tym bonus, krotkie opowiadania, które napisałem w przerwie od ROSC.

Krótkie opowiadania: Taniec Nekromantów, Serce Diabła, Władca Chwil, Za ścianą śmiechu głupców
(update 14.12.2011)

środa, 26 stycznia 2011

Rozdział 3: Kiełkujące ziarno zemsty.


Minęło osiem lat od chwili, gdy Melfice wysadził w powietrze stodołę, a okoliczna ludność odwróciła się plecami do rodziny Hammersmithów. Interesy nie szły najlepiej. Wieści szybko się roznoszą i rodzina „czarowników” popadła w niesławę w wielu okolicznych miastach i wsiach. Lekarstwa Anae były kupowane jedynie w ostateczności, chociaż zdarzyło się kilka przypadków, że chory wybrał śmierć zamiast leku. Na wyroby Borga też szybko znalazły się substytuty. Z pewnością gorsze, ale ważne, że robione przez zwykłych kowali. Jedynie od czasu do czasu pojawiało się jakieś zamówienie na kilka mieczy czy toporów. Życie całej rodziny zmieniło się nie do poznania. Chłopcy razem z Selene uczyli się teraz rzemiosła wojennego. Zdani na własną wyobraźnię opracowywali różne techniki walki, nie zawsze skuteczne. Treningi odbywali w lesie, a z domu wychodzili wcześnie by uniknąć zbędnego zrzędzenia mieszkańców.
- No dawaj!
- Szykuj się Melfice!
Chłopak rozpędził się i biorąc potężny zamach mieczem uderzył w kierunku brata. Pojedyncze blond włosy opadły na ziemię, a Drax z trudnością łapał oddech.
- Znowu cię mam! – roześmiał się Melfice trzymając swój oręż przy żebrach brata.
- Ej tylko uważajcie tam! – zawołał dziewczęcy głos – nie mam zamiaru was składać do kupy co drugi dzień!
- Selene ma rację, dajmy na luz i odpocznijmy.
- Jak wolisz siwy! – roześmiał się Melfice.
Bloodpledge nawet nie zareagował. Po jego śnieżno białych, sięgających ramion włosach spływał pot niczym, strumień wody ze skał. Chłopak uniósł swój młodzieńczy wzrok w stronę nieba.
- Ptaki… - westchną.
- Co ptaki?
- Kiedy tak patrzę jak zataczają koła na niebie…
- Chcesz to samo osiągnąć walcząc mieczem? – zapytała dziewczyna.
- Ta…
Siedzieli tak przez dłuższą chwilę otoczeni drzewami i przypatrywali się ptakom latającym pomiędzy koronami drzew.
- Znowu się obijacie?
- Tato? Co ty tu robisz? – zapytał Melfice
Oczy całej trójki skierowały się na kowala trzymającego jakieś przedmioty.
- Wywalcie to żelastwo, mam tutaj coś dla was.
- Żelastwo?! Mówiłeś, że to jedne z najlepszych broni. – rzucił Drax
- W porównaniu z tym, co wam przyniosłem, nie jest to warte złamanego miedziaka…
Cała trójka spojrzała na kowala z lekkim niedowierzaniem. Na plecach trzymał on jakiś pakunek owinięty w skórę. Chwycił ręką za rzemyk, który był go przepasał i pewnym ruchem ręki położył na ziemi tajemnicze przedmioty. Borg posłał spojrzenie swoim podopiecznym.
- Dobra, wywalcie te zabawki, pora żebyście dostali prawdziwą broń!
- Prawdziwą broń? – zapytał Melfice.
Stary Hammersmith otworzył pakunek, a oczom przyjaciół ukazał się oręż, o jakim nie słyszeli nawet w legendach.
- Melfice, synu…
            Melfice wstał i podszedł do ojca.
- To są bliźniacze ostrza, wykonane z drakolitu, stopu mithrilu i Astralu.
- Ojcze… te ostrza dosyć dziwnie wyglądają.
- Są lekkie i szybkie, w najprzedniejsza stal wchodzą jak nóż w masło! Kształt i szybkość maja sprawić, że będzie to broń służąca do obrony i wyprowadzania kontr-ataków. Niestety musisz sam nauczyć się nimi walczyć, będziesz pierwszą osobą która użyje ich w boju.
            Melfice objął ojca i dziękował mu za dar w serdecznym uścisku.
- Delana, dla ciebie też starczyło drakolitu.
- Ale.. pan zrobił dla mnie już tak dużo… nie mogę…
- Ech.. czy wszystkie baby takie są? – przewał kowal
            Delana nie śmiele podeszła do Borga a ten wręczył jej lekki, ostry jak brzytwa, drakolityczny miecz.
- Wiem, że nie za bardzo lubisz rozwiązania siłowe, ale czasami może zabraknąć przy tobie któregoś z chłopaków.
- Czego się czerwienisz Silentsong – roześmiał się Drax.
- No młody teraz twoja kolej.
            Bloodpledge wpatrywał się w długą rękojeść wystającą ze skórzanej pochwy.
- Wypełniam w tej chwili ostatnią wolę twojego ojca, Drax. „To jemu powierzam przyszłość Bloodpledge i blask nocnej gwiazdy.”
- Ze co?!
- To list który zostawił twój ojciec, oraz nocna gwiazda którą miałem dla ciebie przekuć.
            Drax natychmiast chwycił za rękojeść i wyciągnął sporych rozmiarów oręż.
- Ten.. miecz.. on świeci czy tylko mi się wydaje? – rzuciła Delana.
- Ta broń to Moonglow, nawet ja nie wiem, z jakiego jest zrobiona metalu. Na pewno jednak wiem, że przekułem ją tylko dzięki księżycowemu prochowi.
- Skąd wziąłeś ten proch? – spytał Drax.
- Od twojego ojca, jednak nigdy nie wnikałem skąd on go ma.
- Jak tym walczyć? Trochę duża ta rękojeść…
- Nie jestem wojownikiem, ale o pewnych sprawach technicznych mogę ci powiedzieć. Widzisz to najlepiej wyważona broń w całym Azarath. Koniec ostrza jest nieco szerszy i cięższy żeby nadać mu większego impetu. W przeciwieństwie do innych mieczy ma on wydłużoną rękojeść dzieci czemu nie szarpiesz całego ostrza i oszczędzasz siły. Walka nim polega na zasadzie dźwigni, aby unieść ostrze musisz szarpnąć rękę leżącą bliżej spojenia. Ręką leżącą przy końcu rękojeści pchasz przez co ostrze zbliża się ku tobie…
- Krótko mówiąc działa to mniej więcej jak halabarda – przewał Melfice.
- Jak halabarda… - powtórzył Drax
- Jeśli wszystko jasne to mogę wracać – roześmiał się Borg i skierował swoje kroki w stronę Peacebloom.
- No to nas urządził.. – sapnął Melfice – teraz musimy się uczyć walczyć od nowa.
- Drax?
            Bloodpledge kucał na ziemi trzymając w jednej ręce broń. W drugiej zaś przewracał jakiś mały przedmiot.
- Drax? – powtórzyła dziewczyna.
- Dobra, nie traćmy więcej czasu – mruknął
            Wstał na równe nogi i patrząc w stronę oddalającego się kowala schował mały przedmiot do kieszeni. Chwycił Moonglow obiema rękami i odwrócił się do przyjaciół.
- Coś go trapi… - szepnęła Delana
- Nawet wiem co…
- Melfice… szykuj się! – wykrzyknął Drax i rzucił się w stronę brata.
            Pędził jak opętany trzymając oręż gotowy do uderzenia. Aeon zasłonił się jednym ostrzem jak gdyby chciał odparować atak. Jednak Drax wziął zamach i uderzył z nad głowy. Hammersmith odskoczył na bok ledwo unikając uderzenia. Na ziemi pozostał podłużny ślad tak jak by ktoś przeciągnął po niej pługiem. Delana stała z boku i przyglądała się temu co się właśnie stało.
- Co to było do cholery!? – krzyknął Melfice.
            Drax uniósł oręż lekko nad ziemię i w tym momencie zerwał się lekki wiatr. Przeraźliwie chłodny wiatr, jakby sam oddech śmierci krążył wokoło. Zielone liście drzew opadały na ziemię jakby jesień miała zebrać swoje żniwa.
- Melfice.. chyba wiem o co chodzi… - sapną Drax.
            Wziął zamach i uderzając swoim Moonglow w drzewo oddzielił je od pnia. Delana i Melfice stali jak wryci patrząc się na zmierzającą ku ziemi gigantyczną koronę drzewa.
- Ten miecz to nie tylko oręż…
- Co masz na myśli – zapytała dziewczyna.
- Nie wiem jak to możliwe, ale gdy go dzierżę, czuję, że jest przy mnie mój ojciec i mówi mi co mam robić. To tak jakby w tej broni było zawarte całe doświadczenie jej poprzedniego właściciela.
- Skupmy się lepiej na treningu, to nowe bronie i wypada się nauczyć ich używać.
- Melfice ma racje, Drax wracajmy do ćwiczeń.
            Melfice zdążył sobie wyobrazić jak ma wyglądać styl walki tym zakrzywionym dziwactwem.
- Lepiej będzie trenować samemu – zaproponował.
- Mel ma racje – przytaknął
- Róbcie jak wolicie, mi to obojętne.
            Cała trójka rozbiegła się po lesie. Borg siedział już w domu wraz ze swoją żoną.
- Co z Flatheadem?
- Ciężko powiedzieć.. zioła wydają się pomagać, ale tylko krótkotrwale.
            Kowal spuścił głowę. Filip był jedyną osobą w wiosce, która nie stroniła od towarzystwa „czarowników”. Nagle przez okno wleciał kamień i grupa dzieciaków krzycząc jakieś wyzwiska rozbiegła się po okolicy.
- Cholera… codziennie coś ląduje przez okno albo pod drzwiami. – rzucił ze złością.
- Nic nie poradzisz, a Requiem i tak nie zareaguje.
- To dobrze, że nie reaguje. Nie oddam naszych pociech tym barbarzyńcom!
- Coś się szykuje.. coś nie dobrego.
- Co masz na myśli Anae?
- Ten opuszczony przed laty dom, a w zasadzie jego ruiny.
- Coś z nim nie tak?
- Od pewnego czasu mam wrażenie, ze czai się tam jakieś zło. Przynajmniej ja nie lubię tamtędy przechodzić.
            Kiedy tak rozmawiali ze sobą do drzwi rozległo się donośne pukanie i coś ciężkiego upadło przed nimi.
- Znów ci gówniarze.. – pomyślał kowal i otworzył drzwi wejściowe.
            Na progu drzwi leżał ledwo przytomny farmer. Błagalnym wzrokiem prosił kowala o pomoc. Jego twarz była zmęczona, jak by nie przespał kilku nocy. Ubranie miał całe poszarpane i okaleczone ciało.
- Boże, Filip! – wykrzyknęła żona kowala – Borg zanieś go do pokoju, szybko!
            Kowal wziął przyjaciela pod ramię i poprowadził na łóżko w pokoju. Anae przyniosła bandaże i zioła. Za pomocą moździerza rozdrobniła zioła. Zalała je wrzątkiem, żeby przyjęły mazistą konsystencję. Gdy maść była już gotowa, natarła nią bandaże i owinęła je wokół ran.
- To pomoże ciału, ale potrzebuję jeszcze kilku olejków, żeby uspokoić jego umysł.
- Gdzie są te olejki?
- W altanie w ogrodzie, biegnij po nie, są podpisane!
            Borg nie tracąc chwili wybiegł przez drzwi prowadzące do ogrodu.
- Pani doktur…
- Tak?
- Muszę coś pani powiedzieć..
- Zamieniam się w słuch, przyjacielu.
- Nie wiam co to, ale głosy słyszę.
- Jakie głosy?
- Nie wiam.. ale nie jest to głos żywego. Kładę się spać i słyszę kobiecy głos.
- Pamiętasz co mówi?
- Tak, dokładniutko, mówi „Pod glebą jest ziarno potrzebujące siewcy. Ty będziesz siewcą a ziarno wyda owoc zatruty”.
            Ledwo skończył mówić a Borg wpadł do domu z olejkami.
- Znalazłem tylko te.
- W porządku, dokładnie tych mi trzeba.
Anae sporządziła miksturę o zielonkawym zabarwieniu i podstawiła ją pod nos farmerowi.
- Wdychaj to przez chwilę, a poczujesz się nieco lepiej.
Flathead po chwili już smacznie chrapał. Kowalowa skinęła głową i razem z mężem usiadła przy stole w jadalni.
- Co z nim?
- Nigdy nie było tak źle, jeśli ma być szczera…
- Wiesz już, co mu dolega?
Anae tylko pokręciła głową na boki.
- Cholera… najpierw Eliasowi się zachciało umierać a teraz ma  jego ślady pójść ostatnia osoba która nie ucieka na nasz widok?!
- Borg, ja naprawdę nie wiem jak mu pomóc – rozżaliła się – jeszcze nie dawno tak to nie wyglądało, a teraz… bełkocze i prawdopodobnie stał się lunatykiem.
- Lunatykiem?
- Wstaje w nocy i robi pewne rzeczy nieświadomie.
- Jesteś pewna?
- Jak inaczej wytłumaczysz tak rozległe rany na ciele?
- Może po prostu uderzył się w głowę…
- Nie, na jego głowie niema ani jednego śladu po uderzeniu, nic! – Kowalowa spuściła głowę – jest coś jeszcze.
- Co takiego?! Mów!
- Filip, słyszy głosy – powiedziała pół szeptem.
            Borgowi odebrało mowę. Wyglądał, jakby chciał coś powiedzieć, ale nie umiał. W końcu z wielkim trudem wyrzucił z siebie.
- Opętanie?
            Oboje zamilkli i spuścili głowy. Siedzieli tak w milczeniu dłuższą chwilę, po czym Anae wyjrzała przez okno.
- Już późno.
- Tak, ten czas zapiernicza jak opętany, gdy coś cię trapi..
- Lepiej przygotuje kolacje, młodzi niedługo powinni wrócić.
            Borg nic nie mówiąc wstał od stołu i wyszedł do kuźni. Anae zajęta przyrządzaniem kolacji nie zauważyła, że łóżko, w którym leżał Flathead jest puste. Drzwi do domu otworzyły się i cała trójka przeszła przez próg.
- Flathead był u nas? – spytał Melfice
- Flathead? Przecież on… - urwała Anae zdając sobie sprawę, że łóżko stoi puste.
- Coś się stało?
- Cholera! Selene musisz go zatrzymać, coś niedobrego się z nim dzieje!
            Dziewczyna wybiegła przed dom, ale farmera już tam nie było. Nieco oszołomiona tym wszystkim wróciła do mieszkania. Matka spuściła głowę.
- Co on do cholery kombinuje...
            Domownicy usiedli do wieczerzy i w ciszy poczęli się sycić. Kowal ciągle uderzał młotem o stal, rozrzucając wokoło iskry. Jednak jego wiek i zmęczenie dało o sobie znać i młot upadł na ziemię. Hammersmith spojrzał na swoje dłonie. Trzęsły się jak zmarznięte dziecko.
- Starzeje się… - pomyślał i wyszedł z kuźni pozostawiając cały bałagan na ziemi.
            Gdy kowal zasiadł do stołu, pozostali już kończyli się posilać.
- Chciałbym, żebyście zaczekali jeszcze nie odchodzili.- oznajmił Borg.
- Coś się stało? – zapytała Kowalowa.
- Nie jestem pewien, ale chyba wiem, co dolega Flatheadowi.
- Co ?! – zapytali chórem chłopcy.
- Ja jestem już za stary na te gierki, ale chciałbym, żebyście mieli na niego oko.
            Ojciec wytłumaczył wszystko swoim pociechom i nakazał wypocząć.
Następnego ranka nieprzebita niczyim wzrokiem mgła okrywała całe Peacebloom. Zgodnie z zaleceniami ojca cała trójka została w domu przygotowując się do swojej pierwszej w życiu misji. Traktowali to dosyć poważnie, widzieli już wiele dziwnych rzeczy, więc nie wiedzieli z czym teraz będą mieć do czynienia. Selene wpatrywała się w okno, z którego miała doskonały widok na chatę farmera. Melfice siedział w zamyśleniu obok leżącego w pół śnie Draxa.
- Ech.. to idiotyzm, naprawdę myślicie, że stary Filip coś kręci?
- Nie wiem, poczekamy zobaczymy. – szepnęła Selene.
- A ty Drax?
            Melfice zamiast odpowiedzi usłyszał jedynie donośne chrapnięcie.
- Ten to jest bezstresowy! – roześmiała się dziewczyna.
            Młody Hammersmith też nie mógł powstrzymać się do śmiechu. We dwoje narobili tyle hałasu, że obudzili Draxa.
- Hej! O co chodzi?
- O nic! – roześmiał się Melfice – już o nic.
- Flathead!
- Gdzie?! – zapytał Drax.
- On.. idzie do nas.
            Po chwili rozległo się pukanie do drzwi i w progu mieszkania stanął farmer. Fizycznie wyglądał lepiej niż zeszłego dnia, ale widać było, ze jest jakiś nieobecny. Podkrążone oczy, łysiejąca głowa i nieobecny wzrok. Można by go nazwać żywym trupem, chociaż to mogłoby urazić nawet ożywieńca. Drax otworzył drzwi farmerowi i zaprosił do środka.
- Dziękuje Borg – powiedział cicho kowal.
            Drax przez chwilę myślał, że ten stroi sobie żarty, ale Filip kontynuował.
- Wiesz, Borg. Czasem wydaje mi się, że życie niema sensu.
- Dlaczego tak myślisz?
- Rodzimy się, starzejemy, umieramy…, po co to wszystko?
- Co chcesz przez to powiedzieć?
- Nieśmiertelność…, jeśli jej nie osiągniesz, znasz swoje przeznaczenie i nie możesz go zmienić.
- Pieprzysz głupoty! Każdy jest kowalem swego losu.
- Tak, kowalem to ty jesteś niezłym – rzucił – ale twoja świetność przeminie. Każdy wykuwa swój los, ale czy jest sens tak się starać?
            Drax spojrzał na niego ze zdziwieniem.
- Dlaczego tak wierzysz w przeznaczenie?
- Bo przed nim nie uciekniesz, jedyne co może się zmienić to sposób w jaki umrzesz, ale efekt jest jeden.
- Więc co ty planujesz?
            Flathead uśmiechną się ironicznie.
- Czy to nie jasne? Uciec przed przeznaczeniem!
            W tym momencie Anae weszła do domu.
- O Anae tak sobie właśnie rozmawiam z twoim małżonkiem.
Anae przetarła oczy ze zdziwienia. Wyraźnie widziała, że Filip rozmawia z Draxem.
- Zostawię was na chwilę samych – powiedział Drax i podszedł do Anae.
- Co tu się dzieje do diabła?! – spytała
- Mamo, Flatheadowi odbija i to ostro, powiem reszcie, żeby się zebrali.
            Kowalowa skinęła głową i Drax w mgnieniu oka zniknął w murach drugiego pokoju. Z kuchni jadalni dochodziły krzyki Flatheada. Cały czas wykrzykiwał coś o zmianie przeznaczenia i dążeniu do nieśmiertelności.
- Nie wydaje się wam, że Filip zachowuje się jakoś inaczej? – szepnęła Selene.
            Melfice spojrzał na nią kątem oka.
- Czy ja wiem, on zawsze był dziwny.
- Melfice… - wtrącił Drax – z nim jest coś nie tak i nie chodzi tutaj o rzeczy jakie wygaduje.
- Co masz na myśli ?
- Jego chłopski akcent… zniknął.
- Myślisz, że ten farmer to nie ten sam farmer?
- Dajcie spokój chłopaki, mamy sprawdzić gdzie on się podziewa cały czas, a nie myśleć czy zmądrzał czy zgłupiał.
            Drzwi trzasnęły i matka wpadła do pokoju, w którym siedziała cała trójka.
- Szybko, Filip wybiegł z domu!
            Wszyscy naraz rzucili się do drzwi. Drzwi trzasnęły po raz kolejny i Anae została sama w domu. Jej mąż wyjechał do miasta załatwić parę spraw, a mgła z pewnością nie ułatwiała mu powrotu. Siedziała tak chwilę w głębokim zamyśleniu lecz nagle dźwięk stali wytrącił ją z tego stanu. Odgłosy walki dochodziły od strony kuźni. „Czy to mogą być?...” Pomyślała i podeszła do okna. Jednak gęsta mgła nie wydawała się ustępować ani na chwilę i skutecznie ograniczała widoczność. Zgrzyt stali po chwili ustał i znowu zapadła grobowa cisza. Przyjaciele biegli we mgle ciągle szukając jakichś śladów farmera.
- Cholera, takiej mgły nie widziałem nigdy – sapnął Melfice
- Zwolnij trochę bo…. – urwała, gdyż w tej chwili młody Hammersmith wpadł z wielkim impetem na beczkę.
            Uderzył w nią z takim impetem, że przeleciał na drugą stronę i zahaczając nogą przewrócił ja. Ta z kolei przetoczyła się po chłopaku i uderzyła o ścianę pobliskiego domu.
- Dzień się zapowiada interesująco.. – westchną leżąc ciągle na ziemi.
- Żyjesz stary? – zapytał Bloodpledge nie mogąc powstrzymać się od śmiechu.
            Melfice powoli zaczął zbierać się z ziemi. Kiedy już miał wstać na równe nogi coś trzasnęło.
- Cholera, ale boli! – wykrzyknął
- Pokaż zajmę się tym!
            Melfice dotknął dłonią pleców i roześmiał się.
- To jednak nie u mnie!
- Idiota.. – wrzucił brat.
- Tylko się nie zaczynajcie znów kłócić. Pomyślcie lepiej, co to było.
- Flathead… - rzucił Drax.
- Skąd masz pewność? – zapytała
- A kto inny wychodzi w taką mgłę? Tylko farmer z problemami i tylko tacy idioci jak my, więc co tu dużo do myślenia?
- Ja, nawet wiem skąd dochodził ten dźwięk – wtrącił Melfice.
            Oczy obojga skierowały się na otrzepującego z piasku chłopaka.
- Pamiętasz Drax, kilka lat temu bawiliśmy się w chowanego.
- Chcesz powiedzieć, że..
- Jesteśmy w pobliżu tego samego miejsca.
            Ruszyli w kierunku ruin domu, spalone i przegnite belki walały się po ziemi. Zniszczony dywanik leżał w tym samym miejscu, co przed ośmioma laty. Swąd zgnilizny dawał się we znaki wszystkim zebranym.
- Zauważyliście coś dziwnego? – spytała
- Prócz tego, że Flathead siedzi w tej opuszczonej piwnicy to niczego.
- Mgła… - wykrztusiła.
            Gęsta mgła, która okalała cała wioskę nie zachodziła w ogóle na teren chaty. Widoczność była tak dobra jak w bezchmurny poranek. Miejsce to jednak było fałszywe niczym sam szatan. Otaczała je dziwna aura chłodu. Z pod ziemi dochodziły jakieś niewyraźne szepty. Chłopcy nie zbyt byli zadowoleni samym przebywaniem tutaj, ale Silentsong nie wydawała się tym przejmować.
- Czuję.. że to miejsce jest mi bliskie.
            Drax spuścił głowę.
- Ono jest ci bliskie, to tutaj twoja siostra została zabita… - wyksztusił.
            Selene znieruchomiała. Na wieść o tym, co się tu stało łzy cisnęły się jej do oczu. Dłonie zacisnęła w pieści.
- Czy to, dlatego… że… że… - szlochała nie mogąc wydobyć słowa.
            Bloodpledge położył dłoń na jej ramieniu.
- Tak, dlatego, że była taka jak my.
            Dziewczyna wstała z ziemi i natychmiast odwróciła się w stronę chłopaków.
- Chodźmy stąd, mieliśmy się tylko dowiedzieć gdzie podziewa się farmer.
            Powiedziała to tak oschle, że Melfice zaczął się zastanawiać czy i jej coś nie opętało.
- Jak tylko wrócimy i coś zjemy, zabieramy nasz sprzęt i wyruszamy do lasu.
- Zapowiada się długi dzień. – zawołał Melice.
            W końcu dotarli do domu. Anae właśnie znosiła jedzenie do jadalni, ojciec siedział w kuźni.
- Cholera, mogłem się tego spodziewać.
- Coś się stało tato? – spytał syn kowala.
- Ta cholerna mgła przyciąga złodziei, ktoś „pożyczył” sobie jeden z moich mieczy.
- A co z Flatheadem? – spytała matka
- Wiemy, że się ukrywa w piwnicy spalonego domu. – powiedział Drax chwytając za udko kurczaka.
- W takim razie, moja medycyna mu nie jest w stanie pomóc, to nie jest zwykła choroba.
- Opętanie… - szepnęła Selene.
- Przestań się martwic na zapas i jedz – wybełkotał Melfice mając pełno jedzenia w ustach.
            Wszyscy zaczęli się posilać. Udka, skrzydełka, kotlety z grzybami. Wszystko, co znajdowało się w misach na jedzenie musiało zniknąć. Silentsong nie dopisywał apetyt i w przeciwieństwie do obżerających się przyjaciół poprzestała na jednym daniu.
Po niespełna godzinie, naczynia stały puste. Kowal postanowił się zdrzemnąć, a jego żona zabrała się za zmywanie. Kątem oka ujrzała wychodzącą trójkę.
- Gdzieś idziecie?
- Ta, poćwiczymy trochę w lesie i wrócimy.
            Drzwi zamknęły się za nimi i zniknęli w nieprzeniknionej mgle.
- Tak jak ostatnio? – spytała dziewczyna
- Ta, tocząc pojedynki musimy bardziej uważać żeby się nie pozabijać niż nauczyć się walczyć. – roześmiał się Melfice.
            Słońce zaczęło chylić się ku zachodowi, rubinowa łuna lśniła na niebie. Ptaki zaczęły zlatywać się do lasu napotykając na troje ludzi. Dwoje masakrowało drzewa niczym stu wprawionych drwali. Jedynie dziewczyna siedziała w skupieniu z zamkniętymi oczami. Rośliny dookoła niej były zieleńsze od pozostałych, tak jakby dopiero co wyszły z pod ziemi.
We wschodniej części lasu dwa wirujące ostrza przycinały gałęzie drzew i upuszczały żywicę z konarów. Z czasem ten taniec ostrzy ustawał i ów człowiek przysiadał na pniaku. Przeszywał wzrokiem swoją prawą dłoń, jakby chciał dostrzec na niej coś, czego niema.
Napinał swoje mięśnie tak, że wydawało się, iż żyły chciały wyskoczyć spod skóry. Trwał w takiej pozycji dopóki nie ujrzał dostrzegał dziwnego błysku.
- Coraz lepiej utrzymuję równowagę podczas łączenia ataków, teraz tylko utrzymać równowagę many i będę najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi! – mówił sam do siebie.
            W zachodniej części lasu zerwał się lodowaty wiatr. Stojący tam człowiek dzierżył w jednej ręce ogromny miecz, którego klinga błyszczała słabym blaskiem. Wokół niego leżały ścięte drzewa. Stał on spokojnie w samym sercu wichury, głęboko zamyślony. W jego głowie odzywał się głos. „To prawda, że świetny wojownik część swojej duszy pozostawia w orężu, aby jego spadkobiercy stali się jeszcze świetniejsi”. Oczy człowieka otworzyły się i wiatr zaczął wirować wokół oręża. Wziął zamach i uderzył w najbliższe drzewo. Ptaki nie chciały obserwować dłużej jak ich domy są niszczone. Kruki odleciały kracząc donośnie, wydawały się mówić „I twój dom zostanie kiedyś zniszczony”.
Mgła w Peacebloom zaczęła się rozpraszać, gdy słońce znajdowało się na zachodnim horyzoncie.
- W końcu się przerzedziło, idę zobaczyć czy kuźni nikt nie ukradł! – roześmiał się kowal.
            Kowalowa tylko się uśmiechnęła. Borg zbadał cała kuźnię z dokładnością codo centymetra.
- Dobrze, że nie zginęło nic więcej – odetchnął z ulgą.
Jednak zanikająca mgła odsłoniła prawdę o kradzieży. Nieopodal kuźni leżały zwłoki człowieka z dziurą w brzuchu.
- Co jest do cholery… - powiedział sam do siebie.
Spojrzał na ubiór zabitego i dostrzegł naszywkę na ubraniu. Obrazek na naszywce przedstawiał trójkąt o niezaostrzonych kątach, z którego podstawy w górę pnie się palący knot.
- Ten trójkąt… „Spokojny Oblivion”! – wykrzyknął z przerażeniem
- Co się stało?!
- Nie wiem co się kroi, ale mamy pod domem martwego Requiem.
- Co!? – krzyknęła z przerażenia Anae.
- Nie mogę się mylić, trójkąt o niezaostrzonych kątach to symbol Oblivionu, otchłani zapomnienia, a palący się knot to symbol znicza, mającego przynieść pokój duszom. Takiego symbolu używa właśnie Requiem!
Wydarzenie to sprowadziło wielu gapiów, którzy mieli kolejne powody by osądzać rodzinę Hammersmithów o spisek przeciwko wiosce.
- Do diabła z wami! Czarownicy! Mordercy!
Oszczerstwa padały non stop przez kilka minut. Nagle uwagę mieszkańców przykuł widok ledwo stąpającego po ziemi Flatheada. W obdartym ubraniu z poważnymi ranami na ciele sunął ku centrum wioski. Wtedy mieszkańcy zdali sobie sprawę, że jest to jedynie miejsce gdzie mgła nie przerzedziła się ani trochę. Niektórzy nawet twierdzili, że zgęstniała.
- Flathead! – wykrzyczał z całych sił kowal, ale ten nie słuchał.
Wołanie powtórzyło się jeszcze raz. W końcu farmer zniknął w mgielnej gęstwinie.
- Coś jest nie tak… powiedział Drax do szykujących się do powrotu towarzyszy.
- Ta, też mam takie dziwne przeczucie – powiedział Melfice.
Ich przyjaciółka tylko skinęła głową, jako że się z nimi zgadza.
Wszyscy ruszyli w stronę wioski trzymając swoją broń w gotowości.
Wieśniacy zebrali się dookoła dziwnej chmury. Trzymali rękach sierpy, widły i inne narzędzia, jakie mogłyby posłużyć do obrony w razie zagrożenia. Kilku wieśniaków nie pogardziło chwycić za broń z kuźni kowala, który już sam trzymał ogromny topór w rękach.
- Wy, którzy znacie swój los! Wy, którzy nie uciekniecie przed przeznaczeniem! Śmiertelni i słabi, którzy mnie ukamienowali by się mnie pozbyć! Rzucony kamień zostanie odbity! – powiedział głos dochodzący z wewnątrz chmury.
- Sharon… - sapnął kowal – Zabili ją z powodu daru, jaki miała, a teraz ten dar obróci przeciwko wiosce.
Ludzie zwrócili wzrok na kowala, wiedzieli, jakiego czynu dopuścili się w przeszłości, ale przez myśl im nie przeszło, że będzie on miał takie konsekwencje.
Mgła zaczęła znikać i odsłaniać krwawe ślady na ziemi. Linie namalowane krwią tworzyły pięcioramienną gwiazdę.
- Znaki diabła! – krzyczał tłum, ale gdy tylko opętany farmer się odezwał wszyscy zamilkli.
- Patrzcie o to staje się nieśmiertelność na waszych oczach! Zabity a jednak żywy i stojący ponad ludzką siła!
Kończąc tymi słowami farmer wbił sobie sztylet w serce i upadł po środku pentagramu. Krew wypływała spod jego ciała wypełniając wnętrze gwiazdy. Gwiazda po kilku chwilach wypełniła się życiodajnym płynem i zatrzęsła się ziemia. Pod ciałem Filipa nastąpił rozłam i zwłoki spadły w bezdenną otchłań. Wieśniacy patrzyli na to zdarzenie w przerażeniu, niektórzy mdleli. Większość z nich chciała uciekać, ale strach odbierał im siły. Z otchłani błysnęło czerwone światło, a następnie rozległ się donośny ryk. Ryk ten nie przypominał odgłosu żadnego ze zwierząt, mieszkańcy po raz pierwszy doświadczyli takiego odgłosu. Ogromne szpony chwyciły za krawędź ulicy.
- Słyszeliście to!? – zawołała Selene.
- A tego się dało nie słyszeć? – spytał ironicznie Drax.
Cała trójka przyspieszyła kroku, czuli wszechobecne zło i to, że wioska stoi bezbronna. Pędzili co tchu, niczym spłoszone stado byków. Wybiegając na ostatnią prostą prowadząca do wioski zauważyli jak kolosalne monstrum pustoszy okolice. Dobiegając do wioski zobaczyli jakiś obiekt zbliżający się w ich kierunku.
- T-to… głowa.. – wyksztusiła Selene.
- Jego raczej już nie da rady poskładać do kupy co? – zażartował Melfice.
Drax i Selene stali jak wryci. Hammersmith zdał sobie sprawę, że jego zachowanie było nie na miejscu.
- Czym to jest…?
- Nie wiem, Drax. Pytaj się mnie a ja zapytam się ciebie – odparła.
Monstrum liczyło jakieś trzy metrów, miało potężną budowę ciała, nieco przypominającą goryla. Potężne długie ręce zakończone kilkunasto centymetrowymi, grubymi szponami. Całe pokryte grubym szarym futrem. Pysk nie przypominał pysku żadnego znanego zwierzęcia. Kiedy bestia wyła dało się dostrzec jej potężne kły. W dodatku zdradzieckie kocie oczy wyszukiwały kolejnych ofiar. Bestia niszczyła wszystko, co miała pod ręką. Drewniane chatki zawalały się jakby były zrobione z tektury. Kamienny dom Hammersmithów przypominał teraz kamieniołom.
- Selene, tam! – wykrzyknął Melfice i wskazał palcem miejsce gdzie niegdyś znajdowała się kuźnia.
Leżał tam ciężko ranny ojciec Melfice’a.
- My zajmiemy się tym bydlakiem a ty ratuj naszego ojca! – rozkazał
Obaj chłopcy z bronią w ręku rzucili się na potwora. Odwracając jego uwagę dali Selene czas by zajęła się starym kowalem.
- Selene, dziecko to niema sensu, ja już jestem martwy. – wyksztusił Borg.
- Nie, nie jest pan! Nie może pan teraz umrzeć!
Selene przyłożyła ręce do poszarpanego ciała starego Hammersmith i skupiając się na podtrzymaniu pracy serca zaczęła wtłaczać manę w jego ciało.
- Selene… to… nic… nie… da…
- Niech pan nic nie mówi! – płakała dziewczyna. – Uratujemy pana i wioskę!
Chłopcy walczyli z furią tysiąca dzikich bestii wykorzystując przewagę jaka dawała im szybkość. Sprawni unikali ataków wyprowadzanych przez bestie, szukając dogodnej chwili na atak.  Końcu Drax dostrzegł odsłonięty bok potwora.
- Giń do diabła! – wykrzyknął i uderzył z całych sił.
Ostrze zatrzymało się na futrze nawet nie zadrapując kolosa. Ten z kolei szybkim ruchem ręki posłał Bloodpledge’a w powietrze. Młodzieniec przeleciał dobre parę metrów by zatrzymać się na workach z mąką, które stały obok jeszcze nie naruszonego młyna. W tym momencie Melfice wskakując na grzbiet potwora wyprowadził kilka szybkich cięć w kark.
- Co jest do cholery z tym futrzakiem! – wykrzyknął i zeskoczył unikając szponów.
Drax doszedł do siebie i szybko dołączył do kompana.
- Drax, potrzebuje trochę czasu i może się uda z tym czymś skończyć.
- Jasne. Jeżeli ja z tym nie skończę teraz!
Bloodpledge chwycił Moonglow w obie ręce i cofnął ostrze tak jakby brał zamach. Zerwał się chłodny wiatr i zaczął wirować dookoła oręża. Nie zastanawiając się dłużej Drax wybiegł na spotkanie bestii.
- To ze mną masz walczyć! – wykrzyknął, widząc, że ta zbliża się do Selene.
Potwór odwrócił głowę i zobaczył jak młody chłopak wykonując potężny zamach uderza z wielkim impetem. Włochaty stwór zachwiał się pod tym uderzeniem, lecz ostrze ciągle nie mogło sięgnąć celu. Bestia powróciła do walki z synem strażnika. Syn kowala stał z tyłu. Jego broń leżała na ziemi a on sam skupiał się na czymś.
- Melfice! Szybko do cholery!
- Jeszcze chwila!
Przez jego dłoń zaczęła przechodzić energia, mana w czystej postaci. Drax po raz kolejny oberwał od potwora i wylądował kilka metrów dalej. Cały obolały ledwo uniósł głowę i spojrzał na Melfice’a.
-K-kurwa, co on próbuje zrobić…
Melfice chwycił się za prawe ramie i wyprostował prawą rękę.
- Chodź do tatusia futrzaku! – wykrzyknął
Nagle kula o sporej średnicy uformowana z czystej many pojawiła się przed Hammersmithem. Była jasna, anergia w niej skoncentrowana poruszała się chaotycznie we wszystkich kierunkach. Melfice wystrzelił ją w kierunku bestii. Uderzenie uniosło tuman kurzu i wysuszyło glebę. Parująca woda sprawiła, że chmura unosiła się przez dłuższą chwilę. Melfice pomógł się podnieść bratu z ziemi.
- Dorwaliśmy go? – spytał Drax
- A jest inne wyjście?
Nagle rozległ się ryk i potężne szpony wyłoniły się z mgły. Zaczęły zbliżać się w stronę braci. Ta chwila wydawała się trwać wiecznie. To co widzieli, te szpony napełniły ich strachem, nagle w jednej sekundzie setki scen z życia ukazały się przed ich oczami. Potężne pazury mogli już odczuć na swojej skórze, koniec był blisko, a oni nie zdolni uchylić się przed tym atakiem. Pazur zdawał zagłębiać się w ciel, ale bezsilność nie pozwalała krzyczeć. Przełykanie śliny trwało wieki. Pytanie czy śmierć boli nie dawało spokoju chłopakom. Czy już zginęli i nic nie czują, czy może jeszcze nie zdążyli tego bólu odczuć.
- Kurwa…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz