Regulamin Chatango

Postanowiłem pomóc znajomemu w promocji jego... "opowiadania parodyjnego" Głupie, bez sensu, nie klejące się kupy. Po prostu osiąga perfekcję podchodząc do niej od drugiej strony ;d
Oto link: Księga Szyby

Poza tym bonus, krotkie opowiadania, które napisałem w przerwie od ROSC.

Krótkie opowiadania: Taniec Nekromantów, Serce Diabła, Władca Chwil, Za ścianą śmiechu głupców
(update 14.12.2011)

czwartek, 2 lutego 2012

Rozdział 28: Początek końca

Trochę czekaliście, ale juz jest gotowy kolejny rozdział ; ) W zasadzie pozwole sobie zapowiedzieć już kolejne:
29: Wszystko na jedną kartę.
30: Gravenimage - twarzą w twarz
31: Epilog - Legenda niedopowiedziana

 A teraz zapraszam do czytania jednego z ostatnich rozdziałów.
--------------------------------------------------------------------------------------------------------------
    Na wzgórzu, Drax przedstawił Melfice’a Aeonowi. Opowiedział o obietnicy, jaką sobie złożyli przed laty i zagwarantował, że jego umiejętności z pewnością okażą się przydatne. Na samym końcu dołączył do nich Ascaron, który po chwili także poznał przybysza.
- Gdybyś do nas dołączył, wszystko mogłoby wyglądać teraz inaczej. – stwierdził ze smutkiem.
- Jedna osoba nie robi różnicy.  – odezwał się Drax w obronie brata. – Tak w ogóle co słychać na kontynencie? – spytał z zaciekawieniem.
- Wojna, braciszku, wojna.
- Jak to wojna?! – wykrzyknęli wszyscy chórem.
    Wtedy Melfice usiadł na kamieniu i zaczął opowiadać, co widział. Pozostali także przycupnęli i słuchali z niedowierzaniem. Hammersmith opowiedział o rebelii, która wybuchła na północy Nemezii, oraz o dziewczynie władającej magią. Wspomniał też, że doszły go słuchy jakoby Requiem posiadało swoje oddziały na kontynencie, ale sama Lena, tak było na imię owej dziewczynie, zaprzeczyła jakoby należała do wspomnianego ugrupowania. Ascaronowi wyraźnie skwasił minę, kiedy uzmysłowił sobie, że Requiem wyszło z ukrycia. Melfice kontynuował opowieść o tym jak pomógł uciec władcy Nemezii z oblężonego zamku i jak został wcielony do straży cesarskiej. Wspomniał także o planie „Skybreaker”, który bez owej dziewczyny byłby niewykonalny. Ta wzmianka zaciekawiła Ascarona wyjątkowo, jednak Melice przyznał, że jedynie obiło mu się to o uszy i szczegóły dotyczące planu nie są mu znane.
- A więc nie wiesz nic więcej na temat Skybreakera?
- Nie – potrząsnął głową – wiem tyle, co wy w tej chwili, chodzi o przebudzenie jakiejś mitycznej bestii, ale gdy dowiedziałem się jak wygląda sytuacja na Azarath, zebrałem się tak szybko jak to było jedynie możliwe.
- Dlaczego nie zameldowałeś się w cytadeli? – spytał Aeon.
- Zameldowałem, ale na bramie jakiś baran kazał mi się wynosić, pewnie przez ten ubiór, słyszałem, że macie tutaj autonomię.
- I tak po postu odszedłeś? Kto jak to, ale nie ty! – roześmiała się Delana.
- Zmieniłem się jak widać- odrzekł spokojnie – Ale chyba nie bardziej niż siwy… - westchnął zerkając na Draxa.
    Drax siedział z posępną minął już od dłuższej chwili i nie odzywał się ani słowem.
- Drax? – spytała Shadowstep
- Nie przerywaj mu. – odpowiedział Melice.
    Wtedy Delana zauważyła ogromne skupienie na twarzy swojego przyjaciela. Ręka mocno uciskała kamień, na którym siedział, było jasne, że coś go zaniepokoiło. Podczas gdy inni rozmawiali Drax zdążył wyprowadzić zaklęcie globalnej percepcji na kilka kilometrów na północ od Requiem. W końcu uniósł wzrok. A jego usta zadrżały.
- Co się stało? – spytał Aeon.
- RUSZAMY! – zawołał i zerwał się z miejsca.
    Pędził w stronę cytadeli jak oszalały, pozostali ledwo dotrzymywali mu kroku. Niebo robiło się już szare i najpóźniej za godzinę nastała by ciemność. Poza Draxem nikt nie wiedział, co się święci, ale każdy instynktownie podążał za nim. Taki zryw zwykle oznaczał, coś wielkiego. W połowie dogi do cytadeli dostrzegli armię przeklętych zmierzającą w kierunku fortecy. Bestie różnorakiej maści, jeźdźcy na piekielnych rumakach, których kopyta płonęły żywym ogniem, a z ich nozdrzy wydobywał się siarkowy odór. Rżenie ich było niczym miliony igieł wbijających się w czaszkę, przyszywających ją na wylot i drażniących mózg. Grzywy miały bujne i czarne jak smoła, miały one iście atletyczną budowę, a umięśnione nogi z prędkością wiatru niosły swoich jeźdźców z całym rynsztunkiem do przodu. Ciężki stalowy pancerz zahartowany w ogniach piątego kręgu piekieł chronił ich głowy. To samo tyczyło się samych jeźdźców. Masywne pancerze kawalerii wydawały się niewrażliwe na wszelką broń, a już na pewno na cesarski oręż. Jedną ręką trzymali uprząż w drugiej zaś, włócznię bądź halabardę długą na około dwa metry. Sama broń także wydawała się być masywna i zdolna do przebicia się przez najgrubszy pancerz. Za nimi w powozach siedzieli siepacze. Uzbrojeni nieco lżej od piekielnej kawalerii, ale znacznie bardziej mobilni w walce. Wyznawali oni zasadę, że najlepszą obroną jest atak, to też uzbrojenie w postaci tarczy było im zupełnie obce. Zamiast tego posiadali dwuręczne miecze, topory czy maczugi, wszystko wedle własnego uznania. Z powietrza nadciągały skrzydlate biesy, praktycznie pozbawione uzbrojenia. Jedynym jego elementem były harpuny, bądź wszelkiej maści haki, sierpy czy inne ostre przedmioty przytwierdzone do łańcucha. Przeklęci najwidoczniej wzięli sobie do serca porażkę, która odnieśli pod Ghald i zrezygnowali z używania broni, w których nie mieli większej wprawy. Widząc machinę zagłady pędząca na cytadele wszyscy jeszcze bardziej przyspieszyli kroku. Dystans, jaki mieli do pokonania był jednak zbyt wielki, aby zdążyć na czas. Nim dobiegli do bram walka rozgorzała już na dobre. Latające stwory ciskały z powietrza swoimi ostrzami próbując ranić każdego, kto znajdował się w zasięgu. Przewaga przeklętych była przytłaczająca, na jednego obrońcę przypadała przynajmniej dziesięciu potępionych, przy czym dla większości obrońców była to pierwsza bitwa w ich życiu. Poza oddziałami z doświadczeniem, oraz zabójcami, grupa złożona przez Draxa i pozostałych radziła sobie w miarę dobrze. Nie byli oni może wojownikami najwyższych lotów, ale doskonała współpraca i zaufanie do siebie owocowało. Wiecznie awanturujący się Neuron, pokazał, że potrafi nie tylko gadać, ale i zabić. O stylu walki nie dało się tu jednak mówić, o ile Tryshot wykazywał się tu dyscypliną i pomysłem, o tyle sam Barney atakował w losowe miejsca. Robił to jednak tak nieustannie i w takim tempie, że prędzej czy później trafiał we wrażliwe, bądź odsłonięte miejsce. Każde takie trafienie owocowało rozbiciem systemu obronnego przeciwnika i kolejne ciosy niosły już ze sobą śmierć. Szybkość, z jaką poruszał się Barney, była także zdumiewająca. Przypatrując się mu, Tryshot zrozumiał, na czym polega magia Barneya. Jego możliwości rosły, poprzez wspomaganie organizmu maną. Działało to niczym środek pobudzający. Sam Tryshot okazywał się zarówno dobrym strzelcem jak i walczącym w ręcz. Na przemian dobywał to łuku to miecza sygnowanego nazwiskiem Hammersmith. Wkrótce najmniej liczna grupa latających demonów zaczęła się wycofywać, gdyż zostali zdziesiątkowani przez podopiecznych Zheroo. Brama twierdzy została poważnie naruszona, aby uniknąć dalszych zniszczeń. Hayscent postanowił uciec się do podstępu. Nakazał otworzyć bramę a łucznikom ustawić się na dziedzińcu. W momencie, kiedy brama zostanie otwarta mieli oni wystrzelać wszystkich, którzy znajdą się w przejściu. Doskonałości planu nie dostrzegł jednak Zheroo.
- Nie mamy na tylu ludzi! – zawołał.
- Masz lepszy pomysł? Jeśli padnie brama padnie całe Requiem! – wykłócał się Hayscent.
- Starczy! – zawołał Tryshot. – Trochę udoskonalimy ten plan. Dajcie mi chwilę czasu, na mój znak brama idzie do góry. A łucznicy niech wracają na mury! – rozkazał pewny siebie.
    Hayscenta wyraźnie rozdrażniło takie zachowanie. W końcu to on, Sulfurus, Ascaron, oraz pozostali zabójcy byli tymi, którzy mieli faktyczne prawo głosu. Za to w tka krytycznej chwili, dowodzenie przejmuje człowiek, który nie tak dawno przekroczył mury. Pocieszył się jednak ty, że ostatecznie to jego plan i będzie wszystko po jego myśli. Tryshot zwołał pozostałą piątkę i przekazał im instrukcje.
- Nie mogę tego zrobić… - zaszlochała Ewa.
- Jeżeli tego nie zrobimy, wszyscy zginiemy. – odpowiedział ze spokojem Tryshot.
    Zamknął oczy i napiął strzałę, pozostała piątka położyła ręce na jego plecach. Wokół Tryshota pojawiła się złoto-srebrna aura, wyglądało to jakby jego ciało płonęło wewnątrz a na zewnątrz wydostawał się jedynie dym, zupełnie jak z podpalonego snopka słomy, gdzie dymu jest więcej niż ognia. W końcu grot strzały pokrył się tym samym blaskiem, a cięciwa napięta była do granic możliwości.
- Wybacz Drax, inaczej nie potrafię odpokutować swoich win. – mruknął pod nosem.
    Ewa uroniła łzę, miała już zabrać swoją rękę, gdy jej wzrok spotkał się ze wzrokiem Neurona, który po raz pierwszy wyglądał śmiertelnie poważnie. Dodało jej to odwagi i nie przerwała przekazywać swojej many Tryshotowi.
- I ja, wyrzekłem się życia! To jest mojej życzenie śmierci! – zawołał Tryshot.
    Zza zachodniego rogu wyskoczył Ascaron wraz ze swoja drużyną i Melfice’em. Rzucili się w wir walki natychmiast zabijając kilku przeklętych. Melfice podniósł swój styl walki do rangi sztuki. Wyglądał jak baletnica wirująca w tańcu jednak zakrzywione ostrza zastępowały mu kolorowe wstęgi. Drax wzmocnił swój Moonglow przy użyciu swojej magii i bez większego problemu przebijał się przez grube pancerze wrogów Ascaron współpracował z Aeonem, osłaniając się nawzajem kładli trupem kolejnych to przeciwników. Delana wybrała sobie jednak najbardziej wymagającego przeciwnika. Przywódca kawalerii zszedł z rumaka i uderzając halabardą trzymał rubinowooką na dystans. Łucznicy kontynuowali ostrzał z murów, jednak wycieńczeni walką nie mogli już tka skutecznie przebijać się przez pancerze wrogów. Zaklęte strzały stawały się coraz słabsze aż w końcu magię odstawili na bok. Shadowstep wywalczyła sobie trochę miejsca i od razu jej szansę na zadanie ciosu wzrosły. Mogła teraz manewrować i wykonywać uniki na większej przestrzeni, nie raz to zmniejszając swój dystans do oponenta. Dowódca jednak okazywał się nieugięty, a jego niesamowicie ludzki wygląd pozwolił się domyśleć dziewczynie, że pochodzi on z wysokiego kręgu piekła, czwartego, może nawet piątego. Generał dostrzegł moment, w którym Delana straciła równowagę i uderzył Halabardą z ukosu. Abyss wyleciał jej z rąk a ona sama upadła na ziemię. Nim zdążyła się otrząsnąć tuz przed jej oczami ukazało się ostrze Halabardy.
- Jestem Generał Matrach, jeden z dwóch generałów czwartego kręgu. Niech to imię towarzyszy ci w cierpieniach! – zawołał szyderczo i wziął zamach.
    Brama cytadeli wtem się otwarła Tryshot wystrzelił pocisk, który pociągnął za sobą mieniący się kolorami warkocz. Szum, jaki temu towarzyszył przypominał wystrzał tysiąca balist jednocześnie. Strzała po wyleceniu przez bramę przypominała raczej olbrzymi grot, niżeli drobny pocisk wystrzelony z łuku. Smuga światła przebiła się przez legion nie zostawiając nikogo żywego na jej trasie. Jeden ze strażników, którzy otwierali bramę nie zdążył się cofnąć a poświata jedynie musnęła jego rękę rozszarpując ją na strzępy. Taki sam los spotkał wszystkie demony, które stanęły na drodze potężnemu zaklęciu. Delana słysząc szum otworzyła oczy, tuż przed nią znajdowała się wyrwa w ziemi, kiedy odwróciła wzrok dojrzała przedramię Matracha dzierżące halabardę w zaciśniętej pięści. Przerażona spojrzała na swoje nogi. Były na swoim miejscu, ale kilka centymetrów dalej i podobnie jak właściciel ręki mogłyby obrócić się w nicość. W sekundę po tym zdarzeniu rozległ się odgłos rogu a potępieni w popłochu rzucili się do ucieczki. Delana przerażona zebrała się z ziemi i przywołała Abyssa. Uciekającego legionu nikt nie gonił, nikt nie miał sił, aby ich gonić. Requiem odetchnęło z ulgą, jednak Arcymistrz wiedział, że to dopiero początek. Zdawał sobie sprawę, że był to test, którego Requiem nie zdało. Siedząc w zaciszu swojego gabinetu coraz mocniej pieścił rękojeść noża, który dostał od nekromanty. Przeczuwał, że niedługo będzie mu on bardziej potrzebny niż mogłoby mu się wydawać. Jeszcze tego samego wieczora, wielu ludzi z obsługi złożyło wypowiedzenia i odeszli z cytadeli. Nieliczni, którzy pozostali nie wychodzili z podziemi w obawie przed kolejnym atakiem. Do białego rana zajęło pozostałym przy życiu uprzątanie dziedzińca, natomiast raport dostarczony przez Ascarona nie dostarczył wielkiej radości Gustawowi, a przynajmniej nie oficjalnie. Ukradkiem, kiedy nikt nie patrzył, Gustaw zacierał ręce, radując się z przebiegu zdarzeń. Brak nekromanty oznaczał, że Gustaw zachował swoją siłę oraz stał się wolny. Nie wiedział jak potężnymi istotami są Gravenimage, nie potrafił sobie nawet tego wyobrazić, natomiast czuł, jakie już zmiany w nim zaszły. Czuł, że może stawić czoła nawet huonom z piątego kręgu piekieł.
    Wieści o śmierci Tryshota rozbiegły się szybko, pochowano go zaraz za bramą cytadeli, tuz przy drodze. Epitafium brzmiało „Tu spoczywa Tryshot, człowiek wielkich czynów i ogromnych wyrzeczeń”. Złożono go w trumnie, w której przed kilkoma laty Gustaw dostał się do Requiem i obalił rządy Archona. W późniejszych latach ludzie będą dopatrywać się w jego śmierci i pochówku wielu symboli, ale teraz nad grobem stała jedynie Ewa odmawiająca modlitwy do Thanatosa.
- To nic nie da. – powiedział ze smutkiem Aeon podchodząc do dziewczyny.
- Może Thanatos mnie wysłucha, i jego dusza…
- Jego dusza nie istnieje – przerwał Ewie – Życzenie śmierci, to zaklęcie ostateczne, poświęca dusze jak i ciało użytkownika.
- Ale… - zaszlochała – Ale on przecież…
- To było życzenie śmierci. Nie wiem, czy ktokolwiek inny w Requiem, miałby jaja żeby je wyzwolić.
    Aeon podszedł bliżej i przytulił Ewę.
- Tryshot, teraz będzie żył jedynie w naszej pamięci. – powiedział dotykając palcem jej czoła. – Żeby rzucić to zaklęcie, trzeba całym sercem zrezygnować z życia, szczerze przed sobą przyznać, że nie boi się całkowitej śmierci i zmienić swoją duszę w czystą energię.
- Skąd o tym wiedział? – spytała wtulając się w Aeona
- Nie wiem, ale odrzucił swoje życie, aby pozwolić nam żyć, dlatego musimy żyć dla niego.
    Ewie na te słowa pociekły łzy. Po dłuższej chwili wspierając się na Aeonie wróciła do cytadeli. Następnego ranka wydarzyła się rzecz dość niezwykła, nad grobem Tryshota stało blisko trzysta osób. Wszyscy z nich ubrani byli jak bandyci. Mieli przy sobie broń, oraz kilkunastu tragarzy z jedzeniem i wodą. Strażnicy z murów bacznie obserwowali zlot rzezimieszków, ale nie reagowali, dopóki jeden z nich nie zbliżył się do bram.
- Ani kroku dalej! – zagroził strażnik.
- Przyszliśmy dokończyć coś, co zaczął Tryshot! – krzyknął mediator
- Co skurwysyny? Dobić nas? Ha! Spróbujcie tylko!
    Wtem na brama się otworzyła a przed nią wyszedł Drax. Mężczyzna od razu rozpoznał twarz chłopaka.
- Przyszliśmy pomóc w walce.
- Nie macie pojęcia jak się walczy z demonami, prawda? – spytał młody.
- Nie, ale jest nas kupa, a kupy nikt nie ruszy!
- Wpuście ich! – zawołał z tyłu Ascaron – Nie mamy teraz czasu na selekcje, jeżeli coś odpierdolą, to ich zabijemy, proste!
    Wtedy cała grupa, prawie trzystu bandytów, przekroczyła mury cytadeli. W Requiem na powrót zrobiło się tłoczno, a w sercach gwardzistów pojawiła się iskierka nadziei na wygranie tej wojny.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz