Tak wiem, przeszedłem dziś sam siebie, napisane 2 rozdziały w ciągu jednej doby. Ale chcę to skończyć i wziąć się powoli za korektę. Dlatego przedstawiam 29 rozdział - Wszystko na jedną kartę.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Tego samego ranka Soulripper zarządził szybkie rozeznanie wśród bandytów, którzy jak utrzymywali, przybyli pomóc, dlatego aby móc spojrzeć Tryshotowi prosto w oczy, gdy znajdą się w krainie umarłych. Nie znali się oni faktycznie na magii, ale z pewnością stanowili siłę porównywalną, jeśli nawet nie większą od tej, która stanowili rekrutowani w biegu wszyscy strażnicy. Przeważali głownie w dwóch aspektach, byli znacznie lepiej zgrani, niektórzy z nich współpracowali razem od wielu lat, oraz obyci w walce. Nie chodziło tutaj już o sam wachlarz umiejętności, ale o psychikę, krew, rany i śmierć nie były im obce. Nie zakrywali twarzy, kiedy nadciągało uderzenie, ale starali się wybrnąć cało z każdej opresji. Requiem nie było dumne z tego, że przyjęli pod swoje skrzydła przestępców, ale w tym momencie nie mieli większego wyboru, przynajmniej tak wydawało się poniektórym. Stara gwardia nie spuszczała jednak ich z oczu. Nie potrafili przełknąć swojej dumy i co chwila rzucali podejrzliwe spojrzenia bandytom. Wydawało się jedynie jakoby Drax czuł się komfortowo w ich towarzystwie.
- Ostatecznie nie uciekliście, co? – spytał znajomego mu rzezimieszka.
- I co byśmy robili? Na kontynencie więcej cesarskich psów i wyroków na głowę każdego z nas, niż nas tutaj wszystkich razem wziętych. Co teraz będzie?
- Coś wymyślimy, dobrze, że tu jesteście. – zapewnił Drax swojego rozmówcę i poszedł w swoją stronę.
Kluczył tak po dziedzińcu jeszcze przez chwile, gdy w końcu przykucnął i przyłożył rękę do ziemi.
- Znów czegoś szukasz? – spytał Melfice
- Pomyślałem, że namierzę demony i będziemy mogli przeprowadzić ofensywę nim się ogarną.
- Wątpię, żeby szefostwo się na to zgodziło. – stwierdziła Delana.
Drax spojrzał na dziewczynę.
- A co z Mayą, rozmawiałaś już z nią?
- Tak. – odpowiedziała cicho. – Powiedziała, że musi przemyśleć kilka spraw w samotności.
- To musiał być dla niej cios… - westchnął Drax – Ale każdy z nas kogoś stracił.
Kiedy tak rozmawiali dołączył do nich Aeon.
- Jakieś wieści? – spytał Melfice.
- Gustaw i jego lizodupy coś kombinują.
- I ty nic nie wiesz? – zadrwił Drax
- Oszczędź sobie stary, to musi być coś poważnego, zaszyli się u arcymistrza i cisza, możliwe, że piszą sobie na kartkach. Zastanawia mnie jednak to, co wymyślili tym razem.
- W takim razie ja pierdole czekanie na nich. – zdenerwował się Drax i przyłożył rękę do ziemi.
„Północ”, tylko to miał teraz w głowie, przeklęci przyszli z północy, więc według jego toku rozumowania tam powinien zacząć szukać. Sięgnął pamięcią jeszcze dalej i przypomniał sobie o Ghald. Miasto znajdowało się w północno wschodniej części Azarath, teoretycznie dotarcie do Ghald było najtrudniejsze, więc tam zaczęli składować swoje siły. Z czasem jednak pieczęć osłabła i mogli zebrać swoje siły szybciej w większej ilości. Nie musieliby wtedy zyskiwać na czasie. Poza tym w Ghald oraz innych ważnych punktach szlaku północnego znajdowali się esperzy. Demony, więc z pewnością zostałyby do tej pory zauważone a informacja przekazana do esperów w Requiem. Kolejnym miejscem, o którym pomyślał, była Magna-Casia, puszcza była pełna jaskiń oraz miejsc, w których mogliby się ukryć, jednak po całej Magna-Casia pałętali się bandyci, a skoro bandyci są żywi, więc demonów tam nie było. W końcu podirytowany wstał i podrapał się w głowę.
- Aeon, ty masz do tego łeb. – zwrócił się do przyjaciela – Demony przyszły z północy, ale nie mogło to być Ghald, musiało to być gdzieś bliżej, na południe od szlaku północnego.
- Casia-Magna?
- Też o tym pomyślałem, ale bandyci są żywi.
Aeon zamyślił się na chwilę.
- Nie, nie mylę się, Casia-Magna, niema innego wyjścia.
- Jakim cudem? – zdziwił się Drax
- Przyszli z północy, prosto na północ, za Casia-Norda leży osada, w której swego czasu stacjonowało obecne Requiem.
- No tak! Mymur! Bandyci się tam nigdy nie zapuszczali, wiedząc, że to tereny Requiemskie.
- A od jakiegoś czasu Mymur stało całkowicie opuszczone, jeżeli nawet zadomowili się tam bandyci, to z pewnością ich wybito.
- Wybaczcie podsłuchałem waszą rozmowę, ale chłopak ma rację, do Mymur się nie zapuszczaliśmy nigdy.
Drax ponownie przykucnął i przyłożył dłoń do ziemi. Wystrzelił niewielki strumień many w stronę Mymur. Po niespełna pięciu minutach poczuł obecność demonicznej magii. Wzmógł do maksimum globalną percepcję i ruszył za magicznymi śladami, prowadziły one w stronę Mymur, ale na sto może dwieście metrów przed bramami osady skręcały na wschód. Prowadziły one przez bagna do jaskini leżącej może sześćset metrów na wschód od samego Mymur. Znajdowała się ona na zupełnym odludziu, w miejscu gdzie nie zaglądał nikt od dziesiątek lat. Tam ślad zakręcił się w spiralę i prowadził w głąb ziemi, wtem Drax wzdrygnął się i przerwał dalsze śledzenie.
- Znalazłem go… - powiedział z lekkim niedowierzaniem we własne słowa.
- Kogo? – spytali zgromadzeni chórem.
- Stonepillara. – wyrzucił z siebie.
- On zyje?! – zdziwił się Aeon.
- Tak, ale jest inny, wyczuwam w nim znaczną część demonicznej aury.
- Może to jednak ktoś podobny jedynie do Stonepillara?
- Nie mam wątpliwości, że to on. Znam jego aurę dość dobrze.
- Co robimy? – spytał Melfice.
- Ruszam za nim, albo go sprowadzę, albo zabije. – odrzekł Drax.
Wszyscy spojrzeli na niego.
- Ruszamy z tobą. – odezwała się Delana.
- Nie chwila, Drax ma rację. Nie wiemy co knuje Gustaw z resztą, ale jest nas niewielu, których może włączyć do swoich rozgrywek. Bez Draxa będzie miał niekompletny skład.
- Wtedy w miejsce Draxa wchodzę ja. – zauważył Melfice.
- Utrzymuj, że jesteś tu z rozkazu cesarza, Soulripper nie znosi cesarskich, więc na pewno cię nie wyśle do niczego.
- To ja znikam, trzymajcie kciuki. – powiedział Drax i ruszył przed siebie.
W końcu szczęście mu dopisało, jakiś zabłąkany kupiec rozmawiał w tym momencie ze strażnikami a los chciał, że miał ze sobą rumaka. Drax niczym pocisk wystrzelony z katapulty wpadł między nich i dosiadł konia, po czym natychmiastowo skierował go w stronę północnej puszczy. Ani strażnicy ani kupiec nie zdążyli zareagować w porę i po chwili widzieli już tylko oddalającą się sylwetkę Bloodpledge’a. Popędzał konia do granic możliwości, widać jednak było różnicę, pomiędzy rumakiem, na którym podróżuje kupiec a tym, których Requiem używało do walki. Droga zajęła mu godzinę dłużej, ale górujące słońce ciągle rzucało nieco światła na jesienną Casia-Norda. Rumak zatrzymał się pośród pamiętnej polany i odmówił dalszej drogi. Nie ważne, w jaki sposób Drax starał się go zachęcić ten najzwyczajniej w świecie nie chciał się poruszyć do przodu. Widząc bezsens jego działań, chłopak zszedł z rumaka i poszedł dalej pieszo. Gdy tylko oddalił się na kilka kroków, koń zarżał i uciekł w popłochu. Siwemu ciarki poszły po plecach, zdawał sobie sprawę, że koń mógł wyczuć jakieś zagrożenie, którego on sam nie dostrzegł. Nagle coś poruszyło się w pobliskich krzakach. Drax dobył Moonglow i przygotował się do obrony. Wpatrując się w zarośla dostrzegł kształt, który przypominał kawałek kości piszczela. Natychmiast rozpostarł wokół siebie aurę, jednak nie przyniosło to żadnego skutku.
- Ozywieńcy! – było to jedyne, co przyszło mu na myśl.
Zacisnął dłonie na rękojeści i podszedł powoli do krzaka. Kiedy się nad nim pochylił poczuł, że coś chwyciło go za ramię. Natychmiast odwrócił się i uderzył z całym impetem. Kości rozsypały się po polanie. Następnie znów odwrócił się w stronę krzaków, w tym samym momencie między jego oczyma pojawiła się czaszka z otwartymi ustami. Drax odskoczył do tyłu przerażony i wtedy dopiero ujrzał, że jest do niej przytwierdzony sznurek. Z okolicznych zarośli zaczęły dochodzić irytujące śmiechy. Drax słysząc je odetchnął z ulgą.
- To tylko chochliki… - westchnął
- Żałuj, że nie wdziałeś swojej miny! – roześmiał się jeden
- Wyglądałeś jakbyś zobaczył ducha – zawtórował drugi.
Widząc je Drax ponownie nabrał pewności siebie.
- Ostatnie życzenia? – spytał gniewnie.
- Spokojnie, Pan Stonepillar już wie, ze tu jesteś, kazał nam ciebie sprowadzić! – zachichotały zgodnie oba chochliki.
- Zaprowadzić? – żartujecie sobie.
- Chodź z nami! Chodź no chodź! – wrzeszczały.
Drax dał się w końcu namówić i podążył za skrzydlatymi żartownisiami. Prowadziły go dokładnie tam, gdzie zawiodła go globalna percepcja, poprzez błoto na teren dawno zapomniany przez ludzi. Pajęczyny na drzewach były kolosalnych rozmiarów, świadczyło to jedynie o braku działalności człowieka w tym miejscu. Drzewa były ogromne i potężne a ptasie gniazda osadzone dość nisko. Wszystko wskazywało na to, że nie miały one tutaj naturalnych wrogów. Chociaż droga zleciała wydawałoby się szybko to w rzeczywistości zaczęło się już ściemniać, kiedy Drax stanął przed sporawym wejściem do jaskini. Przy nim stało dwóch potępionych, którzy rozstąpili się po rozmowie z chochlikami i wpuścili Draxa do środka. Od tego momentu czuł się niepewnie, wydawało mu się, że kiedy tylko straci czujność ktoś lub coś wbije mu nóż w plecy albo poderżnie gardło. Kręta droga istotnie prowadziła w głąb ziemi, a po pięciominutowym spacerze stanął przed wielką salą, z której odchodziło kilkanaście odnóg. Chochliki zaprowadziły go przez trzecią odnogę po prawej stronie do sali, w której stała znana mu postać.
- Doskonała robota, moi zwiadowcy, przekażcie mój rozkaz pozostałym sługom. Niechaj każdy z nich przygotuje się do wymarszu, o świcie Requiem stanie w ogniu.
- Chyba śnisz, skurwysynie.
- Nie takim tonem chłopcze. – uspokoił go Galahad. – Wolałbym Ascarona, ale skoro ty się wyrwałeś, też możesz się nadać.
- O co ci chodzi… cały czas mówisz szyfrem.
Galahad sięgnął do kieszeni i wyciągnął ampułkę z czerwonym płynem.
- Widzisz to? To jest esencja demona, pozwoli ci przewyższyć człowieka, staniesz się tym, czym ja się stałem, Huonem piątego kręgu!
- Prędzej zginę, niż przyłączę się do twojej armii.
- Nic nie rozumiesz, jeżeli zginiesz także się do niej przyłączysz. Jednak staniesz się wrogiem Gustawa i moim.
- Teraz rozumiem, Gustawowi od początku chodziło o to, aby dogadać się z demonami.
- Dokładnie tak, ale demon demonowi nie równy, nam nie zależy na otwarciu bramy, ale na zniszczeniu jej.
- Uważaj, bo jeszcze uwierzę. – zadrwił Drax
- Nie wiesz nic! Morterius, pragnie zabić pozostałych bogów, aby odrodzić się, jako Memor. My w tym nie mamy żadnego interesu. Gdy Memor się odrodzi, wszystkie światy przestaną istnieć. Możesz się do nas przyłączyć i pomóc nam zatrzymać odrodzenie Memora. Requiem jest zbyt krótkowzroczne, aby to dostrzec!
- Oszczędzaj oddech Galahad… męczysz mnie tym gadaniem. – rzucił Drax i zacisnął dłonie na rękojeści.
- Więc taki jest twój wybór chłopcze. Przykro mi. – odparł Galahad i dobył swojego oręża.
Obaj rzucili się na siebie z obnażonymi ostrzami. Ich stal starła się i zazgrzytała. Siłowali się ze sobą krzyżując swoje miecze, po czym odskoczyli w tył zwiększając dystans. Pomieszczenie było pokaźnych rozmiarów i dawało możliwość manewrowania. Za każdym razem gdy Galahad atakował, Draxowi udawało się sparować jego uderzenie, jednak widać było, że pod względem siły ustępuje byłemu gwardziście. W miarę jak walka nabierała tempa, rysowała się coraz większa przewaga Galahada, w końcu przyparł on Draxa do ściany.
- Archon, szukał sposobu, aby unicestwić bramę! Ale pojawiłeś się ty i sprawiłeś problem. Byłeś brakującym ogniwem, gdyby nie ty, Gustaw nigdy nie poczułby się taki silny i pewny siebie!
- Od..pier..dol się! – wrzasnął Drax i odepchnął resztką sił Galahada.
Uniknął kolejnego ciosu i zamachnął się, aby uderzyć zadać cios Galahadowi w plecy, kiedy poczuł chłód stali w swoim boku. Stonepillar odwrócił ostrze o sto osiemdziesiąt stopni i wbił je miedzy żebra Draxa, tak, że przeszło ono na wylot. Chłopakowi z rąk wyleciał oręż a on sam osunął się na ziemię.
- Teraz widzisz, jaka jest miedzy nami różnica, chłopcze. Requiem jutro upadnie, wraz z nim zniszczymy bramę, a wola Sfere roztoczy się nad całym Azarath.
Drax przyłożył dłoń do rany i po chwili spojrzał na nią, była cała we krwi, ciemno czerwonej krwi. Z trudem łapał oddech i przełykał ślinę, ale ciągle pozostawał świadomy.
- I tak nie będziesz żył, więc mogę ci coś powiedzieć. Znam Mahmmeriona, to dzięki niemu jestem tym, kim jestem. On był pierwszym buntownikiem, ja jedynie udzielam mu swojej siły. Mahmmerion znał sekret bramy, wiedział, że można ją zamknąć jedynie wtedy, gdy przy zyciu pozostaje maksymalnie jedno ogniwo. Jeżeli ciekawi cię, dlaczego nie zabiłem wtedy Gustawa, odpowiedź jest prosta, miał ze sobą zabójców. Oni razem pracowali nad planem zjednoczenia się z przeklętymi. Wiedzieli wszystko, Gustaw był po prostu wybranym reprezentantem. Jeśli by zginął inny przejąłby jego funkcje, ale wtedy nic nie zatrzymałoby Morteriusa od wejścia do tego świata. Odrodzenie Memora stało by się wówczas kwestią czasu. Zabijając Archona, zaskarbiłem sobie jego zaufanie i mogłem wcielać nasz plan dalej w życie, ale on zaczął coś podejrzewać. Dlatego tak to wszystko wygląda. Pod Ghald, faktycznie walczyliście z siłami Morteriusa, ale wczorajsza bitwa, była bitwą przeciwko mnie. Zniszczę bramę i nie pozwolę Requiem, doprowadzić do upadku tego świata. Tymczasem…
Galahad otworzył fiolkę i wylał demoniczną esencję na ranę Draxa. Ten zawył z bólu i niemalże natychmiast stracił przytomność.
- Nie wiem, co się z tobą stanie chłopcze, ale nie daje ci szans, na powrót do świata żywych.
Zauważywszy, że Drax nie daje już żadnych znaków życia, zabrał z ziemi Moonglow i opuścił pomieszczenie. Tymczasem Requiem Delana czuła, że coś jest nie tak. Dochodziła już niemalże północ, gdy do siedzącej na murze dziewczyny podszedł Aeon.
- Idź się przespać, chociaż chwilę.
- nie mogę, zastanawiam się… co z Draxem… - odparła ze smutkiem.
- To wielki człowiek, wróci.
- A co jeśli uciekł, ale tak naprawdę? Słyszałeś co mówił Ascaron, mogą go posądzić o dezercję.
- Nawet jeżeli, to co z tego? Czy człowiek, który raz ugnie się pod ciężarem życia jest stracony?
- Przyzwyczaiłam się, że dokonywał zawsze czegoś wielkiego.
Aeon uśmiechnął się pod nosem.
- Człowiek, dokonujący jedynie wielkich rzeczy, staje się niewidomy na rzeczy małe. Nie szukaj u niego samych sukcesów.
- Ale…
- Pozwól, że opowiem ci historię, którą mi opowiedziano, gdy byłem mały – wtrącił – Otóż pewnego razu żył wspaniały malarz, malował obrazy jak żywe. W końcu stwierdził, że osiągnął doskonałość w malowaniu portretów. Nie dostrzegł tego, że jego prace doceniane są przez największych krytyków, że jego portrety wiszą w pałacach możnowładców. Nie doceniał także tego, że miał kochającą go rodzinę, jedyne, co pragnął widzieć to doskonałość. Wkrótce po tym rodzina go opuściła, ale nie zauważył nawet tego. Zabrał się za rysowanie pejzaży i ponownie odniósł w tym sukces. Nie widział swojego życia, jako pasma sukcesów i spełnienia, jedyne, co dostrzegał to pojedynczy sukces, który przewyższał poprzedni. W końcu i w rysowaniu pejzaży osiągnął perfekcję, a jego życie straciło sens. Przynajmniej dla niego. Nie było już dziedziny w malarstwie, w której mógłby zabłyszczeć bardziej niż do tej pory. Pewnego razu, kiedy poił się alkoholem w lokalnym zajeździe, usłyszał od jednego ze stałych bywalców o zjawisku znanym, jako „Evenfall”. Evenfall jest to moment poprzedzający wschód słońca, zjawisko, które trwa ułamek sekundy. Według bywalca tawerny, jest to jednak najpiękniejsze zjawisko na świecie, którego żaden malarz nie uwiecznił na żadnym obrazie. Zainspirowany tą opowieścią malarz postanowił uchwycić „Evenfall”. Każdej nocy stał w oknie swojego domu i oczekiwał na ów moment, jednak za każdym razem coś mu przeszkadzało, raz przysnął a gdy się obudził pierwsze promienie już wyłaniały się zza horyzontu. Innym razem przetarł oczy i przegapił ów moment. Pewnego dnia, stał jednak wyjątkowo zdeterminowany, przy pomocy lokalnego astrologa obliczył moment wystąpienia „Evenfall”. Czekał w oknie, gdy, nagle przed oczami zrobiło mu się ciemno. Przetarł je raz i drugi, ale widział jedynie mrok. Wtedy zrozumiał, że natura odebrała mu wzrok, aby nie mógł ujrzeć już niczego wielkiego. Resztę swojego życia spędził w ciemności i dopiero wtedy potrafił cieszyć się z każdego małego osiągnięcia, jak chociażby nauczenia się gdzie znajduje się w jego pokoju łóżko, z którego wychodził coraz rzadziej. Utrata wglądu na rzeczy doskonałe, pozwoliła mu dostrzec prawdziwą wartość życia, jakie prowadził i które zaprzepaścił w pogoni za doskonałością.
- Morał? – spytała Delana.
- Jeżeli go nie znajdziesz sama, to nie wyniesiesz z tego żadnej lekcji. – powiedział lekko się uśmiechając. – Teraz idź, prześpij się trochę a ja zmienię cię na warcie.
- Chcesz zobaczyć Evenfall?
- Nie, chcę zobaczyć całą noc, żebym rano mógł stwierdzić czy była ona dobra. – odpowiedział i ruszył na obchód.
Ta noc, obfitowała jednak w znacznie więcej wyjątkowych wydarzeń. Drax leżał już nieprzytomny kilka godzin, jego ciało stało się drętwe, a umysł uśpiony. Oczy miał zamknięte i ostanie zmysły odmawiały mu posłuszeństwa. Ciało jego stało się lekkie a dusza wydawała się je opuszczać. Wtedy jego głuche uszy odebrały jakiś dźwięk, z początku wydawał się on niewyraźny, po chwili jednak rozczytał w nim swoje imię. Jego oczy otworzyły się ukazując martwe źrenice. Wokół były tylko gwiazdy, po pokoju, w którym został zabity nie było ani śladu. Nad Draxem, stała zawieszona w powietrzu postać, odziana w lśniącą czarną zbroję. Włosy miała długie, sięgające pasa, były one siwe, jak u schorowanego starca, który ma żegnać się ze światem. Oczy jego jednak lśniły śnieżnobiałym blaskiem, a zmarszczki na twarzy wymuszały respekt w osobie obserwującej. Jego głos był donośny, odbijał się echem w nieogarniętej przestrzeni. Wydawać się mogło, że ów głos jest wszędzie. Starzec wyciągnął rękę odzianą w płytową czarną rękawicę.
- Jesteś godną duszą i twój czas jeszcze nie nastał. Wplatany zostałeś jednak pomiędzy wojnę dwóch bogów. A jeden z nich złamał zasady wiele razy, dlatego teraz i ja pragnę je złamać, dla wyrównania sił.
- Kim jesteś? – spytał Drax.
Było to jednak dziwne, nieopisane uczucie, ponieważ nie poruszył ustami a jedynie pomyślał pytanie. Dźwięk natomiast jakby wydobył się z jego głowy.
- Jestem bogiem umarłych, Thanatosem.
- Czyli… ja nie żyję…
- Nie do końca, demoniczna krew podtrzymała cię jeszcze przy życiu do tego momentu.
Wtedy Drax przypomniał sobie o wlanej do jego rany zawartości ampułki.
- Chcę nagiąć zasady tej gry chłopcze, chcę dać ci śmierć w twoje ręce i uczynić cię pierwszym Gravenimage, w świecie żywych.
- Ja? Gravenimage?
- Jest coś co musisz dokończyć, jednak decyzja, należy do ciebie. Ostrzegam tylko, Gravenimage w świecie żywych nie podlega kontroli. Musisz ujarzmić go sam, albo on ujarzmi ciebie.
- Szaleństwo… w zamian za uratowanie przyjaciół…
- Ostrzegam tylko, posiądziesz wiedzę rangi boskiej. Wiedzę, która może zmienić przyjaciela w wroga. Wiedzę, dzięki której zdasz sobie sprawę, z własnych błędów i właśnie to jest pierwszy krok do szaleństwa.
- Daj mi szaleństwo… Muszę, zakończyć wojnę… Moi bliscy… muszą żyć! – wybełkotał Drax i wyciągnął rękę w stronę Thanatosa. Ten chwycił go za dłoń i lekko się uśmiechnął po czym gwiaździste pomieszczenie powróciło do normalnego stanu. Oczy chłopaka ponownie się otworzyły i spojrzały na pokrytą kościaną powłoką rękę. Znów słyszał dźwięki, czuł pod sobą podłoże i energię rozpierająca go od środka. Wstał na równe nogi i spojrzał przed siebie w otwarte drzwi, w których stanął Galahad dzierżący Moonglow. Wpatrując się w swojego oprawcę w głowie pojawiło się mnóstwo obrazów, ukazujących jego życie. Drax poskładał wszystko w całość i wrogie spojrzenie byłemu gwardziście. Ten widząc stwora o potężnej posturze, rogach u przodu głowy zakrzywionych do tyłu i kończących się na wysokości uszu, wzdrygnął się i chwycił z całych sił rękojeść Moonglow. Z pleców bestii wystawały dwie kości skrzydłowe rownie pokaźnych rozmiarów co sama bestia. Całe jego ciało pokryte było kościaną powłoką, lecz oczy pozostały przerażająco ludzkie. Oczy których Galahad nie mógł pomylić z innymi. Stał teraz naprzeciwko niego nie Drax, co Gravenimage, napędzany gniewem Draxa.
Ludzie i demony, niby standard, ale co jeśli to ludzie okażą się większym zagrożeniem od przybyszy z piekła? Jeśli ci którzy mieli chronić zwykłych mieszkańców Azarath zmienili priorytety? Przeczytaj jeśli chcesz się dowiedzieć więcej.
Regulamin Chatango
Postanowiłem pomóc znajomemu w promocji jego... "opowiadania parodyjnego" Głupie, bez sensu, nie klejące się kupy. Po prostu osiąga perfekcję podchodząc do niej od drugiej strony ;d
Oto link: Księga Szyby
Poza tym bonus, krotkie opowiadania, które napisałem w przerwie od ROSC.
Krótkie opowiadania: Taniec Nekromantów, Serce Diabła, Władca Chwil, Za ścianą śmiechu głupców
(update 14.12.2011)
Oto link: Księga Szyby
Poza tym bonus, krotkie opowiadania, które napisałem w przerwie od ROSC.
Krótkie opowiadania: Taniec Nekromantów, Serce Diabła, Władca Chwil, Za ścianą śmiechu głupców
(update 14.12.2011)
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz