Regulamin Chatango

Postanowiłem pomóc znajomemu w promocji jego... "opowiadania parodyjnego" Głupie, bez sensu, nie klejące się kupy. Po prostu osiąga perfekcję podchodząc do niej od drugiej strony ;d
Oto link: Księga Szyby

Poza tym bonus, krotkie opowiadania, które napisałem w przerwie od ROSC.

Krótkie opowiadania: Taniec Nekromantów, Serce Diabła, Władca Chwil, Za ścianą śmiechu głupców
(update 14.12.2011)

czwartek, 27 stycznia 2011

Rozdział 7: Rozłam


Bramy Requiem rozstąpiły się. Dumna armia dowodzona przez Ascarona przekroczyła mury. Ci, którzy wrócili o własnych siłach nie posiadali się ze szczęścia, tych, których przyniesiono nie opłakiwano. Zgodnie z rozkazem Arcymistrza, przyszykowano piece krematoryjne, do których miały trafić zwłoki poległych. Rannymi natychmiastowo zajęli się uzdrowiciele. Ciężko rannym podawano zaparzone w gorącej wodzie „laesh”, zioło zawierające znaczne ilości substancji odurzających. W ten sposób uzdrowiciele uśmierzali ból. Ascaron natychmiast skierował się do kwatery arcymistrzowskiej w celu złożenia raportu wojennego.
- Więc?
- Panie wyruszyliśmy w składzie dwustu strażników oraz pięciu oddziałów gwardzistów. Powróciło stu czterdziestu trzech strażników, w walce poległo także dwóch gwardzistów, Luke i Taltos, Maya została ranna i wykluczona z walki.
- Ascaron – powiedział uniesionym głosem Archon – Wytłumacz mi, jakim prawem zginęło tylu ludzi, poza tym, straciłeś dwóch swoich, a trzeci jest niezdolny do walki, zgodnie z prawem musisz znaleźć dwójkę innych na ich miejsce.
- Zostaliśmy wpędzeni w pułapkę i zaatakowani od boku przez grupę słabszych demonów, ich atak załamał się dość szybko, lecz zdążyli zdać poważne straty.
Nagle dało się słyszeć pukanie do drzwi.
- Wejść! – zawołał arcymistrz.
Drzwi otworzyły się i weszła przez nie Maya wspierając się na kuli.
- Widzę, że mistrz Ascaron także tutaj jest.
- O co chodzi Mayu? – zapytał troskliwym głosem.
- Składam rezygnację z pełnienia funkcji gwardzisty, moja decyzja jest dobrze przemyślana i ostateczna.
- Wiesz, że to oznacza cofniecie części przywilejów?
- Nie dbam o to, proszę mnie wykreślić z listy gwardzistów i ponownie nanieść na listę strażników.
Zniesmaczony Ascaron zwrócił się do przełożonego.
- Ona niema prawa rezygnować!
- Ma do tego pełne prawo, ty wybierasz sobie ludzi spośród kandydatów, ale nie masz wpływu na to czy odejdą z twojego oddziału. Czy to wszystko, Mayu?
- Tak, panie.
- W takim razie Ascaron, masz nie lada problem. Musisz znaleźć trzech ludzi w ciągu kolejnego miesiąca lub także zostaniesz zdegradowany.
Maya natychmiast opuściła kwaterę wodza, pozostawiając Ascarona pod ścianą. Ten jednak nagle przypomniał sobie o dwóch osobach, które dane mu było poznać.
- Co cię tak cieszy, gwardzisto? – zapytał ze śmiertelną powagą arcymistrz.
- Przypomniałem sobie o kimś, kto nie należy do Requiem, ale posiada umiejętności godne tytułu gwardzisty.
- Skoro tak, to co ty tutaj jeszcze robisz, jedź po niego!
- Rozkaz!
Ascaron natychmiast wybiegł z kwatery i dosiadł pierwszego lepszego rumaka. Galopem wybiegł poza mury i pędził na zachód w stronę Azarnea.
- Co wy znowu kombinujecie, Ascaron. – pomyślał Sandspell siedzący na murze – mam wrażenie, że z każdym dniem Requiem coraz bardziej pogrąża się w ciemności.
Bramę zamknięto ponownie, odcinając wszystkich od świata.
Byłe mieszkanie przyjaciół płonęło, zacierając ślady po tym, co się stało. Delana, Melfice i Drax stali nad grobem przepełnieni smutkiem. Stali w milczeniu, gdyż żadne słowa nie były w stanie oddać ich żalu. Przytłaczający szum fal nadawał temu milczeniu niemalże mistyczny klimat.
- Żegnaj, siostro – wykrztusił z trudem Melfice.
- Co teraz? – spytał Drax
- Nie wiem… naprawdę nie wiem – szepnęła Delana.
- Nawet nie wiemy, czy słusznie postąpiliśmy… - westchnął Bloodpledge
- Mówiłam ci, że Urgash jest mistrzem mącenia w głowie, nawet po śmierci cię dręczy.
- Taa.. cwana bestia z niego, w takim razie, jakie mamy plany?
- Dołączyć w szeregi Requiem – zawołał znajomy głos.
Cała trójka odwróciła się i ujrzała człowieka na koniu.
- Zaraz, ty jesteś…
- Ascaron Steelstrike, jeden z pięciu mistrzów Requiem. – wtrącił - W ostatniej bitwie ponieśliśmy spore straty, zgodnie z rozkazem czcigodnego Arcymistrza, mam wam złożyć ofertę przystąpienia do nas.
Drax przeszył go podejrzliwym spojrzeniem.
- Musimy to przemyśleć, za dużo pochopnych decyzji już podjęliśmy.
- Decyzje zawsze można zmienić w trakcie.
- Ale życia zmianą decyzji nie wrócisz – wtrącił Melfice.
Wtedy Ascaron zorientował się, że za trójką znajdują się dwie mogiły.
- Rozumiem, dajcie odpowiedź w przeciągu trzech dni, ludzie wskażą wam drogę do Requiem.
- Postaramy się. – sapnął Drax.
Steelstrike popędził rumaka i ruszył z powrotem w stronę cytadeli. Przyjaciele zostali postawieni przed trudnym wyborem, w szczególności Drax.
- Co o tym myślicie? – pytała Delana.
- Może to zabrzmi szorstko, ale mam dość przelewu krwi na jakiś czas. – powiedział Melfice
- Co w takim razie zrobisz?
- Myślałem, nad udaniem się na kontynent, może będę dezerterem, zdrajcą, ale chcę od tego odpocząć, mam nadzieje, że mi wybaczycie.
- Nic nie będziemy mieli do wybaczania – powiedział nieco przybity Drax, a łzy stanęły mu w oczach – bo wiem… wiem, ze gdy będę cię potrzebował najbardziej ty staniesz obok mnie!
- Dzięki za zrozumienie, bracie. – wykrztusił z siebie – A wy co planujecie?
- Dołączyć do Requiem.
- Drax, wiesz, ze będziesz się pchał w paszcze lwa? – wtrąciła
- Jeśli nie zajrzysz do jego paszczy, nie dowiesz się co ma w środku – zripostował.
- A co z tobą, Delana?
- Skoro, Melfice opuszcza Azarath, pójdę za tobą prosto w paszcze lwa.
- Nie, nie chcę, aby ktoś znowu z ginął przeze mnie, nie chcę dochodzić do prawdy poświęcając bliskich.
Delana spojrzała na niego pobłażliwie.
- Potrzebne ci nie tylko predyspozycje, ale i wiedza, dlatego idę z tobą. W szczególności, że wojna dopiero się zaczęła.
- Rozumiem, ze twoja decyzja jest niepodważalna. Melfice, liczę, że mimo odpoczynku od zabijania nie stracisz formy.
Melfice uściskał ciepło brata.
- Nie myśl, że ci pozwolę stać się lepszym ode mnie – szepnął do ucha i wyruszył w swoją stronę. Na północ ku portowi Lethe.
Lethe było jedynym portem na całym Azarath, to właśnie ten port zaopatrywał wyspę w niezbędne do życia zasoby. Raz w tygodniu Azarath wysyłało swój statek na kontynent eksportując najprzedniejszej jakości szkło produkowane z piasków pustyni Shalor. Właśnie na ten statek miał nadzieję dostać się Melfice.
Delana oraz Drax ruszyli w swoja stronę pozostawiając dwie mogiły same sobie. Maszerowali przez dłuższą chwilę w ciszy, gdy nagle odezwał się Drax.
- Coś cię trapi?
- Cóż… - odpowiedziała cicho Delana – zastanawiam się, jak wam się udało pokonać jednego ze strażników bocznych księcia.
- Jeśli o to chodzi to nazwiesz nas szaleńcami.
- W każdym szaleństwie jest metoda.
- Walka była ciężka od początku jednak, kiedy stworzył widmo swojej broni nie mieliśmy wyboru jak postawić wszystko na jedną kartę.
- Chcesz powiedzieć, że to wszystko to czysty łut szczęścia?
- Wiem, że mi tego zabroniłaś, ale wprowadziłem siebie trans wiatru – powiedział spuszczając wzrok.
- Głupek!
- Tylko tak mogłem dać czas Mel’owi.
- Czas? Na co?
- Jest coś, o czym nie wiesz. Melfice opracował własne zaklęcie.
- Zaklęcie? Jakie?! – zapytała z ciekawością
- Nazwał je ‘Tchnieniem Many’. Skupia ono w jednym punkcie taką ilość Many, że nawet naturalna bariera Melfice’a nie wytrzymuje.
Delana przystanęła i wlepiła swoje czerwone oczy prosto w twarz białowłosego towarzysza.
- Więc te jego rany na rekach…
- Ta…
Shadowstep ruszyła do powoli do przodu, jednak nie mogła ciągle zrozumieć jak można było wykrzesać więcej energii niż to, co widziała podczas treningów. A zniszczenia, jakich dokonał Hammersmith były ogromne. Rozpadające się konary drzew, kamienie zmieniające się w żwir, wyrwy w ziemi głębokie na niemalże metr. Po tym wszystkim chłopak zawsze wychodził bez zadrapania, a tym razem jego ręka od łokcia w dół pokryta była pęknięciami na skórze.
- To musiało być przerażające – wykrztusiła.
- Tchnienie nie atakuje od zewnątrz.
- Co chcesz przez to powiedzieć.
- ‘Wepchnął’ on całą skupiona energie w demona, przyspieszając pracę jego serca i innych narządów niemalże tysiąckrotnie.
- Przecież to…
- Nie mylisz się – przerwał – Zamienił swoją ofiarę w bombę.
Delana znów przystanęła.
- Coś się stało?
- Widzisz jest pewien problem.
Drax rozejrzał się dookoła.
- Ech, ja nie widzę żadnego.
- To powiedz mi gdzie jesteśmy… - westchnęła
- Teraz, gdy o tym wspomniałaś… cholera zgubiliśmy się!
- Możemy kierować się za szumem fal dojdziemy do wybrzeża a wtedy trafimy do Lethe.
- Do Lethe jest kawał drogi, a ryby maja niską hierarchie w moim jadłospisie.
- W takim razie prowadź, panie przewodniku – zadrwiła.
Podczas gdy dwójka błąkała się po leśnej gęstwinie, nad grobem Selene zjawiła się postać odziana w czarną zbroje.
- Silentsong, ciekawa osóbka.
- Wzywałeś mnie? – odpowiedział kobiecy głos.
- Twój czas tutaj się skończył, dziewczyno.
- Więc dlaczego mnie przywołujesz?
- Jestem Thanatos, wędrujący bóg i poszukiwacz godnych dusz.
-  Bóg? Nie mam pojęcia o wierze, więc dlaczego po mnie przychodzisz?
- Godna dusza nie znaczy wierząca, dziecko. Przekroczyłaś granice nie tylko fizycznie, ale i mentalnie, jesteś pierwszym poległym bohaterem tej wojny. Dlatego tez chcę złożyć ci propozycję.
- Zamieniam się w słuch.
- Chcę uczynić z twej duszy Gravenimage. Umarłą istotę zdolną do podróży miedzy piekłem a światem umarłych. Zdolną do stawienia czoła najpotężniejszym diabłom.
- Dlaczego miałabym walczyć w świecie umarłych?
- Widzisz, moje dziecko, wojna, która się tutaj toczy nie jest ta właściwą. Pierwotnie wybuchła ona miedzy bogami. Jednak pewne zasady zostały złamane i cierpią w niej śmiertelnicy. Twoja osoba może nieco zmniejszyć siły przeklętych, jakie przenikają do tego świata.
Selene upadła na kolana.
- Niech moja dusza stanie się twym orężem.
Po chwili przy grobach nikogo już nie było. Nieświadomi tego, co zaszło nad grobem przyjaciółki, Drax i Delana błąkali się po lesie. Zmęczenie dawało się powoli we znaki a burczenie w brzuchach przypominało, że następnym razem należy zabrać ze sobą żywność nim podłoży się ogień pod własne mieszkanie. Melfice podążał wzdłuż linii brzegowej nie spuszczając wzroku z miasta portowego, które malowało się na horyzoncie. Słońce powoli zmierzało ku horyzontowi, ptaki zaczęły zalatywać się do swoich gniazd, a liście drzew szarpane podmuchami wiatru grały szumiącą melodię. Oparci o wielką sosnę kompani siedzieli gapiąc się w niebo. Tracąc powoli nadzieję na włożenie czegokolwiek do ust rozmyślali o wydarzeniach z ostatnich dni. Ich rozważania zostały nagle przerwane szelestem dochodzących z pobliskich krzaków. Bez większego namysłu Drax obnażył swój miecz. Cztero kopytny zwierz  jednym momencie wyskoczył z gąszczu.
- Jeleń! – krzyknęła Delana
- Co tam jeleń! Jedzenie! – zawołał z radości chłopak i rzucił się w stronę zwierzyny.
Długo starał się ją dopaść, aż w końcu zirytowany niepowodzeniami, wprowadził się w trans wiatru. Z pomocą magii dopadł zwierzynę i natychmiast pozbawił ją głowy.
- Delana! Rozpalaj ognisko! - zawołał
- Jak daleko się jeszcze posuniesz żeby coś upolować?
- Sprzedam duszę! – roześmiał się
Pozostawiwszy zdobycz u stóp Delany zabrał się za rąbanie drewna, w przeciągu kilku minut dobre kilkadziesiąt kilogramów drewna leżało gotowe do rozpalenia.
- Czyń honory, mistrzu. – zawołał wesoło
Nie zwlekając dłużej dziewczyna zaczęła inkantować zaklęcie. Kilka minut później ognisko płonęło żywym ogniem. Poćwiartowane mięso jelenia było gotowe do upieczenia, pozostała teraz tylko kwestia zrobienia różna.
- Drax, daj mi swój miecz.
- Co? Czemu miałbym ci go niby...
- Dawaj jak nie chcesz jeść tego na surowo! – wtrąciła
- A twój Abyss? Tez możesz nabić na niego mięsiwo.
- Ale to przez ciebie się zgubiliśmy!
- Ale to ja upolowałem zwierzynę!
- Ale to ja jestem twoim mistrzem!
- Więc to mistrz powinien dbać o uczniów. – zripostował
 Odpowiedź ta zamknęła na chwilę usta Delany, która naburmuszona usiadła na ziemi plecami do ogniska. Chwila ciszy jednak nie mogła trwać wiecznie.
- Faceci… pierwsi do bicia ostatni do pomocy. – westchnęła
- Co tam mruczysz?
- Nic! Przyjaciół nie mam sama do siebie gadam! – zadrwiła.
Ciężka stal wbiła się w ziemię.
- Na tym świecie są dwie rzeczy, których nie przegadasz, kobiety i wkurzone kobiety.
Shadowstep odwróciła głowę.
- Gdzie idziesz?
- Za potrzebą… przy okazji porozmawiam z kamieniami. – rzucił.
W lesie zapadła już noc, jedynie płomienie ogniska i mdły blask Moonglow błyszczały miedzy drzewami. Para posilała się w najlepsze wsłuchując się  w huczenie sów i trzask trawionego przez ogień drewna.
- Jak myślisz co robi teraz Melfice? – spytała Delana
- Pewnie dobija się do drzwi jakiejś gospody w Lethe.
Nie wiedział jak trafne było jego określenie. Hammersmith już nie pukał, a dobijał się co sił do drzwi jednej z tawern.
- Idę już idę – rozległ się rozleniwiony głos z wewnątrz.
Drzwi oparły się na kilku łańcuchach pozostawiając otworem niewielka przestrzeń.
- Ktoś ty? – spytał szorstko człowiek za drzwiami.
- Przybywam z Peacebloom, pewnie nie wiele ci powie moje nazwisko.
- A brzmi ono?
- Hammersmith, Melfice Hammersmith.
- Hammersmith… ten Hammersmith?! – zdziwił się
- Innego nie ma, a może już niema. – powiedział z przygnębieniem Melfice.
- Wchodź do środka i powiedz co cię trapi.
Łańcuchy spadły i drzwi stanęły otworem. Chłopak powoli wszedł do środka i zajął miejsce najbliżej baru.
- Co cię tu sprowadza, chłopcze?
- Pragnienie opuszczenia wyspy.
- Aż tak źle ci się żyje?
- Gorzej niż mogłoby się wydawać.
- Interes ojca upadł?
- Gorzej, całe Peacebloom zostało zrównane z ziemią.
- Więc plotki są prawdziwe. – westchnął gospodarz – Ale nie możemy tak gadać o suchych pyskach.
Wstał od stołu i poszedł zaczerpnąć najprzedniejszego browaru, jaki był dostępny w knajpie.
- „Złote Runo”, lepszego nie znajdziesz na całym Azarath.
- Dziękuje panu.
- Ciekawą broń nosisz.
- Ostatnie dzieło mojego ojca, miało bronić ludzi, a póki co jedynie przyglądało się jak umierają.
- Mocne słowa, ale jeszcze uratujesz nim setki – pocieszył go staruszek.
Melfice wziął kufel do ręki i za jednym razem opróżnił go do połowy.
- Dobre macie tu piwo.
- Pochlebiasz mi, ale proszę powiedz czy to co mówią ludzie jest prawdą?
- Zależy co mówią.
- Wiesz, brama, demony, Requiem.
Blondyn spuścił głowę.
- Tak – szepnął – Zaczyna się wojna, jednak ja mam jej już dosyć.
- Dlatego przybyłeś tutaj, co?
- Mam nadzieję złapać jakiś statek na kontynent.
- A co z twoją ręką? Nie wygląda najlepiej.
- Uraz po starciu z jednym z demonów, obrażenia nie są takie straszne, na jakie wyglądają.
Karczmarz spojrzał z niedowierzaniem na młodzieńca.
- Chcesz powiedzieć, że przeżyłeś starcie z przeklętym?
- Z przyjacielem udało nam się go nawet zabić.
- To już uratowaliście setkę istnień – stwierdził – a jego niema z tobą?
- Tu się nasze drogi rozeszły, on ma pewną osobistą sprawę do załatwienia na Azarath.
Gospodarz spojrzał na zegar.
- Późno już, tu jest klucz do wolnego pokoju idź i się wyśpij. W ciągu dwóch dni jakiś statek powinien wyruszyć na kontynent.
- Jeszcze raz bardzo panu dziękuję.
- Byłem dłużny kilka groszy twojemu ojcu, chociaż tyle mogę zrobić aby ten dług spłacić.
Mężczyzna wskazał młodemu pokój pod schodami poczym udał się na piętro do siebie. Zmęczony wędrówką i nieco odurzony alkoholem Melfice szybko zasnął. Dwójka koczująca w lesie także kładła się spać.
- Mam nadzieję, że pochwa zatrzyma przez chwilę ciepło rozgrzanej stali – mruknął pod nosem Drax i ułożył tuż obok siebie nagrzaną bron.
Po drugiej stronie drzewa próbowała zasnąć Delana, jednak w żaden sposób jej się to nie udawało. Chrapanie „Siwego” stanowiło kolejna przeszkodę w osiągnięciu tego celu.
- Jakim cudem on tak szybko zasnął… - pomyślała
Nagle chłodne powietrze przeszło jej po plecach.
- Zimno…
- Hej! Jesteś za blisko! – krzyknął chłopak do leżącej tuż obok Delany.
- Ale tak jest cieplej. – powiedziała cicho wtulając się w Draxa.
- Ale jesteś za bli….
- Kto by pomyślał, że z ciebie taki dzikus. – zachichotała – Ładne parę lat mieszkałeś w jednym pokoju z Selene a moja obecność cię krępuje?
- Selene… ją traktowałem raczej jak siostrę.
- W takim razie wyobraź sobie, że mnie tu niema.
Tym razem role się odwróciły, to Delana była tą, która zasnęła w mgnieniu oka. Młody Bloodpledge bił się z własnymi myślami jeszcze przez dobre kilka minut, jednak w końcu i on poddał się zmęczeniu. Godziny mijały a księżyc powoli chylił się ku zachodowi, coś jednak przerwało błogi sen mistrza i ucznia, stawiając ich w, wydawałoby się, kłopotliwej sytuacji.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz