Oficjalnie stwierdzam, że zanim wezmę się do poprawy "Requiem" poświęcę nieco czasu na pisanie wyżej wymienionej pozycji. "Martwy Mściciel" nie jest dokładnym tytułem, ale chciałem dać znać, że pracuje nad kolejnym projektem. Nie będzie się on pojawiał na blogu, można się dobijać na GG to może zechce się podzielić wypocinami ;3 Nowy projekt jest dość dobrze sprawdzany (na razie pod względem stylistycznym) i ogólnie jestem zadowolony z całokształtu. Zdradzę jeszcze, że powstały póki co 2 krótkie rozdziały wprowadzające w historię nowego opowiadania, czyli coś czego brakuje w "Requiem" na początku i będzie musiało zostać dodane ; )
Wszelkie prawa zastrzeżone, do każdego z projektów wliczając w to krótkie opowiadania.
Pozdrawiam,
Ryjek.
Ludzie i demony, niby standard, ale co jeśli to ludzie okażą się większym zagrożeniem od przybyszy z piekła? Jeśli ci którzy mieli chronić zwykłych mieszkańców Azarath zmienili priorytety? Przeczytaj jeśli chcesz się dowiedzieć więcej.
Regulamin Chatango
Postanowiłem pomóc znajomemu w promocji jego... "opowiadania parodyjnego" Głupie, bez sensu, nie klejące się kupy. Po prostu osiąga perfekcję podchodząc do niej od drugiej strony ;d
Oto link: Księga Szyby
Poza tym bonus, krotkie opowiadania, które napisałem w przerwie od ROSC.
Krótkie opowiadania: Taniec Nekromantów, Serce Diabła, Władca Chwil, Za ścianą śmiechu głupców
(update 14.12.2011)
Oto link: Księga Szyby
Poza tym bonus, krotkie opowiadania, które napisałem w przerwie od ROSC.
Krótkie opowiadania: Taniec Nekromantów, Serce Diabła, Władca Chwil, Za ścianą śmiechu głupców
(update 14.12.2011)
wtorek, 22 maja 2012
środa, 22 lutego 2012
Co dalej?
Pierwsza część "Requiem" dobiegła końca, co nie znaczy, że na tym koniec. Niestety termin obrony pracy zbliża się nieubłaganie i "pisarstwo" będę musiał dość znacznie ograniczyć. No ale co dalej? Na pewno będzie trzeba zacząć Requiem poprawiać, co wiąże się z niemalże całkowitym napisaniem historii od nowa, gdyż pierwsze rozdziały powstały prawie cztery lata temu i jak widać znacznie odbiegają stylem i poziomem od ostatnich. Następnie przydałoby się znaleźć kogoś, kto te wypociny zechce wydać, jeśli ktoś ma jakieś wtyki to się nie pogniewam jeśli się nimi podzieli ; ). A skoro się wygadałem na początku, że była to pierwsza część, to wypada powiedzieć coś więcej o planach na przyszłość. Poprawiona wersja Requiem NIE pojawi się na blogu z wydaje mi się oczywistych przyczyn. Czy kolejne opowiadania będą publikowane? Nie wiem, zastanowię się. Jednak w planach jest tego znacznie więcej i do większości z nich jest już gotowa fabuła, a wstępne tytuły kolejnych opowiadań to:
- Skybreaker: Początek
- Skybreaker: Przebudzenie
- Requiem: Ścieżki Dwojga
- Requiem: Krzyk Przeszłości
- Martwy Mściciel
- Dyplomata Boga
- Reforged: Zapomniany Lud
- Skazany na życie
Pozdrawiam ; )
- Skybreaker: Początek
- Skybreaker: Przebudzenie
- Requiem: Ścieżki Dwojga
- Requiem: Krzyk Przeszłości
- Martwy Mściciel
- Dyplomata Boga
- Reforged: Zapomniany Lud
- Skazany na życie
Pozdrawiam ; )
środa, 8 lutego 2012
Epilog - Legenda niedopowiedziana
Przyszedł ten czas, kiedy wypada coś zakończyć. Jaki był efekt walki dwóch Gravenimage? Jaka jest prawdziwa tożsamość starca? Czy wszystko skończyło się happy endem? A może to jeszcze nie koniec? Duzo pytań prawda? Ale ci którzy czekali w końcu doczekali się o to koniec opowieści starca.
-------------------------------------------------------------------------------------------------------
-------------------------------------------------------------------------------------------------------
Tuż nad wieżą brama przyjęła już wyraźny kształt, jej wnętrze przypominało falującą powierzchnie wody a obrzeża błyszczały purpurowym światłem. Szkarłatne błyskawice miotały się wokół Astralowej wieży i co chwila rozjaśniały, przez niewielkie okienka, mroczny korytarz pnący się krętymi schodami ku górze. Odgłos kroków Gravenimage piął się wyżej i wyżej, z dwóch pozostał tylko jeden, z dwój ścierających się przekonań jedno okazało się górą by dokonać jednego z dwóch wyborów. Na dziedzińcu walki dobiegały końca, ostatnie pokrzykiwania żołnierzy i ryki demonów odbijały się od zdewastowanych murów. Gravenimage zatrzymał przy jednej z okiennic i spojrzał na rozlewający się szkarłatny błysk. Dojrzał w nim setki twarzy wykrzywionych z bólu, skąpanych w morzu krwi. Topielców, którzy zatonęli we własnej wojnie a ich dusze zostały zaklęte w nicości. Oddalone od przekleństw piekła oraz odrzucone od błogosławieństwa krainy umarłych, zapomniane przez swoją stwórczynie tułające się gdzieś w odmętach ziemi niczyjej. Skazane na niekończący się cykl odradzania i śmierci w męczarniach, to cena, którą przyszło zapłacić wszystkim, którzy próbowali oszukać bogów. Wśród nawałnicy odradzających się i niszczejących twarzy Gravenimage dostrzegł tam miedzy innymi twarz fałszywego kapłana, z Blackrose. Wspinając się coraz to wyżej słyszał coraz wyraźniej krzyki potępionych, pochodzące prosto z piekła, a jego żar odczuwalny był już na ostatnich stopniach. W końcu dostał się na sam szczyt i stanął naprzeciw otwierającej się bramy. Stał teraz oko w oko z Powoli przekraczającym ją, Morteriusem, bogiem mordu i zniszczenia, odradzającym się w cieleniem chaotycznego Memora. Oczy jego były pokroju żmijowych, z twarzy przypominał byka, a z jego głowy wyrastały trzy pary rogów. Pierwsza z nich, najbardziej masywna wyrastała z czoła, lecz w przeciwieństwie do Gravenimage’a pięły się w górę i nie zakręcały na boki. Druga para wyrastała z boku głowy, pięła się w górę i zawijała w tył, trzecia natomiast znajdowała się niemalże na potylicy. Zakręcone one były w dół a ich szpice stawały tuz przy kącikach ust, które z kolei uzbrojone były w pełen zestaw kłów. Rozmiary Morteriusa niczym nie przypominały ludzkich, mało tego, był on nieporównywalnie większy od Behemotha z Peacebloom czy Siegmara. Kiedy się odezwał jego głos przeszył czaszkę Gravenimage, a uszy przyprawił o ból.
- Widzę, że ładnie się przygotowałeś na moje nadejście, Gustawie Graveimage Soulripperze. – odrzekł – od zawsze cię obserwowałem, ale nie spodziewałem się, że zdobędziesz nawet legendarny Moonglow!
- Tak, dobrze się przygotowałem, jednak musiałem pokonać innego, Gravenimage.
- Doprawdy? Gravenimage? Tutaj? – zdziwił się Morterius a jego ręka powoli zaczęła zbliżać się do powierzchni świata Sfere.
Wtem lśniący złocisty łańcuch oplatał jego rękę i szarpnął ją do tyłu. Tuż nad głowa złego boga pojawił się kolejny Gravenimage i wbił swój miecz w jego czaszkę. Jednak natychmiast, gdy usunął z głowy swoje ostrze rana zagoiła się Morterius strącił napastnika. W odezwie kilkanaście kolejnych łańcuchów spętało boga, a gdy ten chciał się wyrwać olejny Gravenimage dosiadł jego grzbietu i oplątując łańcuchem jego szyje zeskoczył nieco niżej, uderzając obiema nogami w jego plecy. Bóg zniszczenia wygiął się w połowie, a Gravenimage spojrzał na swojego pobratymca w świecie żywych.
- Na co czekasz, Drax?! Zniszcz kryształ! – krzyknął kobiecym głosem.
Draxa nagle coś poruszyło.
- S-Selene… - wykrztusił – Selene, wszędzie poznam ten głos!
Gravenimage lekko się uśmiechnął.
- Jak to Drax?! – ryknął Morterius odwracając głowę w stronę bramy.
Wtedy chłopak nabrał pewności siebie, odwrócił się w stronę kryształu i wziął zamach.
- U stóp wieży starło się dwóch Gravenimage, ludzki twór wyszedł naprzeciw boskiemu, jak myślisz, który z nas wygrał? – rzucił zajadliwie i z całych sił uderzył w kryształ.
Cała pozostała Wola Memora, została uwolniona w jednym momencie, ilość energii uwolnionej w ten sposób w mgnieniu oka obracała wszystko w nicość. Stojący poza murami Requiem przyjaciele mogli teraz obserwować całe widowisko. Białą poświata wirowała od ziemi ku górze, tworząc lej na kształt odwróconej trąby powietrznej, im wyżej tym ciaśniejszy aż w końcu gdzieś pod chmurami całkowicie znikał. Kawałki kryształów, które jeszcze nie uległy dezintegracji mieniły się niczym rosa w słoneczny poranek. Astralowe mury znikały niczym kostka lodu w gorącej wodzie, cała forteca rozpływała się, nie pozostawiając po sobie nic prócz wspomnień w głowach ocalałych. Ci, którzy pozostali wewnątrz murów zostali skazani na pewną śmierć, przynajmniej ci, którzy nie byli awatarami boga. Służba, bandyci, pozostałe przy zyciu demony, brama… wszystko obracało się we wspomnienie. Omimo rozmiaru całej katastrofy i ilości magii, jaka została uwolniona, nie było słychać najmniejszego szumu, nawet wiejący wiatr na chwile ustał.
- Drax… - zaszlochała Delana – Wiatr to był jego żywioł, a teraz nawet on nie wieje.
- Liczył się z konsekwencjami, z pewnością, znalazł sposób, aby ich uniknąć. – pocieszył ją Melfice.
- Jesteś pewien?
- Czuję, że on żyje, może nie tutaj, nie na Azarath, ale czuję i wiem, że tak długo jak będziemy o nim pamiętać on będzie żył. – odpowiedział nie kryjąc łez.
Delana wtuliła się w jego ramiona i w ten sposób czekała na koniec spektaklu. Kiedy już wszystko się uspokoiło, w miejscu cytadeli stała jedynie wypalona trawa. Delana dostrzegła coś leżącego na ziemi odbijającego promienie słoneczne, które rzucała ognista gwiazda wyłaniająca się zza chmur, natychmiast podbiegła i podniosła z ziemi przedmiot. Był to mithrilowy wisiorek, na którym widniał napis „Na krew moich…” kolejna jego cześć była jednak odłamana i nie dało się jej nigdzie znaleźć. Shadowstep schowała go do kieszeni i spojrzała w niebo, chroniąc oczy przed promieniami słońca za palcami.
- Przysięgi… to one sprawiały mu tyle kłopotu. – powiedziała pod nosem i odwróciła się w stronę przyjaciół.
- To ja lecę! – zawołał Melfice
- Gdzie idziesz stary? – spytał Aeon
- Do Lethe, czuję, że jestem potrzebny na kontynencie.
- Melfice! – zawołała Delana – Mam nadzieję, że to nie jest pożegnanie!
Melfice uśmiechnął się i potrząsnął głową, po czym skierował się w stronę portowego miasteczka Lethe.
- A wy co zamierzacie robić? – spytała Delana
- W Punra mam znajomego, który wisi mi kilka przysług, otworze sobie spokojnie zajazd czy coś w tym stylu – odpowiedział jakby od niechcenia Aeon.
- Panie Fiu.. znaczy Sandspell – powstrzymała się Lilly – czy Mogłabym iść z panem?
Aeon pogłaskał dziewczynę po głowie.
- Ja nie widzę przeszkód – odpowiedział, po czym spojrzał w stronę gdzie nie tak dawno stała cytadela. – Oni chyba też nie będą nas specjalnie zatrzymywać – roześmiał się.
- A co z tobą Delano? – spytała Maya
Shadowstep spojrzała na panienkę Burston.
- Chyba zamieszkamy na wzgórzu i będziemy wypatrywać powrotu Draxa.
- Odwiedźcie czasem mój zajazd! – zawołał Aeon.
- Najpierw będziesz go musiał gdzieś wybudować! – zauważyła słusznie Ewa.
Wszyscy się roześmiali i ruszyli w swoją stronę, kiedy byli już w znacznej podległości Delana odwróciła się i zawołała na całe gardło.
- Wiem, co chciałeś mi przekazać tamtą historią!
Aeon nie odwracając się tylko się uśmiechnął i przyspieszył kroku, do jego oczu napłynęły łzy i nie chciał, aby ktoś prócz Lilly je dostrzegł. Ostatecznie Maya zaciągnęła się do straży w Ghald, gdyż szlak handlowy w końcu ruszył a strażnicy cesarscy byli bardziej potrzebni na kontynencie. Aeonowi ostatecznie udało się otworzyć zajazd, a Ewa wraz z Delaną zamieszkały w rodzinnej rezydencji Bursonów wyczekując powrotu Draxa. Z biegiem czasu Ewie udało się stworzyć mieszankę ziół, przy pomocy której, obumieranie mózgu Lilly zostało znacznie spowolnione. I choć wiązało się to ze znacznym ograniczeniem jej umiejętności, jako espera wiodła ona szczęśliwe życie u boku przedsiębiorczego właściciela knajpy, Aeona.
* * *
- Wspaniała historia starcze – zawołał ze zdumienia wędrowiec.
- Tak, ta historia dobiega końca, ale na niej… - przerwał pokasłując – Legenda się nie kończy.
Wędrowiec dostrzegł krew na rękach poczciwego starca.
- Nic panu nie jest? – spytał.
- Mi, już za chwile nic nie będzie. Weź to. – odpowiedział z trudem
Sięgnął za pazuchę i wyciągnął z niej niewielki miedziany kluczyk, następnie dał go swojemu gościowi i zacisnął w jego dłoni.
- Bestia, która jest na zewnątrz, może darować ci życie, wszystko zależy od skrzyni. – wykrztusił, brudząc się własną krwią.
- Skrzyni? – spytał nieco przerażony przypomniawszy sobie o kościstej istocie, która z jakiegoś powodu nie wtargnęła do domku.
- W skrzyni jest wszystko, czego ci potrzeba. Jeżeli się zawahasz, klucz pęknie, a Gravenimage zakończy twój żywot. Jeżeli zaakceptujesz swój los i moją drogę, skrzynia stanie otworem, a bestia poprowadzi cię do celu, jaki wyznaczyło nam życie.
Wędrowiec wstał i nie zwlekając dłużej podszedł do skrzyni. W głowie kołatały mu się różne myśli, nie wiedział nawet, czyją drogę ma zaakceptować. Starzec siedział nieruchomo plecami do chłopaka. Wędrowiec przełknął ślinę i włożył ostrożnie klucz do zamka. Wtedy dostrzegł tuz nad złotym zamkiem napis wyryty w drewnie. Był on już dość stary, ale w końcu udało mu się go odczytać, a brzmiał on „Drax Bloodpledge”
- Czy ty… - powiedział odwracając głowę.
Wtedy starzec upadł na ziemię i żadna jego część nie poruszyła się, jego usta posiniały a oczy zapadły się. Wędrowiec zrozumiał, że musi otworzyć skrzynię, jeśli chce przeżyć. Gdzieś w jego głowie jawiła się postać Draxa, który nie bał się poświęcić własnego życia by ratować innych. Czy ten sam Drax, miał teraz uratować go od kościstej bestii? Nie wiedział, mógł jedynie zaryzykować. Pot spływał po jego twarzy, gdy przekręcał kluczyk, a czas zwolnił bezlitośnie, przedłużając chwilę niepewności. Wtem coś zakołatało, coś strzyknęło. Czy był to stary mechanizm otwierający skrzynię? A może to kluczyk pękł w pół? W tej chwili tego nie wiedział, był natomiast pewien, że za jego plecami czai się coś okropnego. Przez otwarte drzwi lodowaty wiatr wdarł się do pomieszczenia a parszywy oddech Gravenimage przeszedł po jego plecach.
niedziela, 5 lutego 2012
Rozdział 30: Gravenimage - Twarzą w twarz (Koniec rozdziału)
I nastała ta chwila, gdzie kolejnym rozdziałem będzie już tylko epilog. A teraz zapraszam do zakończenia ostatniego rozdziału "Gravenimage - Twarzą w twarz".
---------------------------------------------------------------------------------------------------------
---------------------------------------------------------------------------------------------------------
Tuż po uderzeniu fali powietrza mury chrząknęły, Ascaronowi opadła szczęka, kiedy wpatrywał się w pękające ściany swojej cytadeli. Chrzęst zmienił się wtem w trzask i głuchy huk rozbiegł się po okolicy. Zachodni mur runął po pojedynczym ataku Gravenimage, nikt nigdy wcześniej nie zdawał sobie sprawy z potęgi elitarnych wojowników Thanatosa. Przy tym, co zobaczyli legendy stały się szare i bez wydźwięku. Za gruzami pojawiła się szarżująca armia przeklętych.
- Do broni! – krzyknął Ascaron
Wszyscy obrońcy chwycili za miecze, topory i łuki. Musieli teraz stawić czoło zagrożeniu, jakiego nigdy wcześniej Requiem nie doświadczyło. Pod przywództwem Gravenimage armia przeklętych bez problemu wdarła się na dziedziniec.
- Płotki wyrżnąć w pień! – ryknął – Gwardzistów zostawić mi!
Delana będąca najbardziej doświadczoną rzuciła się ku kościstemu potworowi. W jej oczach płonął gniew, widząc Moonglow w rękach napastnika, była przekonana, że jej ukochany Drax już nigdy nie wróci. Ze wściekłością zaatakowała z wyskoku, siła, z jaką jednak się spotkała znacznie przerosła jej oczekiwania. Drax przy pomocy jednej ręki sparował uderzenie i odrzucił dziewczynę w tył. Ta z kocią zwinnością wylądowała i bez chwili wytchnienia ponowiła natarcie. W zderzeniu Abyssa z Moonglow zawyła stal, sięgając w głąb swojej rozpaczy tym razem Delanie udało się odepchnąć swojego przeciwnika, choć nie tak skutecznie jakby sobie tego życzyła. Nie tracąc spokoju Gravenimage uderzył z obrotu, a widząc unikającą jego cios rubinowooką lekko się uśmiechnął. Diablica korzystając z okazji wyprowadziła kontratak próbując zaskoczyć swojego przeciwnika od tyłu, cała akcja skończyła się jednak fiaskiem. Atak został z łatwością zablokowany, monstrum nie musiało nawet się odwracać. Desperacja dziewczyny rosła, niegdyś stłumione emocje teraz z niej dosłownie emanowały, natomiast Gravenimage wydawał się dobrze bawić. Mógł zakończyć tę walkę już na samym początku, ale wyraźnie testował swoją dawną przyjaciółkę. Zheroo dostrzegłszy kłopoty Delany wystrzelił magiczny pocisk w kierunku bestii, jednak to, co przebijało na wylot pancerze hartowane w ogniach piekielnych, nie wywarło wrażenia na bestii. Stal Moonglow bez problemu poradziła sobie z odparowaniem pocisku, chwilę nieuwagi wykorzystała jednak Delana, która w szale wypuściła z ręki swoją broń. Ręce rozłożyła na boki, jej oczy błysnęły krwisto czerwonym blaskiem, wokół dłoni pojawiły się dwa zamknięte w okręgu pentagramy. Z pleców wystrzeliły ogniste skrzydła, widowisko to mogli podziwiać jedynie nieliczni, gdyż walka rozgorzała na dobre. Dziewczyna wysunęła przed siebie obie ręce a pentagramy nałożyły się na siebie i zaczęły wirować w przeciwnych do siebie kierunkach.
- Nie mam wątpliwości, ona musi pochodzić z piątego kręgu. – mruknął pod nosem Hagran, po czym wypuścił z ręki martwego obrońcę cytadeli.
Korzystając z zasobów boskiej wiedzy, Drax rozpoznał zaklęcie. Nazywane ono było „Gwiazdą Zagubionego Świata”. Opanowac mogli je jedynie ci, którzy w rzeczywistości ową gwiazdę ujrzeli, a ujrzeć można ją było jedynie z piątego kręgu piekła. Ten, kto wpatrzył się w jej blask, mógł zostać przez nią opętany, ci, którym się to udało nie rzadko tracili zmysły w zamian za to posiadali moc do inkantacji wspomnianego zaklęcia. Nigdy jednak nie zdarzyło się tak, aby ktoś, kto nie jest pełnej krwi demonem, chociaż dokonał wstępnej inkantacji. Zaklęcie było jednak już gotowe do rzucenia, Drax nie miał innego wyjścia jak wykonać unik, bowiem w piaty krąg piekieł, niemalże nigdy żaden z Gravenimage się nie zapuszczał. A zaklęcie to posiadało destrukcyjną siłę porównywalną z „Życzeniem Śmierci”. Pewne było jedno, trafienie oznacza śmierć… ostateczną. Delana uwolniła zaklęcie, śmiercionośny rubinowy promień wędrował prosto w kierunku Gravenimage, Zachowując zimną krew, zszedł on z toru zaklęcia, nie obyło się jednak bez ofiar. Część prawej kości skrzydłowej znalazła się w polu rażenia i tym samym została spalona na popiół, na drodze znalazł się także Hagran, który uniknął lecącego pocisku, wystrzelonego przez jakiegoś łucznika. Zaklęcie zdewastowało drugiego dowódcę wypalając w jego brzuchu dziurę o średnicy nie mniejszej ja dwadzieścia centymetrów, a stopiona stal spłynęła do rany. Hagran zawył z bólu i chwile potem martwy padł na ziemię. Gravenimage nie mógł sobie pozwolić w tej chwili na zbliżenie się do Delany. Zaklecie ciągle było aktywne i posyłało w jego kierunku kolejne strumienie rubinowej energii. Delana w swym amoku nie zwracała uwagi na to, czy zabija przyjaciela czy wroga, chciała jedynie dopaść domniemanego oprawcę swojego ukochanego. W tym samym momencie Melfice rozpoczął inkantacje swojego zaklęcia. Widać było, że Shadowstep powoli zaczyna słabnąc, ale kolejne zaklęcie pokroju Gwiazdy, mogło zakończyć dobrą passę przeklętych.
- Wykorzystam chwilę, by zdradzić swe niebiosa, gdy ciemność zgęstnieje, a oddech stanie się ciężki, załamie równowagę, wiele zabierając i nie dając nic w zamian. – rozpoczął inkantację Melfice.
Niebo wówczas zakryło się czarnymi chmurami a samo powietrze stało się rzadkie na tyle, że zarówno ludzie jak i przeklęci mieli problemy ze złapaniem oddechu. Inkantacja ta sparaliżowała na chwilę pole walki. Jedynie Melfice i Gravenimage mogli swobodnie się poruszać. Skóra na rękach Melfice’a popękała, oczy podeszły krwią a on sam stał się nieobecny. W odpowiedzi na to, Drax uniósł do góry Moonglow i wymamrotał formułkę.
- Bądź nieprzewidywalny niczym burza, uderzał z siłą huraganu, poruszaj się z gracją wiatru, tańcz, na grobach poległych i nieś ich nieme lamenty w otchłań. Poddaj się transowi grobowego wiatru.
Oczy Draxa straciły wtedy swój blask a on sam przyjął rozluźnioną pozycje. Wtedy Melfice skrzyżował obie ręce i zacisnął pięści, następnie jednym szybkim ruchem wyrzucił je do tyłu. Na dziedzińcu rozszalała się burza, gromy przepełnione były czystą maną i dziesiątkowały upadłą armię, nie mogły jednak dopaść Gravenimage wspomaganego trasnem grobowego wiatru, pędził wydawałoby się na oślep, ale w rzeczywistości uciekał z miejsca, w które trafić miała zaraz błyskawica. Jedna z nich trafiła w szczyt wieży, na której znajdował się kryształ pieczętujący bramę. Astralowy wierzchołek rozpadł się jak domek z kart odsłaniając pieczęć bramy. Widząc jak prezentuje się sytuacja, Gustaw zabrał ze sobą Sulfurusa i Hayscenta i udał się do podziemi, coraz bardziej zanurzał się w labiryncie korytarzy, by w końcu stanąć przed drzwiami do jedynego pomieszczenia na końcu tej całej plątaniny. Kiedy Melfice stracił przytomność i osunął się na ziemię, Drax wyzwolił się spod wpływu transu i natychmiast dopadł wycieńczoną Delanę. Chwycił ją za kołnierz i podniósł do góry, jego oczy wlepione były w jej lśniące rubinowe tęczówki. Kiedy i ona spojrzała mu w oczy struchlała.
- D-Drax? – wykrztusiła z trudem – Dla…czego?
- Wybacz, muszę zachować pozory, zabierz mojego brata i ilu tylko ludzi zdołasz, i uciekajcie z cytadeli. – odpowiedział półszeptem.
- Czym ty jesteś?
- Ja, sam nie wiem. Proszę nie zadawaj więcej pytań, po prostu uciekajcie. – w jego oku pojawiła się łza, gdy cisnął przyjaciółką w stronę Melfice’a.
Wierząc, że Delana wysłucha jego ostatniej prośby rzucił się w stronę wejścia do plątaniny korytarzy i korzystając z globalnej percepcji śledził kroki Sulfurusa. Ascaron widząc potęgę Gravenimage nie interweniował, nie omieszkał za to wybiec za swoimi podwładnymi, gdy ci uciekali z fortecy. W tej chwili nie wierzył już nikomu i niczemu poza swoim instynktem, a instynkt kazał mu schwytać uciekinierów. Na palcu boju pozostało niewielu, zarówno Requiem jak i przeklętych. Po uderzeniu Delany i Melfice’a armia została wybita niemal doszczętnie, upatrywał w tym nadzieję na ocalenie cytadeli oraz stawienie przed sądem uciekinierów. Szybko wykalkulował w swojej głowie, że pozbywając się Delany, Melfice’a i Aeona, plan Soulrippera będzie można wprowadzić w życie bez przeszkód. Podczas gdy on ścigał dezerterów, Draxzbliżał się do miejsca, w którym znajdował się Gustaw wraz ze swoją świtą. Ciężkie kroki stawały się coraz głośniejsze, cała trójka wiedziała, co może w każdej chwili wyłonić się zza rogu.
- Panie, zatrzymamy go, nie ważne, co to jest, nie wygra z czymś, czego nie widzi ani nie słyszy. – stwierdził Sulfurus a Hayscent jedynie przytaknął.
Obaj zabójcy rozpłynęli się w półmroku i ruszyli w stronę zbliżającego się przeciwnika. Sulfurus i Hayscent dobili swoje długie noże i rozbiegli się na bogi zostawiając nieco miejsca po środku korytarza. Na jednej prostej dostrzegli szarżującego Gravenimage. Sulfurus wysuną się do przodu i zwinnie niczym kot wspiął się po ścianie przeskakując za plecy posłańca śmierci. Hayscent wyskoczył niczym strzała gotowy do wbicia noży w brzuch stwora, nim jednak cokolwiek zdziałał ujrzał głowę Sulfurusa zsuwającą się z jego ramion. Gravenimage wykonał szybki obrót i dekapitował jednego z zabójców, po czym wyskoczył w stronę rozpędzonego Hayscenta i lewą ręką chwycił go za głowę. Nie zwalniając ani na chwilę wykonał półobrót roztrzaskał głowę Hayscenta o ścianę. Kawałki czaszki i mózgu rozsypały się po podłodze. W tej samej chwili Ascaron dogonił dezerterów. Był wśród nich Neuron, Delana, Aeon, Melfice, który powoli dochodził do siebie, był także van Ersten oraz Maya.
- Wiecie co czeka dezerterów? – spytał Ascaron
- Requiem już nie istnieje, możesz iść z nami, jeśli chcesz. – odpowiedział spokojnie Aeon.
Ascarona jednak nie zadowoliła taka odpowiedź.
- Dla ciebie, nie będę taki miły, reszta może jeszcze wrócić. – zagroził.
Delana już miała wyjść przed szereg, ale zatrzymał ją Aeon.
- Ja to załatwię, Ascaron bacznie się nam wszystkim przyglądał, natomiast ja nie walczyłem nigdy zbyt wiele, przynajmniej w większych bitwach. O mnie nie wie nic.
- Jesteś pewny siebie! Wybierz sobie już epitafium! – wrzasnął Ascaron i dobył swój oręż.
Odpowiedź od Aeona była natychmiastowa, nie dając czasu na przygotowanie się swojemu przełożonemu rzucił się na niego i zmusił do walki w zwarciu. Ascaron pod względem fizycznym przeważał nad Aeonem, jednak ter był po jego stronie. Przy niewielkim uzyciu magii Aeon mógł znacznie lepiej poruszać się po piaskowym podłożu. Obaj popisywali się niebywałą techniką, Aeon co raz to odskakiwał na bok i wyprowadzał kontrę, a gdy zostawała sparowana uchylał się od uderzenia i natychmiast zasypywał swojego przełożonego serią kopniaków zakończonych jednym, bądź dwoma cięciami. Steelstrike nie zdawał sobie sprawy z potencjału, jaki kryje się pod skorupą wiecznie napitego Sandspella. Widząc prawdziwe możliwości chłopaka Ascaron zdecydował się spuścić trochę many. Kiedy zwiększyli dystans, ostrze Ascarona zmieniło swoja formę, stało się czymś w rodzaju bicza o znacznie większym zasięgu. Każdy jego centymetr pokryty był ostrzem gotowym zdeformować ciało Aeona. W ten sposób trzymając go na dystans, zyskał nieco przewagi. Jego ataki nie były tak energiczne, ale ich unikanie sprawiało Sandspellowi sporo kłopotów. Po chwili udało mu się jednak ocenić długość ostrza i efektywnie, małymi kroczkami, zmniejszać odległość do przeciwnika. Wtedy uchylając się od jednego z uderzeń ostrze zahaczyło jego lewą rękę i rozdarło skórę, tworząc dość głęboką ranę. Aeon syknął z bólu i natychmiast zrobił kilak kroków w tył. Zauważył wtedy, że ostrze Ascarona jest dłuższe i kilka centymetrów, nie potrzebami było czasu, aby wykalkulować, że Ascaron zwiększył nieznacznie jego długość. Steelstrike ponownie się zamachnął a ostrze błysnęło błękitnym światłem, Aeon natychmiast przyłożył krwawiącą rękę do ziemi, a piaski zasłoniły jego pozycje. Ascaron cisnął w owe miejsce ostrzem, a wyzwolona energia rozrzuciła ziemię na boki, Aeona jednak tam nie było. Nagle ziemia w miejscu gdzie piasek był bardziej sypki rozstąpiła się i spod ziemi wyskoczył Aeon. Ascaron jednak przytomnie zareagował i zwinął swoje ostrze w spiralę, tak, że stanowiła ona swoistą tarczę.
- Pomógłbym mu, ale moje ręce… - mruknął Melfice pokazując poszarpaną skórę.
- Nie powinieneś się mieszać, to jego prywatna sprawa. – odrzekła Delana i dalej obserwowała walkę.
Aeon ponownie się wycofał do defensywy, miał jednak asa w rękawie. Wykorzystał moment, kiedy Ascaron miał odsłoniętą twarz i sypnął mi piaskiem w oczy, nie dało mu to jeszcze możliwości bezpiecznego przeprowadzenia ataku, ale ponownie przyłożył krwawiącą rękę do ziemi i wymamrotał pod nosem formułkę. Nagle zerwała się burza piaskowa, która znacznie ograniczyła widoczność Ascarona, oraz zamknęła obu walczących wewnątrz. W tej chwili Delana i reszta nie mogli wiele dostrzec. Zoabcyzli jednak od strony Requiem zbliżającą się kolejną osobę, wytężając wzrok, Delana dostrzegła znajome rysy twarzy.
- Lilly! Tutaj! – zawołała na całe gardło.
Młoda esperka dostrzegła grupę ludzi z Delaną na czele i natychmiast do nich dołączyła. Dowiedziawszy się, co się dzieje zacisnęła kciuki i w myślach modliła się o zwycięstwo Aeona. Wewnątrz burzy piaskowej toczył się zacięty pojedynek, coraz mocniej krwawiąca ręką Sandspella dawała się we znaki, i wirujący piasek jedynie wyrównał szanse obu wojowników. Aeon chcąc przechylić szale zwycięstwa na swoją korzyść postanowił uciec się do jeszcze jednego podstępu. W kieszeni Aeon zawsze nosił kilka igieł, na wypadek jakby trzeba było czasem coś zszyć. Były one różnej długości i grubości, można by rzec, że szycie było jego hobby, o którym nikt nie wiedział. Wysypał igły na ziemię a szalejące piaski porwały je ze sobą. Trwało to chwile nim udało mu się odpowiednio nakierować burzę, ale w końcu jedna z igieł trafiła Ascarona w oko, i wbiła się w nie niemalże całkowicie. Zmniejszenie kąta widzenia dało Aeonowi wyraźną przewagę. Szalejący z bólu Ascaron z powrotem zwinął miecz do normalnego kształtu i ustawił się bokiem do Sandspella. Ostrze opuścił tuz obok nogi, i rzucił kilka bluzgów w stronę podopiecznego. Aeon nie pozostał dłużny i w końcu mordercza walka przemieniła się w niekończącą się kłótnię. Aeon nie mógł jednak wiedzieć, że jest to jedynie gra na czas, ostrze skryte za Ascaronem powoli zmieniało swój kształt, zdradził go jednak błękitny blask i gdy tylko Aeon dojrzał, że coś się święci Ascaron natychmiast wyprowadził uderzenie. Ostrze rozciągnęło się w ułamku sekundy i pojawiło się tuz przed głową Aeona.
Drax dotarł do celu swej wędrówki, drzwi były otwarte a za nimi pomieszczenie, większe niż jakiekolwiek wewnątrz cytadeli. Przy przeciwległej ścianie znajdowała się wypukłość i drzwi wejściowe. Drax domyślił się, że jest to wejście do wieży, na której znajduje się pieczęć. Tuż pod owym wejściem stał nikt inny jak Gustaw Soulripper, pieścił on rękojeść sztyletu ofiarnego.
- A więc to jest Gravenimage, imponujące. – powiedział
- A więc to jest zabójca, mojego ojca, zaskakujące. – zripostował
- Ojca? Drax?!
Gravenimage szyderczo się uśmiechnął.
- Drax! Możemy razem współpracować, obaj możemy rządzić całym światem, nie tylko Azarath!
- Ciekawa perspektywa, ale myślisz, że mógłbym współpracować z kimś, kto odebrał mi najbliższych?
- Ja tego NIE zrobiłem!
Drax roześmiał się Gustawowi w twarz.
- Nie przebudziłeś się jeszcze, nie wiesz, co to Gravenimage. Widzę w twoich oczach dokładnie zaplanowaną zbrodnie. Prawda? Nakłoniłeś mojego ojca do rebelii. Moja matka nie została zabita przez Archona, ale przez Sulfurusa. Od początku chciałeś wykorzystać bramę do własnych celów. Problem polegał na tym, że mój ojciec był wierny Archonowi, z kolei Archon kontaktował się z Mahmmerionem. To na jego zlecenie, Mahmmerion studiował istotę bramy. Galahad, chciał dokończyć to, co zaczął Don, ale potrzebował armii do odbicia Requiem. Niestety całe Requiem kontynentalne jest pod twoim rozkazem, zjednoczył się więc z demonami. Szkoda, ze wyszło jak wyszło…. Morderco.
- Skoro wszystko sobie wyjaśniliśmy, pora to skończyć.
Po tych słowach Gustaw wbił w serce sztylet. Upadł na kolana, ludzka dusza i demoniczna krew zmieszały się esencja umarłych. Z pleców Soulrippera wystrzeliły dwie kości skrzydłowe, z czoła wyrosły rogi na wzór tych, które posiadał Drax. Jego ciało pokryło się kością, a głos z łagodnego zmienił się w ostry, chrypliwy i przeszywający uszy. Nim klatka piersiowa w okolicy serca skostniała, Gustaw wyciągnął sztylet i dorzucił na bok.
- Niesamowite…. Taka moc! – krzyknął – Teraz, sprawdzimy, który z nas, zasługuje na to by nadal stąpać po tym świecie!
Drax zacisnął ręce na rękojeści, Gustaw uczynił to samo. Oba ostrza dawały mdły blask, jedno księżyca, drugie światło duszy. Chwilę jeszcze mierzyli się wzrokiem i chodzili wokół sali, kreśląc koła. W końcu Soulripper ruszył do natarcia. Drax zaparł się na nogach i zatrzymał miażdżące uderzenie z ukosu.
- Fenomenalnie! – wykrzyknął z zachwytu Gustaw.
Drax odpowiedział jedynie odpychając go w tył, po czym rzucił się z kontrą. Oba miecze zderzały się niezliczoną ilość razy, za każdym razem iskry sypały się na boki. Tępo walki, jakie się nawiązało było nieporównywalnie szybsze od tego, pomiędzy Aeonem a Ascaronem. Nieraz walczyli w zwarciu, wymieniając się ciosami raz za razem, innym razem uderzali raz z impetem i zwiększali do siebie odległość, by ponownie doszukiwać się jakiegoś słabego punktu. Po kilku takich wymianach Gustaw wyraźnie tracił cierpliwość, mieli oni niemalże identyczne style, przewidywali swoje ruchy nawzajem i nikt z nich nie tracił sił. Wtedy Soulripper chwycił miecz w obie ręce i skierował ostrze przed siebie. W tej walce nie było innego wyjścia, musiała zadecydować magia.
- Sługi umarłe, usłyszcie me wołanie! – krzyknął i kryształowe ostrze opuściła cała chmara dusz.
Wirowały one wokół ostrza oraz samego Gustawa. Przypominały z wyglądu czaszki ułożone z dymu, za którymi ciągnie się dymiący warkocz. Każda dusza posiadała ogromne zasoby many, które mogły znacznie ułatwić walkę Gustawowi. Od tej chwili Drax musiał nie tylko parować błyskawiczne uderzenia swojego Arcymistrza, ale także unikać spotkania z duchami. Z każdą sekundą było ich coraz więcej, jednak szybkość działa na korzyść Bloodpledga. Magia wiatru, której używał pasywnie, pozwalała mu wydostać się z największej opresji. Duchów namnożyło się jednak zbyt wiele, fizycznie wypełniały niemalże całe pomieszczenie a unikanie ich stało niemożliwe. Podczas jednej wymiany ciosów Gustaw odciął druga kość skrzydłową. Drax natychmiast odwdzięczył się tym samym atakując od tyłu. Rozwścieczony arcymistrz odskoczył w tył, ponownie skierował ostrze przed siebie.
- Mam tego dość! Wszystkie dusze poległych, użyczcie mi swej siły! – ryknął
Wszystkie dusze skierowały się w stronę Gustawa i dosłownie w niego wsiąknęły. Wokół niego zaczęła bić aura smutku i rozpaczy. Ostrze zaczęło mocno błyszczeć, a ilość energii, jaka emanowała od Soulrippera była kilkukrotnie większa niżeli przed chwilą.
- Kroczący po ścieżce widma, słyszący głuchymi uszami, istoto o przezywającym wzroku niewidomych oczu, użycz mi swego niemego głosu. – nie pozostał dłużny Drax.
Wokół niego powietrze zaczęło wirować z prędkością tornada, Moonglow ponownie załamał swoje światło sprawiając wrażenie jakby płonął. Obaj ugięli kolana w nodze wysuniętej do przodu. Ostrza skierowali do boku i w dół, ostrymi krawędziami do zewnątrz. Czas stanął na chwile w miejscu, tylko po to by po chwili przyspieszyć do prędkości pocisku balistycznego. Oba Gravenimage spotkali się równo po środku sali.
- Jedność dusz! – wrzasnął Gustaw
- Szpony nieistniejącego boga! – wrzasnął tym samym momencie Drax
Oba ostrza po raz kolejny się skrzyżowały, błysnęło rażące światło a wiatr uderzył o ściany pomieszczenia. Wykonane z Astralu ściany wyglądały jak zorana ziemia, kamienne bloki z wyrytymi bliznami, jedna obok drugiej i tak na całej długości i szerokości wszystkich ścian. Astralowy pył zakurzył całe pomieszczenie, powoli odsłaniając wynik walki, której twarzą w twarz zmierzyli się Gravenimage.
Na zewnątrz cytadeli, końca dobiegał pojedynek pomiedzy Ascaronem a Aeonem. Ostrze, które zaskakująco się wydłużyło utkwiło w kamiennej kolumnie, która ni stąd ni zowąd wyrosła tuż przed Aeonem. Ascaron znalazł się w potrzasku.
- Możesz puścić rękojeść swojego ostrza, wtedy zakończę to szybko. – powiedział pewny siebie Sandspell.
Mistrz nie miał jednak zamiaru żegnać się z życiem. Szarpnął z całej siły za rękojeść, ale miecz ani drgnął.
- Coś ty zrobił! – zawołał zrozpaczony.
- Myślisz, ze stworzenie kamiennego posągu to dla mnie problem? – zadrwił Aeon.
Ascaron nie odpowiedział, lecz szarpnął jeszcze raz za rękojeść, tym razem udało mu się uwolnić broń. Sytuacja jednak nie do końca wyglądała po jego myśli. Jego nogi zapadnięte były po kolana w piasek.
- Nie tylko ty, grałeś na czas, Ascaronie. Żegnaj. – skończył i pod nogami Ascarona otwarła się przepaść.
Wpadając, chwycił jeszcze za brzeg, ale ten natychmiast zmienił się w piasek i posłał mistrza na dno. Aeon wycieńczony wrócił do pozostałych, nie przejmując się losem swojego przełożonego.
- Nie żyje? – spytał Melfice.
- Nawet, jeżeli to cały się połamał, zaklęcie niedługo przestanie działać, szczelina się zamknie i pogrzebie go żywcem.
- Nie najlepiej wyglądasz…
- Mów za siebie Mel, mów za siebie. – roześmiał się i chwycił za bukłak z piwem.
W podziemiach cytadeli kurz już opadł, drzwi wejściowe do wieży zmieniły się w drzazgi, a na placu boju pozostał jeden Gravenimage. Przegrany, leżał na ziemi rozczłonkowany, natomiast tuż nad wieża zaczynała formować się brama i pierwsze odgłosy ze świata Morteriusa rozległy się wokół. Teraz pozostało jedynie wyjść na spotkanie bogowi mordu.
piątek, 3 lutego 2012
Rozdział 30: Gravenimage - Twarzą w twarz (część pierwsza)
Idziemy za ciosem ;) 1 cześć przedostatniego rozdziału.
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Gustaw dowiedziawszy się o zniknięciu Draxa wydał zakaz opuszczania murów Requiem. Zapewniony przez Melfice’a oraz pozostałych gwardzistów, że wróci, nieco się uspokoił. Sulfurus miał jednak złe przeczucia, co do tego. Wybryk Draxa zatrzymał wszystkich wewnątrz fortecy, uniemożliwiając im kontratak, co gorsze osłabione siły Requiem mogły teraz jedynie czekać na ponowne uderzenie od strony przeklętych. Jeszcze tej samej nocy Sulfurus wraz z Hayscentem i Ascaronem starali się przekonać arcymistrza do zmiany decyzji. Ten jednak pozostawał nieugięty. Tłumaczył, że ofensywa w tym momencie jest najmniej słusznym rozwiązaniem, jako że pieczęć pozostawiona zostanie bez ochrony. Wytknął im, że ten atak mógł być jedynie dywersją, a samowolka Draxa, może w rzeczywistości przynieść jakieś informacje. Takie nastawienie do całej sprawy było jak najbardziej na rękę pozostałym, którzy mieli chwilę by odpocząć. Podczas trwającej debaty w siedzibie arcymistrza, po drugiej stronie Casia-Norda na przeciw sobie stali, Gravenimage Drax oraz Galahad Stonepillar. Ten drugi skierował ostrze nieco ku dołowi oraz ugiął lekko kolana.
- No chodź, pokaż, czego jesteś wart. – zaszydził Drax.
Galahad wystartował niczym pocisk i wyprowadził atak z ukosu. To, co wcześniej udawało się Draxowi z trudem, teraz przyszło mu z dziecinną łatwością. Mogłoby się wydawać, że Galahad wcale nie chce go trafić, lecz narastająca irytacja w jego oczach wskazywała, ze wcale tak nie było. Stonepillar nieustannie wyprowadzał coraz to bardziej wymyślne kombinacje uderzeń, wszystkie jednak bez trudu były unikane przez Draxa.
- To się robi nudne… - mruknął
Oczy Galahada rozszerzyły się jakby dostał kopniaka w krocze. Drax jedna ręką chwycił za przód ostrza, szarpnął nim w swoją stronę zaburzając tym samym równowagę swojego przeciwnika. Kiedy leciał on bezwładnie do przodu Gravenimage wymierzył mu prawy sierpowy, którym powalił go na ziemię.
- Wydaje mi się, że to należy do mnie, co? – burknął i przełożył broń do prawej ręki.
Dopiero w tej chwili zdał sobie sprawę z prawdziwej siły, jaka w nim drzemie. Bez pomocy magii, dzierżył Moonglow w jednej ręce. Wydawał się on lekki niczym piórko, nigdy wcześniej nie przypuszczał, ze władanie tą bronią może być takie łatwe.
- Co chcesz zrobić?! – spytał nerwowo Galahad.
- Nie dasz rady Gustawowi.
- Pomożesz mi?!
- Umrzeć. – skończył i przebił klatkę piersiową Galahada na wylot.
Następnie szarpnął ostrzem w taki sposób, że została ona rozszarpana aż po gardło. Krew z tętnicy trysnęła niczym woda z fontanny, a wnętrzności rozlały się po podłodze. W przeciwieństwie do Galahad, Drax okazał się litościwy na tyle, że nie pozwolił mu długo cierpieć. Widok poszarpanych zwłok z jakiegoś powodu napawał go radością. Kiedy podniósł zwłoki za głowę poczuł jakby przypływ euforii, nie mógł się pozbyć uśmiechu z jego kościstej twarzy. Po raz pierwszy czuł się podekscytowany mordowaniem drugiej osoby. Trzymał go tak za głowę jeszcze przez chwilę i wpatrywał się w martwe oczy byłego gwardzisty. W końcu udało mu się odwrócić wzrok.
- Opanuj się… DRAX! – wrzasnął w myślach.
Trzeźwo rozejrzał się po pokoju, ale nie dostrzegł w nim nic, co mogłoby mu się przydać do zrealizowania kolejnego celu. Ponownie spojrzał na truchło Galahada.
- Ty musisz mi wystarczyć, do przekonania ich mojej wyższości. – Mruknął pod nosem i wszedł z jaskini targając truchło na plecach. Wszyscy z najwyższej kasty piekła zgromadzeni byli tuż przed wejściem i czekali powrotu swojego przełożonego. Wtem usłyszeli kroki powoli zbliżające się ku górze ich wzrok zwrócił się w stronę osnutego mrokiem korytarza. Ich wyostrzony wzrok mógł sobie jednak z nim poradzić, a to, co ujrzeli wprawiło ich w osłupienie. Doskonale wiedzieli, kim jest istota wyłaniająca się z cienia. W piekle niemalże ciągle toczyli z nimi wojnę. Na lewej kości skrzydłowej nabite było ciało Galahada. Huroni dobyli oręża i odsunęli się od wejścia. Naprzeciw nim stała teraz posępna postać hojnie obdarowana mocą przez Thanatosa. Gravenimage poruszył skrzydłem i zrzucił zwłoki Galahada prosto w bagno.
- Galahad miał swoje cele i nie miał pojęcia o faktycznej sytuacji Requiem. Dlatego teraz to ja was poprowadzę i zrównamy fortecę z ziemią.
Wszyscy spojrzeli na Gravenimage z podejrzliwością w końcu jeden z demonów wystąpił z szeregu. Był on potężnej postury a jego twarz pokryta była dziesiątkami blizn.
- Jestem Hagran, byłem drugim dowódcą tych wojsk po Galahadzie. Skoro on nie żyje, to znak, że ja przejmuję dowodzenie. Chyba, że mnie zabijesz!
- W takim razie spróbuj szczęścia… - rzucił Drax i zrobił krok do przodu.
W mgnieniu oka obaj pretendenci do tytułu dowódcy zostali otoczeni przez pozostałych. Cała ta scena przypomniała Draxowi czasy dzieciństwa, kiedy dochodziło do bójki między dwoma kolegami, a cała dzieciarnia z wioski zlatywała się w koło i tworzyła swego czasu ring. Tym razem jednak nie miało się skończyć na siniakach, a odcięta kończyna wydawała się najmniejszym problemem. Hagran dobył swój oręż, szeroki miecz dwuręczny z rzeźbionymi czaszkami na spojeniu rękojeści i ostrza. Drax dał znak gotowości i obaj rzucili się na siebie. Skrzyżowali swoje ostrza i siłowali się przez chwilę, po czym Drax odepchnął demona do tyłu. Ten zatrzymał się na okrążających go współbraciach. Otrząsnął się i ponownie ruszył do natarcia. Drax odsuwając się na bok uderzył go rękojeścią w kark i posłał na błotniste podłoże, a następnie przystawił chłodne ostrze do jego szyi.
- No dalej! Skończ to, przegrałem! – wrzasnął demon.
- Prawdziwy przywódca, nie pozbywa się wartościowych żołnierzy.
Oczy wszystkich skupiły się na Gravenimage a on sam schował broń do pochwy.
- Przegrać można tylko wtedy, kiedy istnieje szansa na wygraną. Jeżeli podejmujesz się wyzwania, gdzie takiej szansy niema. Nie przegrywasz, a jedynie poznajesz granice swoich możliwości. Teraz wstań. Ruszamy na Requiem.
Przeklęci zaczęli skandować „Gravenimage” jak nigdy. Drax jednak uprzedził ich, że nie tyczy się to wszystkich jemu podobnych. Jest to jedynie zbieg okoliczności, że sługusu Morteriusa oraz Thanatos, mają wspólny cel. Armia potępionych, a właściwie to, co się z niej zostało ponownie ruszyła w stronę cytadeli. Różnicę pomiędzy demonami a ludźmi widać było gołym okiem. Prędkość, z jaką się poruszali oraz kondycja, która pozwalała im utrzymać zawrotne tempo robiły wrażenie. Drax postanowił wydłużyć nieco trasę, gdyż atak od frontu był zbyt przewidywalny. Skierował on przeklęte oddziały w stronę Casia-Westa i zachodnią częścią lasu poprowadził ich na południe. Był przekonany, że skoro bandyci są w Requiem, to ich obozowiska będą opustoszałe. Nie mylił się, w całej Casia-Magna nie było żywego ducha, a pod osłoną nocy, żaden ze zwiadowców nie mógł dostrzec ruchu pośród lasu. Kiedy znaleźli się w linii równoległej do zachodniego muru cytadeli Drax rozkazał wszystkim się zatrzymać.
- Czemu się zatrzymaliśmy? – spytał jeden z siepaczy.
- Zaczekajcie tutaj, Requiem nic mi nie zrobi.
- Co chcesz zrobić? – spytał Hagran
Drax odwrócił się a na jego twarzy widniał iście diabelski uśmiech.
- Kiedy runie mur, chcę widzieć was wszystkich w środku. – rozkazał i wyłonił się z lasu.
Kroczył przed siebie, pewnie, bez wyraźnych emocji na twarzy. Wschodzące słonce rzuciło na niego swoje pierwsze promienie odsłaniając jego sylwetkę po środku równin. Piekielna armia przyglądała się temu z zaciekawieniem. Z murów Requiem podniosły się głosy jakoby zbliżało się zagrożenie, Ascaron wbiegł na zachodni mur i przetarł oczy z niedowierzania. Ku murom zbliżało się nic innego jak Gravenimage we własnej osobie.
- To jest nasza szansa! Thanatos wysłał nam swojego posłańca! – zawołał radośnie.
Wtedy Gravenimage zatrzymał się. Od muru dzieliło go jakieś dwieście metrów. Uniósł do góry swój oręż, ułożył ostrze w poziomie i zaczął nim obracać. Ascaron rozpoznał broń, teraz był pewien, że poświecenie Draxa się opłaciło. W końcu sprowadził Graveinmage, na myśl nasunęło mu się nawet, ze może to być Elias. Wtem powietrze zaczęło wirować wokół Gravenimage i oplatać wokół ostrze Moonglow. Stało się ono tak gęste, ze załamało światło oręża i uwięziło je w sobie. Po krótkiej chwili blask nabrał ostrości, a Ascaron nabrał podejrzeń, co do intencji Gravenimage. Zheroo swoim bystrym okiem dostrzegł ruchy ust bestii.
- Inkantuje zaklęcie! – wykrzyknął
- Wszyscy z murów! – rozkazał Ascaron i natychmiast wszyscy strażnicy skryli się za niewzruszonymi murami cytadeli – Mury wytrzymają każdą magię! Utrzymać pozycje! – rozkazał wszystkim, kiedy już byli na dziedzińcu.
Natomiast pod nosem Gravenimage mamrotał formułkę w języku umarłych, która w Azarejskim mogłaby być przetłumaczona jako: „Wietrze niosący lament umarłych, echem odbijający się wśród mogił skrywających przeszłość tajemniczą. Niech twoja cisza rozedrze horyzont i uwolni wrzask tych, którzy wrócili do łona matki”. W końcu ukończył inkantacje i spojrzał w stronę opustoszałego muru.
- Usłyszcie szum grobowego wiatru. – mruknął pod nosem i wykonał zamach zza głowy.
Wtedy błyszczący zielonkawym kolorem trawy, wiatr uformował się w ostrza i popędził w stronę murów rozrzucając na boki glebę. Im dalej tym większy obszar zajmował, w przeciwieństwie do powszechnie panujących praw fizyki, wraz z przebytym dystansem zwiększał swoją prędkość aż w końcu szerokością objął trzecią cześć zachodniego muru. Tysiące szumiących, zielonkawych ostrzy uderzyły w ścianę. W końcu cała energia została wchłonięta. Oczy demonów obserwujących wszystko z bezpiecznej odległości otworzyły się na oścież ze zdziwienia.
czwartek, 2 lutego 2012
Rozdział 29: Wszystko na jedną kartę.
Tak wiem, przeszedłem dziś sam siebie, napisane 2 rozdziały w ciągu jednej doby. Ale chcę to skończyć i wziąć się powoli za korektę. Dlatego przedstawiam 29 rozdział - Wszystko na jedną kartę.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Tego samego ranka Soulripper zarządził szybkie rozeznanie wśród bandytów, którzy jak utrzymywali, przybyli pomóc, dlatego aby móc spojrzeć Tryshotowi prosto w oczy, gdy znajdą się w krainie umarłych. Nie znali się oni faktycznie na magii, ale z pewnością stanowili siłę porównywalną, jeśli nawet nie większą od tej, która stanowili rekrutowani w biegu wszyscy strażnicy. Przeważali głownie w dwóch aspektach, byli znacznie lepiej zgrani, niektórzy z nich współpracowali razem od wielu lat, oraz obyci w walce. Nie chodziło tutaj już o sam wachlarz umiejętności, ale o psychikę, krew, rany i śmierć nie były im obce. Nie zakrywali twarzy, kiedy nadciągało uderzenie, ale starali się wybrnąć cało z każdej opresji. Requiem nie było dumne z tego, że przyjęli pod swoje skrzydła przestępców, ale w tym momencie nie mieli większego wyboru, przynajmniej tak wydawało się poniektórym. Stara gwardia nie spuszczała jednak ich z oczu. Nie potrafili przełknąć swojej dumy i co chwila rzucali podejrzliwe spojrzenia bandytom. Wydawało się jedynie jakoby Drax czuł się komfortowo w ich towarzystwie.
- Ostatecznie nie uciekliście, co? – spytał znajomego mu rzezimieszka.
- I co byśmy robili? Na kontynencie więcej cesarskich psów i wyroków na głowę każdego z nas, niż nas tutaj wszystkich razem wziętych. Co teraz będzie?
- Coś wymyślimy, dobrze, że tu jesteście. – zapewnił Drax swojego rozmówcę i poszedł w swoją stronę.
Kluczył tak po dziedzińcu jeszcze przez chwile, gdy w końcu przykucnął i przyłożył rękę do ziemi.
- Znów czegoś szukasz? – spytał Melfice
- Pomyślałem, że namierzę demony i będziemy mogli przeprowadzić ofensywę nim się ogarną.
- Wątpię, żeby szefostwo się na to zgodziło. – stwierdziła Delana.
Drax spojrzał na dziewczynę.
- A co z Mayą, rozmawiałaś już z nią?
- Tak. – odpowiedziała cicho. – Powiedziała, że musi przemyśleć kilka spraw w samotności.
- To musiał być dla niej cios… - westchnął Drax – Ale każdy z nas kogoś stracił.
Kiedy tak rozmawiali dołączył do nich Aeon.
- Jakieś wieści? – spytał Melfice.
- Gustaw i jego lizodupy coś kombinują.
- I ty nic nie wiesz? – zadrwił Drax
- Oszczędź sobie stary, to musi być coś poważnego, zaszyli się u arcymistrza i cisza, możliwe, że piszą sobie na kartkach. Zastanawia mnie jednak to, co wymyślili tym razem.
- W takim razie ja pierdole czekanie na nich. – zdenerwował się Drax i przyłożył rękę do ziemi.
„Północ”, tylko to miał teraz w głowie, przeklęci przyszli z północy, więc według jego toku rozumowania tam powinien zacząć szukać. Sięgnął pamięcią jeszcze dalej i przypomniał sobie o Ghald. Miasto znajdowało się w północno wschodniej części Azarath, teoretycznie dotarcie do Ghald było najtrudniejsze, więc tam zaczęli składować swoje siły. Z czasem jednak pieczęć osłabła i mogli zebrać swoje siły szybciej w większej ilości. Nie musieliby wtedy zyskiwać na czasie. Poza tym w Ghald oraz innych ważnych punktach szlaku północnego znajdowali się esperzy. Demony, więc z pewnością zostałyby do tej pory zauważone a informacja przekazana do esperów w Requiem. Kolejnym miejscem, o którym pomyślał, była Magna-Casia, puszcza była pełna jaskiń oraz miejsc, w których mogliby się ukryć, jednak po całej Magna-Casia pałętali się bandyci, a skoro bandyci są żywi, więc demonów tam nie było. W końcu podirytowany wstał i podrapał się w głowę.
- Aeon, ty masz do tego łeb. – zwrócił się do przyjaciela – Demony przyszły z północy, ale nie mogło to być Ghald, musiało to być gdzieś bliżej, na południe od szlaku północnego.
- Casia-Magna?
- Też o tym pomyślałem, ale bandyci są żywi.
Aeon zamyślił się na chwilę.
- Nie, nie mylę się, Casia-Magna, niema innego wyjścia.
- Jakim cudem? – zdziwił się Drax
- Przyszli z północy, prosto na północ, za Casia-Norda leży osada, w której swego czasu stacjonowało obecne Requiem.
- No tak! Mymur! Bandyci się tam nigdy nie zapuszczali, wiedząc, że to tereny Requiemskie.
- A od jakiegoś czasu Mymur stało całkowicie opuszczone, jeżeli nawet zadomowili się tam bandyci, to z pewnością ich wybito.
- Wybaczcie podsłuchałem waszą rozmowę, ale chłopak ma rację, do Mymur się nie zapuszczaliśmy nigdy.
Drax ponownie przykucnął i przyłożył dłoń do ziemi. Wystrzelił niewielki strumień many w stronę Mymur. Po niespełna pięciu minutach poczuł obecność demonicznej magii. Wzmógł do maksimum globalną percepcję i ruszył za magicznymi śladami, prowadziły one w stronę Mymur, ale na sto może dwieście metrów przed bramami osady skręcały na wschód. Prowadziły one przez bagna do jaskini leżącej może sześćset metrów na wschód od samego Mymur. Znajdowała się ona na zupełnym odludziu, w miejscu gdzie nie zaglądał nikt od dziesiątek lat. Tam ślad zakręcił się w spiralę i prowadził w głąb ziemi, wtem Drax wzdrygnął się i przerwał dalsze śledzenie.
- Znalazłem go… - powiedział z lekkim niedowierzaniem we własne słowa.
- Kogo? – spytali zgromadzeni chórem.
- Stonepillara. – wyrzucił z siebie.
- On zyje?! – zdziwił się Aeon.
- Tak, ale jest inny, wyczuwam w nim znaczną część demonicznej aury.
- Może to jednak ktoś podobny jedynie do Stonepillara?
- Nie mam wątpliwości, że to on. Znam jego aurę dość dobrze.
- Co robimy? – spytał Melfice.
- Ruszam za nim, albo go sprowadzę, albo zabije. – odrzekł Drax.
Wszyscy spojrzeli na niego.
- Ruszamy z tobą. – odezwała się Delana.
- Nie chwila, Drax ma rację. Nie wiemy co knuje Gustaw z resztą, ale jest nas niewielu, których może włączyć do swoich rozgrywek. Bez Draxa będzie miał niekompletny skład.
- Wtedy w miejsce Draxa wchodzę ja. – zauważył Melfice.
- Utrzymuj, że jesteś tu z rozkazu cesarza, Soulripper nie znosi cesarskich, więc na pewno cię nie wyśle do niczego.
- To ja znikam, trzymajcie kciuki. – powiedział Drax i ruszył przed siebie.
W końcu szczęście mu dopisało, jakiś zabłąkany kupiec rozmawiał w tym momencie ze strażnikami a los chciał, że miał ze sobą rumaka. Drax niczym pocisk wystrzelony z katapulty wpadł między nich i dosiadł konia, po czym natychmiastowo skierował go w stronę północnej puszczy. Ani strażnicy ani kupiec nie zdążyli zareagować w porę i po chwili widzieli już tylko oddalającą się sylwetkę Bloodpledge’a. Popędzał konia do granic możliwości, widać jednak było różnicę, pomiędzy rumakiem, na którym podróżuje kupiec a tym, których Requiem używało do walki. Droga zajęła mu godzinę dłużej, ale górujące słońce ciągle rzucało nieco światła na jesienną Casia-Norda. Rumak zatrzymał się pośród pamiętnej polany i odmówił dalszej drogi. Nie ważne, w jaki sposób Drax starał się go zachęcić ten najzwyczajniej w świecie nie chciał się poruszyć do przodu. Widząc bezsens jego działań, chłopak zszedł z rumaka i poszedł dalej pieszo. Gdy tylko oddalił się na kilka kroków, koń zarżał i uciekł w popłochu. Siwemu ciarki poszły po plecach, zdawał sobie sprawę, że koń mógł wyczuć jakieś zagrożenie, którego on sam nie dostrzegł. Nagle coś poruszyło się w pobliskich krzakach. Drax dobył Moonglow i przygotował się do obrony. Wpatrując się w zarośla dostrzegł kształt, który przypominał kawałek kości piszczela. Natychmiast rozpostarł wokół siebie aurę, jednak nie przyniosło to żadnego skutku.
- Ozywieńcy! – było to jedyne, co przyszło mu na myśl.
Zacisnął dłonie na rękojeści i podszedł powoli do krzaka. Kiedy się nad nim pochylił poczuł, że coś chwyciło go za ramię. Natychmiast odwrócił się i uderzył z całym impetem. Kości rozsypały się po polanie. Następnie znów odwrócił się w stronę krzaków, w tym samym momencie między jego oczyma pojawiła się czaszka z otwartymi ustami. Drax odskoczył do tyłu przerażony i wtedy dopiero ujrzał, że jest do niej przytwierdzony sznurek. Z okolicznych zarośli zaczęły dochodzić irytujące śmiechy. Drax słysząc je odetchnął z ulgą.
- To tylko chochliki… - westchnął
- Żałuj, że nie wdziałeś swojej miny! – roześmiał się jeden
- Wyglądałeś jakbyś zobaczył ducha – zawtórował drugi.
Widząc je Drax ponownie nabrał pewności siebie.
- Ostatnie życzenia? – spytał gniewnie.
- Spokojnie, Pan Stonepillar już wie, ze tu jesteś, kazał nam ciebie sprowadzić! – zachichotały zgodnie oba chochliki.
- Zaprowadzić? – żartujecie sobie.
- Chodź z nami! Chodź no chodź! – wrzeszczały.
Drax dał się w końcu namówić i podążył za skrzydlatymi żartownisiami. Prowadziły go dokładnie tam, gdzie zawiodła go globalna percepcja, poprzez błoto na teren dawno zapomniany przez ludzi. Pajęczyny na drzewach były kolosalnych rozmiarów, świadczyło to jedynie o braku działalności człowieka w tym miejscu. Drzewa były ogromne i potężne a ptasie gniazda osadzone dość nisko. Wszystko wskazywało na to, że nie miały one tutaj naturalnych wrogów. Chociaż droga zleciała wydawałoby się szybko to w rzeczywistości zaczęło się już ściemniać, kiedy Drax stanął przed sporawym wejściem do jaskini. Przy nim stało dwóch potępionych, którzy rozstąpili się po rozmowie z chochlikami i wpuścili Draxa do środka. Od tego momentu czuł się niepewnie, wydawało mu się, że kiedy tylko straci czujność ktoś lub coś wbije mu nóż w plecy albo poderżnie gardło. Kręta droga istotnie prowadziła w głąb ziemi, a po pięciominutowym spacerze stanął przed wielką salą, z której odchodziło kilkanaście odnóg. Chochliki zaprowadziły go przez trzecią odnogę po prawej stronie do sali, w której stała znana mu postać.
- Doskonała robota, moi zwiadowcy, przekażcie mój rozkaz pozostałym sługom. Niechaj każdy z nich przygotuje się do wymarszu, o świcie Requiem stanie w ogniu.
- Chyba śnisz, skurwysynie.
- Nie takim tonem chłopcze. – uspokoił go Galahad. – Wolałbym Ascarona, ale skoro ty się wyrwałeś, też możesz się nadać.
- O co ci chodzi… cały czas mówisz szyfrem.
Galahad sięgnął do kieszeni i wyciągnął ampułkę z czerwonym płynem.
- Widzisz to? To jest esencja demona, pozwoli ci przewyższyć człowieka, staniesz się tym, czym ja się stałem, Huonem piątego kręgu!
- Prędzej zginę, niż przyłączę się do twojej armii.
- Nic nie rozumiesz, jeżeli zginiesz także się do niej przyłączysz. Jednak staniesz się wrogiem Gustawa i moim.
- Teraz rozumiem, Gustawowi od początku chodziło o to, aby dogadać się z demonami.
- Dokładnie tak, ale demon demonowi nie równy, nam nie zależy na otwarciu bramy, ale na zniszczeniu jej.
- Uważaj, bo jeszcze uwierzę. – zadrwił Drax
- Nie wiesz nic! Morterius, pragnie zabić pozostałych bogów, aby odrodzić się, jako Memor. My w tym nie mamy żadnego interesu. Gdy Memor się odrodzi, wszystkie światy przestaną istnieć. Możesz się do nas przyłączyć i pomóc nam zatrzymać odrodzenie Memora. Requiem jest zbyt krótkowzroczne, aby to dostrzec!
- Oszczędzaj oddech Galahad… męczysz mnie tym gadaniem. – rzucił Drax i zacisnął dłonie na rękojeści.
- Więc taki jest twój wybór chłopcze. Przykro mi. – odparł Galahad i dobył swojego oręża.
Obaj rzucili się na siebie z obnażonymi ostrzami. Ich stal starła się i zazgrzytała. Siłowali się ze sobą krzyżując swoje miecze, po czym odskoczyli w tył zwiększając dystans. Pomieszczenie było pokaźnych rozmiarów i dawało możliwość manewrowania. Za każdym razem gdy Galahad atakował, Draxowi udawało się sparować jego uderzenie, jednak widać było, że pod względem siły ustępuje byłemu gwardziście. W miarę jak walka nabierała tempa, rysowała się coraz większa przewaga Galahada, w końcu przyparł on Draxa do ściany.
- Archon, szukał sposobu, aby unicestwić bramę! Ale pojawiłeś się ty i sprawiłeś problem. Byłeś brakującym ogniwem, gdyby nie ty, Gustaw nigdy nie poczułby się taki silny i pewny siebie!
- Od..pier..dol się! – wrzasnął Drax i odepchnął resztką sił Galahada.
Uniknął kolejnego ciosu i zamachnął się, aby uderzyć zadać cios Galahadowi w plecy, kiedy poczuł chłód stali w swoim boku. Stonepillar odwrócił ostrze o sto osiemdziesiąt stopni i wbił je miedzy żebra Draxa, tak, że przeszło ono na wylot. Chłopakowi z rąk wyleciał oręż a on sam osunął się na ziemię.
- Teraz widzisz, jaka jest miedzy nami różnica, chłopcze. Requiem jutro upadnie, wraz z nim zniszczymy bramę, a wola Sfere roztoczy się nad całym Azarath.
Drax przyłożył dłoń do rany i po chwili spojrzał na nią, była cała we krwi, ciemno czerwonej krwi. Z trudem łapał oddech i przełykał ślinę, ale ciągle pozostawał świadomy.
- I tak nie będziesz żył, więc mogę ci coś powiedzieć. Znam Mahmmeriona, to dzięki niemu jestem tym, kim jestem. On był pierwszym buntownikiem, ja jedynie udzielam mu swojej siły. Mahmmerion znał sekret bramy, wiedział, że można ją zamknąć jedynie wtedy, gdy przy zyciu pozostaje maksymalnie jedno ogniwo. Jeżeli ciekawi cię, dlaczego nie zabiłem wtedy Gustawa, odpowiedź jest prosta, miał ze sobą zabójców. Oni razem pracowali nad planem zjednoczenia się z przeklętymi. Wiedzieli wszystko, Gustaw był po prostu wybranym reprezentantem. Jeśli by zginął inny przejąłby jego funkcje, ale wtedy nic nie zatrzymałoby Morteriusa od wejścia do tego świata. Odrodzenie Memora stało by się wówczas kwestią czasu. Zabijając Archona, zaskarbiłem sobie jego zaufanie i mogłem wcielać nasz plan dalej w życie, ale on zaczął coś podejrzewać. Dlatego tak to wszystko wygląda. Pod Ghald, faktycznie walczyliście z siłami Morteriusa, ale wczorajsza bitwa, była bitwą przeciwko mnie. Zniszczę bramę i nie pozwolę Requiem, doprowadzić do upadku tego świata. Tymczasem…
Galahad otworzył fiolkę i wylał demoniczną esencję na ranę Draxa. Ten zawył z bólu i niemalże natychmiast stracił przytomność.
- Nie wiem, co się z tobą stanie chłopcze, ale nie daje ci szans, na powrót do świata żywych.
Zauważywszy, że Drax nie daje już żadnych znaków życia, zabrał z ziemi Moonglow i opuścił pomieszczenie. Tymczasem Requiem Delana czuła, że coś jest nie tak. Dochodziła już niemalże północ, gdy do siedzącej na murze dziewczyny podszedł Aeon.
- Idź się przespać, chociaż chwilę.
- nie mogę, zastanawiam się… co z Draxem… - odparła ze smutkiem.
- To wielki człowiek, wróci.
- A co jeśli uciekł, ale tak naprawdę? Słyszałeś co mówił Ascaron, mogą go posądzić o dezercję.
- Nawet jeżeli, to co z tego? Czy człowiek, który raz ugnie się pod ciężarem życia jest stracony?
- Przyzwyczaiłam się, że dokonywał zawsze czegoś wielkiego.
Aeon uśmiechnął się pod nosem.
- Człowiek, dokonujący jedynie wielkich rzeczy, staje się niewidomy na rzeczy małe. Nie szukaj u niego samych sukcesów.
- Ale…
- Pozwól, że opowiem ci historię, którą mi opowiedziano, gdy byłem mały – wtrącił – Otóż pewnego razu żył wspaniały malarz, malował obrazy jak żywe. W końcu stwierdził, że osiągnął doskonałość w malowaniu portretów. Nie dostrzegł tego, że jego prace doceniane są przez największych krytyków, że jego portrety wiszą w pałacach możnowładców. Nie doceniał także tego, że miał kochającą go rodzinę, jedyne, co pragnął widzieć to doskonałość. Wkrótce po tym rodzina go opuściła, ale nie zauważył nawet tego. Zabrał się za rysowanie pejzaży i ponownie odniósł w tym sukces. Nie widział swojego życia, jako pasma sukcesów i spełnienia, jedyne, co dostrzegał to pojedynczy sukces, który przewyższał poprzedni. W końcu i w rysowaniu pejzaży osiągnął perfekcję, a jego życie straciło sens. Przynajmniej dla niego. Nie było już dziedziny w malarstwie, w której mógłby zabłyszczeć bardziej niż do tej pory. Pewnego razu, kiedy poił się alkoholem w lokalnym zajeździe, usłyszał od jednego ze stałych bywalców o zjawisku znanym, jako „Evenfall”. Evenfall jest to moment poprzedzający wschód słońca, zjawisko, które trwa ułamek sekundy. Według bywalca tawerny, jest to jednak najpiękniejsze zjawisko na świecie, którego żaden malarz nie uwiecznił na żadnym obrazie. Zainspirowany tą opowieścią malarz postanowił uchwycić „Evenfall”. Każdej nocy stał w oknie swojego domu i oczekiwał na ów moment, jednak za każdym razem coś mu przeszkadzało, raz przysnął a gdy się obudził pierwsze promienie już wyłaniały się zza horyzontu. Innym razem przetarł oczy i przegapił ów moment. Pewnego dnia, stał jednak wyjątkowo zdeterminowany, przy pomocy lokalnego astrologa obliczył moment wystąpienia „Evenfall”. Czekał w oknie, gdy, nagle przed oczami zrobiło mu się ciemno. Przetarł je raz i drugi, ale widział jedynie mrok. Wtedy zrozumiał, że natura odebrała mu wzrok, aby nie mógł ujrzeć już niczego wielkiego. Resztę swojego życia spędził w ciemności i dopiero wtedy potrafił cieszyć się z każdego małego osiągnięcia, jak chociażby nauczenia się gdzie znajduje się w jego pokoju łóżko, z którego wychodził coraz rzadziej. Utrata wglądu na rzeczy doskonałe, pozwoliła mu dostrzec prawdziwą wartość życia, jakie prowadził i które zaprzepaścił w pogoni za doskonałością.
- Morał? – spytała Delana.
- Jeżeli go nie znajdziesz sama, to nie wyniesiesz z tego żadnej lekcji. – powiedział lekko się uśmiechając. – Teraz idź, prześpij się trochę a ja zmienię cię na warcie.
- Chcesz zobaczyć Evenfall?
- Nie, chcę zobaczyć całą noc, żebym rano mógł stwierdzić czy była ona dobra. – odpowiedział i ruszył na obchód.
Ta noc, obfitowała jednak w znacznie więcej wyjątkowych wydarzeń. Drax leżał już nieprzytomny kilka godzin, jego ciało stało się drętwe, a umysł uśpiony. Oczy miał zamknięte i ostanie zmysły odmawiały mu posłuszeństwa. Ciało jego stało się lekkie a dusza wydawała się je opuszczać. Wtedy jego głuche uszy odebrały jakiś dźwięk, z początku wydawał się on niewyraźny, po chwili jednak rozczytał w nim swoje imię. Jego oczy otworzyły się ukazując martwe źrenice. Wokół były tylko gwiazdy, po pokoju, w którym został zabity nie było ani śladu. Nad Draxem, stała zawieszona w powietrzu postać, odziana w lśniącą czarną zbroję. Włosy miała długie, sięgające pasa, były one siwe, jak u schorowanego starca, który ma żegnać się ze światem. Oczy jego jednak lśniły śnieżnobiałym blaskiem, a zmarszczki na twarzy wymuszały respekt w osobie obserwującej. Jego głos był donośny, odbijał się echem w nieogarniętej przestrzeni. Wydawać się mogło, że ów głos jest wszędzie. Starzec wyciągnął rękę odzianą w płytową czarną rękawicę.
- Jesteś godną duszą i twój czas jeszcze nie nastał. Wplatany zostałeś jednak pomiędzy wojnę dwóch bogów. A jeden z nich złamał zasady wiele razy, dlatego teraz i ja pragnę je złamać, dla wyrównania sił.
- Kim jesteś? – spytał Drax.
Było to jednak dziwne, nieopisane uczucie, ponieważ nie poruszył ustami a jedynie pomyślał pytanie. Dźwięk natomiast jakby wydobył się z jego głowy.
- Jestem bogiem umarłych, Thanatosem.
- Czyli… ja nie żyję…
- Nie do końca, demoniczna krew podtrzymała cię jeszcze przy życiu do tego momentu.
Wtedy Drax przypomniał sobie o wlanej do jego rany zawartości ampułki.
- Chcę nagiąć zasady tej gry chłopcze, chcę dać ci śmierć w twoje ręce i uczynić cię pierwszym Gravenimage, w świecie żywych.
- Ja? Gravenimage?
- Jest coś co musisz dokończyć, jednak decyzja, należy do ciebie. Ostrzegam tylko, Gravenimage w świecie żywych nie podlega kontroli. Musisz ujarzmić go sam, albo on ujarzmi ciebie.
- Szaleństwo… w zamian za uratowanie przyjaciół…
- Ostrzegam tylko, posiądziesz wiedzę rangi boskiej. Wiedzę, która może zmienić przyjaciela w wroga. Wiedzę, dzięki której zdasz sobie sprawę, z własnych błędów i właśnie to jest pierwszy krok do szaleństwa.
- Daj mi szaleństwo… Muszę, zakończyć wojnę… Moi bliscy… muszą żyć! – wybełkotał Drax i wyciągnął rękę w stronę Thanatosa. Ten chwycił go za dłoń i lekko się uśmiechnął po czym gwiaździste pomieszczenie powróciło do normalnego stanu. Oczy chłopaka ponownie się otworzyły i spojrzały na pokrytą kościaną powłoką rękę. Znów słyszał dźwięki, czuł pod sobą podłoże i energię rozpierająca go od środka. Wstał na równe nogi i spojrzał przed siebie w otwarte drzwi, w których stanął Galahad dzierżący Moonglow. Wpatrując się w swojego oprawcę w głowie pojawiło się mnóstwo obrazów, ukazujących jego życie. Drax poskładał wszystko w całość i wrogie spojrzenie byłemu gwardziście. Ten widząc stwora o potężnej posturze, rogach u przodu głowy zakrzywionych do tyłu i kończących się na wysokości uszu, wzdrygnął się i chwycił z całych sił rękojeść Moonglow. Z pleców bestii wystawały dwie kości skrzydłowe rownie pokaźnych rozmiarów co sama bestia. Całe jego ciało pokryte było kościaną powłoką, lecz oczy pozostały przerażająco ludzkie. Oczy których Galahad nie mógł pomylić z innymi. Stał teraz naprzeciwko niego nie Drax, co Gravenimage, napędzany gniewem Draxa.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Tego samego ranka Soulripper zarządził szybkie rozeznanie wśród bandytów, którzy jak utrzymywali, przybyli pomóc, dlatego aby móc spojrzeć Tryshotowi prosto w oczy, gdy znajdą się w krainie umarłych. Nie znali się oni faktycznie na magii, ale z pewnością stanowili siłę porównywalną, jeśli nawet nie większą od tej, która stanowili rekrutowani w biegu wszyscy strażnicy. Przeważali głownie w dwóch aspektach, byli znacznie lepiej zgrani, niektórzy z nich współpracowali razem od wielu lat, oraz obyci w walce. Nie chodziło tutaj już o sam wachlarz umiejętności, ale o psychikę, krew, rany i śmierć nie były im obce. Nie zakrywali twarzy, kiedy nadciągało uderzenie, ale starali się wybrnąć cało z każdej opresji. Requiem nie było dumne z tego, że przyjęli pod swoje skrzydła przestępców, ale w tym momencie nie mieli większego wyboru, przynajmniej tak wydawało się poniektórym. Stara gwardia nie spuszczała jednak ich z oczu. Nie potrafili przełknąć swojej dumy i co chwila rzucali podejrzliwe spojrzenia bandytom. Wydawało się jedynie jakoby Drax czuł się komfortowo w ich towarzystwie.
- Ostatecznie nie uciekliście, co? – spytał znajomego mu rzezimieszka.
- I co byśmy robili? Na kontynencie więcej cesarskich psów i wyroków na głowę każdego z nas, niż nas tutaj wszystkich razem wziętych. Co teraz będzie?
- Coś wymyślimy, dobrze, że tu jesteście. – zapewnił Drax swojego rozmówcę i poszedł w swoją stronę.
Kluczył tak po dziedzińcu jeszcze przez chwile, gdy w końcu przykucnął i przyłożył rękę do ziemi.
- Znów czegoś szukasz? – spytał Melfice
- Pomyślałem, że namierzę demony i będziemy mogli przeprowadzić ofensywę nim się ogarną.
- Wątpię, żeby szefostwo się na to zgodziło. – stwierdziła Delana.
Drax spojrzał na dziewczynę.
- A co z Mayą, rozmawiałaś już z nią?
- Tak. – odpowiedziała cicho. – Powiedziała, że musi przemyśleć kilka spraw w samotności.
- To musiał być dla niej cios… - westchnął Drax – Ale każdy z nas kogoś stracił.
Kiedy tak rozmawiali dołączył do nich Aeon.
- Jakieś wieści? – spytał Melfice.
- Gustaw i jego lizodupy coś kombinują.
- I ty nic nie wiesz? – zadrwił Drax
- Oszczędź sobie stary, to musi być coś poważnego, zaszyli się u arcymistrza i cisza, możliwe, że piszą sobie na kartkach. Zastanawia mnie jednak to, co wymyślili tym razem.
- W takim razie ja pierdole czekanie na nich. – zdenerwował się Drax i przyłożył rękę do ziemi.
„Północ”, tylko to miał teraz w głowie, przeklęci przyszli z północy, więc według jego toku rozumowania tam powinien zacząć szukać. Sięgnął pamięcią jeszcze dalej i przypomniał sobie o Ghald. Miasto znajdowało się w północno wschodniej części Azarath, teoretycznie dotarcie do Ghald było najtrudniejsze, więc tam zaczęli składować swoje siły. Z czasem jednak pieczęć osłabła i mogli zebrać swoje siły szybciej w większej ilości. Nie musieliby wtedy zyskiwać na czasie. Poza tym w Ghald oraz innych ważnych punktach szlaku północnego znajdowali się esperzy. Demony, więc z pewnością zostałyby do tej pory zauważone a informacja przekazana do esperów w Requiem. Kolejnym miejscem, o którym pomyślał, była Magna-Casia, puszcza była pełna jaskiń oraz miejsc, w których mogliby się ukryć, jednak po całej Magna-Casia pałętali się bandyci, a skoro bandyci są żywi, więc demonów tam nie było. W końcu podirytowany wstał i podrapał się w głowę.
- Aeon, ty masz do tego łeb. – zwrócił się do przyjaciela – Demony przyszły z północy, ale nie mogło to być Ghald, musiało to być gdzieś bliżej, na południe od szlaku północnego.
- Casia-Magna?
- Też o tym pomyślałem, ale bandyci są żywi.
Aeon zamyślił się na chwilę.
- Nie, nie mylę się, Casia-Magna, niema innego wyjścia.
- Jakim cudem? – zdziwił się Drax
- Przyszli z północy, prosto na północ, za Casia-Norda leży osada, w której swego czasu stacjonowało obecne Requiem.
- No tak! Mymur! Bandyci się tam nigdy nie zapuszczali, wiedząc, że to tereny Requiemskie.
- A od jakiegoś czasu Mymur stało całkowicie opuszczone, jeżeli nawet zadomowili się tam bandyci, to z pewnością ich wybito.
- Wybaczcie podsłuchałem waszą rozmowę, ale chłopak ma rację, do Mymur się nie zapuszczaliśmy nigdy.
Drax ponownie przykucnął i przyłożył dłoń do ziemi. Wystrzelił niewielki strumień many w stronę Mymur. Po niespełna pięciu minutach poczuł obecność demonicznej magii. Wzmógł do maksimum globalną percepcję i ruszył za magicznymi śladami, prowadziły one w stronę Mymur, ale na sto może dwieście metrów przed bramami osady skręcały na wschód. Prowadziły one przez bagna do jaskini leżącej może sześćset metrów na wschód od samego Mymur. Znajdowała się ona na zupełnym odludziu, w miejscu gdzie nie zaglądał nikt od dziesiątek lat. Tam ślad zakręcił się w spiralę i prowadził w głąb ziemi, wtem Drax wzdrygnął się i przerwał dalsze śledzenie.
- Znalazłem go… - powiedział z lekkim niedowierzaniem we własne słowa.
- Kogo? – spytali zgromadzeni chórem.
- Stonepillara. – wyrzucił z siebie.
- On zyje?! – zdziwił się Aeon.
- Tak, ale jest inny, wyczuwam w nim znaczną część demonicznej aury.
- Może to jednak ktoś podobny jedynie do Stonepillara?
- Nie mam wątpliwości, że to on. Znam jego aurę dość dobrze.
- Co robimy? – spytał Melfice.
- Ruszam za nim, albo go sprowadzę, albo zabije. – odrzekł Drax.
Wszyscy spojrzeli na niego.
- Ruszamy z tobą. – odezwała się Delana.
- Nie chwila, Drax ma rację. Nie wiemy co knuje Gustaw z resztą, ale jest nas niewielu, których może włączyć do swoich rozgrywek. Bez Draxa będzie miał niekompletny skład.
- Wtedy w miejsce Draxa wchodzę ja. – zauważył Melfice.
- Utrzymuj, że jesteś tu z rozkazu cesarza, Soulripper nie znosi cesarskich, więc na pewno cię nie wyśle do niczego.
- To ja znikam, trzymajcie kciuki. – powiedział Drax i ruszył przed siebie.
W końcu szczęście mu dopisało, jakiś zabłąkany kupiec rozmawiał w tym momencie ze strażnikami a los chciał, że miał ze sobą rumaka. Drax niczym pocisk wystrzelony z katapulty wpadł między nich i dosiadł konia, po czym natychmiastowo skierował go w stronę północnej puszczy. Ani strażnicy ani kupiec nie zdążyli zareagować w porę i po chwili widzieli już tylko oddalającą się sylwetkę Bloodpledge’a. Popędzał konia do granic możliwości, widać jednak było różnicę, pomiędzy rumakiem, na którym podróżuje kupiec a tym, których Requiem używało do walki. Droga zajęła mu godzinę dłużej, ale górujące słońce ciągle rzucało nieco światła na jesienną Casia-Norda. Rumak zatrzymał się pośród pamiętnej polany i odmówił dalszej drogi. Nie ważne, w jaki sposób Drax starał się go zachęcić ten najzwyczajniej w świecie nie chciał się poruszyć do przodu. Widząc bezsens jego działań, chłopak zszedł z rumaka i poszedł dalej pieszo. Gdy tylko oddalił się na kilka kroków, koń zarżał i uciekł w popłochu. Siwemu ciarki poszły po plecach, zdawał sobie sprawę, że koń mógł wyczuć jakieś zagrożenie, którego on sam nie dostrzegł. Nagle coś poruszyło się w pobliskich krzakach. Drax dobył Moonglow i przygotował się do obrony. Wpatrując się w zarośla dostrzegł kształt, który przypominał kawałek kości piszczela. Natychmiast rozpostarł wokół siebie aurę, jednak nie przyniosło to żadnego skutku.
- Ozywieńcy! – było to jedyne, co przyszło mu na myśl.
Zacisnął dłonie na rękojeści i podszedł powoli do krzaka. Kiedy się nad nim pochylił poczuł, że coś chwyciło go za ramię. Natychmiast odwrócił się i uderzył z całym impetem. Kości rozsypały się po polanie. Następnie znów odwrócił się w stronę krzaków, w tym samym momencie między jego oczyma pojawiła się czaszka z otwartymi ustami. Drax odskoczył do tyłu przerażony i wtedy dopiero ujrzał, że jest do niej przytwierdzony sznurek. Z okolicznych zarośli zaczęły dochodzić irytujące śmiechy. Drax słysząc je odetchnął z ulgą.
- To tylko chochliki… - westchnął
- Żałuj, że nie wdziałeś swojej miny! – roześmiał się jeden
- Wyglądałeś jakbyś zobaczył ducha – zawtórował drugi.
Widząc je Drax ponownie nabrał pewności siebie.
- Ostatnie życzenia? – spytał gniewnie.
- Spokojnie, Pan Stonepillar już wie, ze tu jesteś, kazał nam ciebie sprowadzić! – zachichotały zgodnie oba chochliki.
- Zaprowadzić? – żartujecie sobie.
- Chodź z nami! Chodź no chodź! – wrzeszczały.
Drax dał się w końcu namówić i podążył za skrzydlatymi żartownisiami. Prowadziły go dokładnie tam, gdzie zawiodła go globalna percepcja, poprzez błoto na teren dawno zapomniany przez ludzi. Pajęczyny na drzewach były kolosalnych rozmiarów, świadczyło to jedynie o braku działalności człowieka w tym miejscu. Drzewa były ogromne i potężne a ptasie gniazda osadzone dość nisko. Wszystko wskazywało na to, że nie miały one tutaj naturalnych wrogów. Chociaż droga zleciała wydawałoby się szybko to w rzeczywistości zaczęło się już ściemniać, kiedy Drax stanął przed sporawym wejściem do jaskini. Przy nim stało dwóch potępionych, którzy rozstąpili się po rozmowie z chochlikami i wpuścili Draxa do środka. Od tego momentu czuł się niepewnie, wydawało mu się, że kiedy tylko straci czujność ktoś lub coś wbije mu nóż w plecy albo poderżnie gardło. Kręta droga istotnie prowadziła w głąb ziemi, a po pięciominutowym spacerze stanął przed wielką salą, z której odchodziło kilkanaście odnóg. Chochliki zaprowadziły go przez trzecią odnogę po prawej stronie do sali, w której stała znana mu postać.
- Doskonała robota, moi zwiadowcy, przekażcie mój rozkaz pozostałym sługom. Niechaj każdy z nich przygotuje się do wymarszu, o świcie Requiem stanie w ogniu.
- Chyba śnisz, skurwysynie.
- Nie takim tonem chłopcze. – uspokoił go Galahad. – Wolałbym Ascarona, ale skoro ty się wyrwałeś, też możesz się nadać.
- O co ci chodzi… cały czas mówisz szyfrem.
Galahad sięgnął do kieszeni i wyciągnął ampułkę z czerwonym płynem.
- Widzisz to? To jest esencja demona, pozwoli ci przewyższyć człowieka, staniesz się tym, czym ja się stałem, Huonem piątego kręgu!
- Prędzej zginę, niż przyłączę się do twojej armii.
- Nic nie rozumiesz, jeżeli zginiesz także się do niej przyłączysz. Jednak staniesz się wrogiem Gustawa i moim.
- Teraz rozumiem, Gustawowi od początku chodziło o to, aby dogadać się z demonami.
- Dokładnie tak, ale demon demonowi nie równy, nam nie zależy na otwarciu bramy, ale na zniszczeniu jej.
- Uważaj, bo jeszcze uwierzę. – zadrwił Drax
- Nie wiesz nic! Morterius, pragnie zabić pozostałych bogów, aby odrodzić się, jako Memor. My w tym nie mamy żadnego interesu. Gdy Memor się odrodzi, wszystkie światy przestaną istnieć. Możesz się do nas przyłączyć i pomóc nam zatrzymać odrodzenie Memora. Requiem jest zbyt krótkowzroczne, aby to dostrzec!
- Oszczędzaj oddech Galahad… męczysz mnie tym gadaniem. – rzucił Drax i zacisnął dłonie na rękojeści.
- Więc taki jest twój wybór chłopcze. Przykro mi. – odparł Galahad i dobył swojego oręża.
Obaj rzucili się na siebie z obnażonymi ostrzami. Ich stal starła się i zazgrzytała. Siłowali się ze sobą krzyżując swoje miecze, po czym odskoczyli w tył zwiększając dystans. Pomieszczenie było pokaźnych rozmiarów i dawało możliwość manewrowania. Za każdym razem gdy Galahad atakował, Draxowi udawało się sparować jego uderzenie, jednak widać było, że pod względem siły ustępuje byłemu gwardziście. W miarę jak walka nabierała tempa, rysowała się coraz większa przewaga Galahada, w końcu przyparł on Draxa do ściany.
- Archon, szukał sposobu, aby unicestwić bramę! Ale pojawiłeś się ty i sprawiłeś problem. Byłeś brakującym ogniwem, gdyby nie ty, Gustaw nigdy nie poczułby się taki silny i pewny siebie!
- Od..pier..dol się! – wrzasnął Drax i odepchnął resztką sił Galahada.
Uniknął kolejnego ciosu i zamachnął się, aby uderzyć zadać cios Galahadowi w plecy, kiedy poczuł chłód stali w swoim boku. Stonepillar odwrócił ostrze o sto osiemdziesiąt stopni i wbił je miedzy żebra Draxa, tak, że przeszło ono na wylot. Chłopakowi z rąk wyleciał oręż a on sam osunął się na ziemię.
- Teraz widzisz, jaka jest miedzy nami różnica, chłopcze. Requiem jutro upadnie, wraz z nim zniszczymy bramę, a wola Sfere roztoczy się nad całym Azarath.
Drax przyłożył dłoń do rany i po chwili spojrzał na nią, była cała we krwi, ciemno czerwonej krwi. Z trudem łapał oddech i przełykał ślinę, ale ciągle pozostawał świadomy.
- I tak nie będziesz żył, więc mogę ci coś powiedzieć. Znam Mahmmeriona, to dzięki niemu jestem tym, kim jestem. On był pierwszym buntownikiem, ja jedynie udzielam mu swojej siły. Mahmmerion znał sekret bramy, wiedział, że można ją zamknąć jedynie wtedy, gdy przy zyciu pozostaje maksymalnie jedno ogniwo. Jeżeli ciekawi cię, dlaczego nie zabiłem wtedy Gustawa, odpowiedź jest prosta, miał ze sobą zabójców. Oni razem pracowali nad planem zjednoczenia się z przeklętymi. Wiedzieli wszystko, Gustaw był po prostu wybranym reprezentantem. Jeśli by zginął inny przejąłby jego funkcje, ale wtedy nic nie zatrzymałoby Morteriusa od wejścia do tego świata. Odrodzenie Memora stało by się wówczas kwestią czasu. Zabijając Archona, zaskarbiłem sobie jego zaufanie i mogłem wcielać nasz plan dalej w życie, ale on zaczął coś podejrzewać. Dlatego tak to wszystko wygląda. Pod Ghald, faktycznie walczyliście z siłami Morteriusa, ale wczorajsza bitwa, była bitwą przeciwko mnie. Zniszczę bramę i nie pozwolę Requiem, doprowadzić do upadku tego świata. Tymczasem…
Galahad otworzył fiolkę i wylał demoniczną esencję na ranę Draxa. Ten zawył z bólu i niemalże natychmiast stracił przytomność.
- Nie wiem, co się z tobą stanie chłopcze, ale nie daje ci szans, na powrót do świata żywych.
Zauważywszy, że Drax nie daje już żadnych znaków życia, zabrał z ziemi Moonglow i opuścił pomieszczenie. Tymczasem Requiem Delana czuła, że coś jest nie tak. Dochodziła już niemalże północ, gdy do siedzącej na murze dziewczyny podszedł Aeon.
- Idź się przespać, chociaż chwilę.
- nie mogę, zastanawiam się… co z Draxem… - odparła ze smutkiem.
- To wielki człowiek, wróci.
- A co jeśli uciekł, ale tak naprawdę? Słyszałeś co mówił Ascaron, mogą go posądzić o dezercję.
- Nawet jeżeli, to co z tego? Czy człowiek, który raz ugnie się pod ciężarem życia jest stracony?
- Przyzwyczaiłam się, że dokonywał zawsze czegoś wielkiego.
Aeon uśmiechnął się pod nosem.
- Człowiek, dokonujący jedynie wielkich rzeczy, staje się niewidomy na rzeczy małe. Nie szukaj u niego samych sukcesów.
- Ale…
- Pozwól, że opowiem ci historię, którą mi opowiedziano, gdy byłem mały – wtrącił – Otóż pewnego razu żył wspaniały malarz, malował obrazy jak żywe. W końcu stwierdził, że osiągnął doskonałość w malowaniu portretów. Nie dostrzegł tego, że jego prace doceniane są przez największych krytyków, że jego portrety wiszą w pałacach możnowładców. Nie doceniał także tego, że miał kochającą go rodzinę, jedyne, co pragnął widzieć to doskonałość. Wkrótce po tym rodzina go opuściła, ale nie zauważył nawet tego. Zabrał się za rysowanie pejzaży i ponownie odniósł w tym sukces. Nie widział swojego życia, jako pasma sukcesów i spełnienia, jedyne, co dostrzegał to pojedynczy sukces, który przewyższał poprzedni. W końcu i w rysowaniu pejzaży osiągnął perfekcję, a jego życie straciło sens. Przynajmniej dla niego. Nie było już dziedziny w malarstwie, w której mógłby zabłyszczeć bardziej niż do tej pory. Pewnego razu, kiedy poił się alkoholem w lokalnym zajeździe, usłyszał od jednego ze stałych bywalców o zjawisku znanym, jako „Evenfall”. Evenfall jest to moment poprzedzający wschód słońca, zjawisko, które trwa ułamek sekundy. Według bywalca tawerny, jest to jednak najpiękniejsze zjawisko na świecie, którego żaden malarz nie uwiecznił na żadnym obrazie. Zainspirowany tą opowieścią malarz postanowił uchwycić „Evenfall”. Każdej nocy stał w oknie swojego domu i oczekiwał na ów moment, jednak za każdym razem coś mu przeszkadzało, raz przysnął a gdy się obudził pierwsze promienie już wyłaniały się zza horyzontu. Innym razem przetarł oczy i przegapił ów moment. Pewnego dnia, stał jednak wyjątkowo zdeterminowany, przy pomocy lokalnego astrologa obliczył moment wystąpienia „Evenfall”. Czekał w oknie, gdy, nagle przed oczami zrobiło mu się ciemno. Przetarł je raz i drugi, ale widział jedynie mrok. Wtedy zrozumiał, że natura odebrała mu wzrok, aby nie mógł ujrzeć już niczego wielkiego. Resztę swojego życia spędził w ciemności i dopiero wtedy potrafił cieszyć się z każdego małego osiągnięcia, jak chociażby nauczenia się gdzie znajduje się w jego pokoju łóżko, z którego wychodził coraz rzadziej. Utrata wglądu na rzeczy doskonałe, pozwoliła mu dostrzec prawdziwą wartość życia, jakie prowadził i które zaprzepaścił w pogoni za doskonałością.
- Morał? – spytała Delana.
- Jeżeli go nie znajdziesz sama, to nie wyniesiesz z tego żadnej lekcji. – powiedział lekko się uśmiechając. – Teraz idź, prześpij się trochę a ja zmienię cię na warcie.
- Chcesz zobaczyć Evenfall?
- Nie, chcę zobaczyć całą noc, żebym rano mógł stwierdzić czy była ona dobra. – odpowiedział i ruszył na obchód.
Ta noc, obfitowała jednak w znacznie więcej wyjątkowych wydarzeń. Drax leżał już nieprzytomny kilka godzin, jego ciało stało się drętwe, a umysł uśpiony. Oczy miał zamknięte i ostanie zmysły odmawiały mu posłuszeństwa. Ciało jego stało się lekkie a dusza wydawała się je opuszczać. Wtedy jego głuche uszy odebrały jakiś dźwięk, z początku wydawał się on niewyraźny, po chwili jednak rozczytał w nim swoje imię. Jego oczy otworzyły się ukazując martwe źrenice. Wokół były tylko gwiazdy, po pokoju, w którym został zabity nie było ani śladu. Nad Draxem, stała zawieszona w powietrzu postać, odziana w lśniącą czarną zbroję. Włosy miała długie, sięgające pasa, były one siwe, jak u schorowanego starca, który ma żegnać się ze światem. Oczy jego jednak lśniły śnieżnobiałym blaskiem, a zmarszczki na twarzy wymuszały respekt w osobie obserwującej. Jego głos był donośny, odbijał się echem w nieogarniętej przestrzeni. Wydawać się mogło, że ów głos jest wszędzie. Starzec wyciągnął rękę odzianą w płytową czarną rękawicę.
- Jesteś godną duszą i twój czas jeszcze nie nastał. Wplatany zostałeś jednak pomiędzy wojnę dwóch bogów. A jeden z nich złamał zasady wiele razy, dlatego teraz i ja pragnę je złamać, dla wyrównania sił.
- Kim jesteś? – spytał Drax.
Było to jednak dziwne, nieopisane uczucie, ponieważ nie poruszył ustami a jedynie pomyślał pytanie. Dźwięk natomiast jakby wydobył się z jego głowy.
- Jestem bogiem umarłych, Thanatosem.
- Czyli… ja nie żyję…
- Nie do końca, demoniczna krew podtrzymała cię jeszcze przy życiu do tego momentu.
Wtedy Drax przypomniał sobie o wlanej do jego rany zawartości ampułki.
- Chcę nagiąć zasady tej gry chłopcze, chcę dać ci śmierć w twoje ręce i uczynić cię pierwszym Gravenimage, w świecie żywych.
- Ja? Gravenimage?
- Jest coś co musisz dokończyć, jednak decyzja, należy do ciebie. Ostrzegam tylko, Gravenimage w świecie żywych nie podlega kontroli. Musisz ujarzmić go sam, albo on ujarzmi ciebie.
- Szaleństwo… w zamian za uratowanie przyjaciół…
- Ostrzegam tylko, posiądziesz wiedzę rangi boskiej. Wiedzę, która może zmienić przyjaciela w wroga. Wiedzę, dzięki której zdasz sobie sprawę, z własnych błędów i właśnie to jest pierwszy krok do szaleństwa.
- Daj mi szaleństwo… Muszę, zakończyć wojnę… Moi bliscy… muszą żyć! – wybełkotał Drax i wyciągnął rękę w stronę Thanatosa. Ten chwycił go za dłoń i lekko się uśmiechnął po czym gwiaździste pomieszczenie powróciło do normalnego stanu. Oczy chłopaka ponownie się otworzyły i spojrzały na pokrytą kościaną powłoką rękę. Znów słyszał dźwięki, czuł pod sobą podłoże i energię rozpierająca go od środka. Wstał na równe nogi i spojrzał przed siebie w otwarte drzwi, w których stanął Galahad dzierżący Moonglow. Wpatrując się w swojego oprawcę w głowie pojawiło się mnóstwo obrazów, ukazujących jego życie. Drax poskładał wszystko w całość i wrogie spojrzenie byłemu gwardziście. Ten widząc stwora o potężnej posturze, rogach u przodu głowy zakrzywionych do tyłu i kończących się na wysokości uszu, wzdrygnął się i chwycił z całych sił rękojeść Moonglow. Z pleców bestii wystawały dwie kości skrzydłowe rownie pokaźnych rozmiarów co sama bestia. Całe jego ciało pokryte było kościaną powłoką, lecz oczy pozostały przerażająco ludzkie. Oczy których Galahad nie mógł pomylić z innymi. Stał teraz naprzeciwko niego nie Drax, co Gravenimage, napędzany gniewem Draxa.
Rozdział 28: Początek końca
Trochę czekaliście, ale juz jest gotowy kolejny rozdział ; ) W zasadzie pozwole sobie zapowiedzieć już kolejne:
29: Wszystko na jedną kartę.
30: Gravenimage - twarzą w twarz
31: Epilog - Legenda niedopowiedziana
A teraz zapraszam do czytania jednego z ostatnich rozdziałów.
--------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Na wzgórzu, Drax przedstawił Melfice’a Aeonowi. Opowiedział o obietnicy, jaką sobie złożyli przed laty i zagwarantował, że jego umiejętności z pewnością okażą się przydatne. Na samym końcu dołączył do nich Ascaron, który po chwili także poznał przybysza.
- Gdybyś do nas dołączył, wszystko mogłoby wyglądać teraz inaczej. – stwierdził ze smutkiem.
- Jedna osoba nie robi różnicy. – odezwał się Drax w obronie brata. – Tak w ogóle co słychać na kontynencie? – spytał z zaciekawieniem.
- Wojna, braciszku, wojna.
- Jak to wojna?! – wykrzyknęli wszyscy chórem.
Wtedy Melfice usiadł na kamieniu i zaczął opowiadać, co widział. Pozostali także przycupnęli i słuchali z niedowierzaniem. Hammersmith opowiedział o rebelii, która wybuchła na północy Nemezii, oraz o dziewczynie władającej magią. Wspomniał też, że doszły go słuchy jakoby Requiem posiadało swoje oddziały na kontynencie, ale sama Lena, tak było na imię owej dziewczynie, zaprzeczyła jakoby należała do wspomnianego ugrupowania. Ascaronowi wyraźnie skwasił minę, kiedy uzmysłowił sobie, że Requiem wyszło z ukrycia. Melfice kontynuował opowieść o tym jak pomógł uciec władcy Nemezii z oblężonego zamku i jak został wcielony do straży cesarskiej. Wspomniał także o planie „Skybreaker”, który bez owej dziewczyny byłby niewykonalny. Ta wzmianka zaciekawiła Ascarona wyjątkowo, jednak Melice przyznał, że jedynie obiło mu się to o uszy i szczegóły dotyczące planu nie są mu znane.
- A więc nie wiesz nic więcej na temat Skybreakera?
- Nie – potrząsnął głową – wiem tyle, co wy w tej chwili, chodzi o przebudzenie jakiejś mitycznej bestii, ale gdy dowiedziałem się jak wygląda sytuacja na Azarath, zebrałem się tak szybko jak to było jedynie możliwe.
- Dlaczego nie zameldowałeś się w cytadeli? – spytał Aeon.
- Zameldowałem, ale na bramie jakiś baran kazał mi się wynosić, pewnie przez ten ubiór, słyszałem, że macie tutaj autonomię.
- I tak po postu odszedłeś? Kto jak to, ale nie ty! – roześmiała się Delana.
- Zmieniłem się jak widać- odrzekł spokojnie – Ale chyba nie bardziej niż siwy… - westchnął zerkając na Draxa.
Drax siedział z posępną minął już od dłuższej chwili i nie odzywał się ani słowem.
- Drax? – spytała Shadowstep
- Nie przerywaj mu. – odpowiedział Melice.
Wtedy Delana zauważyła ogromne skupienie na twarzy swojego przyjaciela. Ręka mocno uciskała kamień, na którym siedział, było jasne, że coś go zaniepokoiło. Podczas gdy inni rozmawiali Drax zdążył wyprowadzić zaklęcie globalnej percepcji na kilka kilometrów na północ od Requiem. W końcu uniósł wzrok. A jego usta zadrżały.
- Co się stało? – spytał Aeon.
- RUSZAMY! – zawołał i zerwał się z miejsca.
Pędził w stronę cytadeli jak oszalały, pozostali ledwo dotrzymywali mu kroku. Niebo robiło się już szare i najpóźniej za godzinę nastała by ciemność. Poza Draxem nikt nie wiedział, co się święci, ale każdy instynktownie podążał za nim. Taki zryw zwykle oznaczał, coś wielkiego. W połowie dogi do cytadeli dostrzegli armię przeklętych zmierzającą w kierunku fortecy. Bestie różnorakiej maści, jeźdźcy na piekielnych rumakach, których kopyta płonęły żywym ogniem, a z ich nozdrzy wydobywał się siarkowy odór. Rżenie ich było niczym miliony igieł wbijających się w czaszkę, przyszywających ją na wylot i drażniących mózg. Grzywy miały bujne i czarne jak smoła, miały one iście atletyczną budowę, a umięśnione nogi z prędkością wiatru niosły swoich jeźdźców z całym rynsztunkiem do przodu. Ciężki stalowy pancerz zahartowany w ogniach piątego kręgu piekieł chronił ich głowy. To samo tyczyło się samych jeźdźców. Masywne pancerze kawalerii wydawały się niewrażliwe na wszelką broń, a już na pewno na cesarski oręż. Jedną ręką trzymali uprząż w drugiej zaś, włócznię bądź halabardę długą na około dwa metry. Sama broń także wydawała się być masywna i zdolna do przebicia się przez najgrubszy pancerz. Za nimi w powozach siedzieli siepacze. Uzbrojeni nieco lżej od piekielnej kawalerii, ale znacznie bardziej mobilni w walce. Wyznawali oni zasadę, że najlepszą obroną jest atak, to też uzbrojenie w postaci tarczy było im zupełnie obce. Zamiast tego posiadali dwuręczne miecze, topory czy maczugi, wszystko wedle własnego uznania. Z powietrza nadciągały skrzydlate biesy, praktycznie pozbawione uzbrojenia. Jedynym jego elementem były harpuny, bądź wszelkiej maści haki, sierpy czy inne ostre przedmioty przytwierdzone do łańcucha. Przeklęci najwidoczniej wzięli sobie do serca porażkę, która odnieśli pod Ghald i zrezygnowali z używania broni, w których nie mieli większej wprawy. Widząc machinę zagłady pędząca na cytadele wszyscy jeszcze bardziej przyspieszyli kroku. Dystans, jaki mieli do pokonania był jednak zbyt wielki, aby zdążyć na czas. Nim dobiegli do bram walka rozgorzała już na dobre. Latające stwory ciskały z powietrza swoimi ostrzami próbując ranić każdego, kto znajdował się w zasięgu. Przewaga przeklętych była przytłaczająca, na jednego obrońcę przypadała przynajmniej dziesięciu potępionych, przy czym dla większości obrońców była to pierwsza bitwa w ich życiu. Poza oddziałami z doświadczeniem, oraz zabójcami, grupa złożona przez Draxa i pozostałych radziła sobie w miarę dobrze. Nie byli oni może wojownikami najwyższych lotów, ale doskonała współpraca i zaufanie do siebie owocowało. Wiecznie awanturujący się Neuron, pokazał, że potrafi nie tylko gadać, ale i zabić. O stylu walki nie dało się tu jednak mówić, o ile Tryshot wykazywał się tu dyscypliną i pomysłem, o tyle sam Barney atakował w losowe miejsca. Robił to jednak tak nieustannie i w takim tempie, że prędzej czy później trafiał we wrażliwe, bądź odsłonięte miejsce. Każde takie trafienie owocowało rozbiciem systemu obronnego przeciwnika i kolejne ciosy niosły już ze sobą śmierć. Szybkość, z jaką poruszał się Barney, była także zdumiewająca. Przypatrując się mu, Tryshot zrozumiał, na czym polega magia Barneya. Jego możliwości rosły, poprzez wspomaganie organizmu maną. Działało to niczym środek pobudzający. Sam Tryshot okazywał się zarówno dobrym strzelcem jak i walczącym w ręcz. Na przemian dobywał to łuku to miecza sygnowanego nazwiskiem Hammersmith. Wkrótce najmniej liczna grupa latających demonów zaczęła się wycofywać, gdyż zostali zdziesiątkowani przez podopiecznych Zheroo. Brama twierdzy została poważnie naruszona, aby uniknąć dalszych zniszczeń. Hayscent postanowił uciec się do podstępu. Nakazał otworzyć bramę a łucznikom ustawić się na dziedzińcu. W momencie, kiedy brama zostanie otwarta mieli oni wystrzelać wszystkich, którzy znajdą się w przejściu. Doskonałości planu nie dostrzegł jednak Zheroo.
- Nie mamy na tylu ludzi! – zawołał.
- Masz lepszy pomysł? Jeśli padnie brama padnie całe Requiem! – wykłócał się Hayscent.
- Starczy! – zawołał Tryshot. – Trochę udoskonalimy ten plan. Dajcie mi chwilę czasu, na mój znak brama idzie do góry. A łucznicy niech wracają na mury! – rozkazał pewny siebie.
Hayscenta wyraźnie rozdrażniło takie zachowanie. W końcu to on, Sulfurus, Ascaron, oraz pozostali zabójcy byli tymi, którzy mieli faktyczne prawo głosu. Za to w tka krytycznej chwili, dowodzenie przejmuje człowiek, który nie tak dawno przekroczył mury. Pocieszył się jednak ty, że ostatecznie to jego plan i będzie wszystko po jego myśli. Tryshot zwołał pozostałą piątkę i przekazał im instrukcje.
- Nie mogę tego zrobić… - zaszlochała Ewa.
- Jeżeli tego nie zrobimy, wszyscy zginiemy. – odpowiedział ze spokojem Tryshot.
Zamknął oczy i napiął strzałę, pozostała piątka położyła ręce na jego plecach. Wokół Tryshota pojawiła się złoto-srebrna aura, wyglądało to jakby jego ciało płonęło wewnątrz a na zewnątrz wydostawał się jedynie dym, zupełnie jak z podpalonego snopka słomy, gdzie dymu jest więcej niż ognia. W końcu grot strzały pokrył się tym samym blaskiem, a cięciwa napięta była do granic możliwości.
- Wybacz Drax, inaczej nie potrafię odpokutować swoich win. – mruknął pod nosem.
Ewa uroniła łzę, miała już zabrać swoją rękę, gdy jej wzrok spotkał się ze wzrokiem Neurona, który po raz pierwszy wyglądał śmiertelnie poważnie. Dodało jej to odwagi i nie przerwała przekazywać swojej many Tryshotowi.
- I ja, wyrzekłem się życia! To jest mojej życzenie śmierci! – zawołał Tryshot.
Zza zachodniego rogu wyskoczył Ascaron wraz ze swoja drużyną i Melfice’em. Rzucili się w wir walki natychmiast zabijając kilku przeklętych. Melfice podniósł swój styl walki do rangi sztuki. Wyglądał jak baletnica wirująca w tańcu jednak zakrzywione ostrza zastępowały mu kolorowe wstęgi. Drax wzmocnił swój Moonglow przy użyciu swojej magii i bez większego problemu przebijał się przez grube pancerze wrogów Ascaron współpracował z Aeonem, osłaniając się nawzajem kładli trupem kolejnych to przeciwników. Delana wybrała sobie jednak najbardziej wymagającego przeciwnika. Przywódca kawalerii zszedł z rumaka i uderzając halabardą trzymał rubinowooką na dystans. Łucznicy kontynuowali ostrzał z murów, jednak wycieńczeni walką nie mogli już tka skutecznie przebijać się przez pancerze wrogów. Zaklęte strzały stawały się coraz słabsze aż w końcu magię odstawili na bok. Shadowstep wywalczyła sobie trochę miejsca i od razu jej szansę na zadanie ciosu wzrosły. Mogła teraz manewrować i wykonywać uniki na większej przestrzeni, nie raz to zmniejszając swój dystans do oponenta. Dowódca jednak okazywał się nieugięty, a jego niesamowicie ludzki wygląd pozwolił się domyśleć dziewczynie, że pochodzi on z wysokiego kręgu piekła, czwartego, może nawet piątego. Generał dostrzegł moment, w którym Delana straciła równowagę i uderzył Halabardą z ukosu. Abyss wyleciał jej z rąk a ona sama upadła na ziemię. Nim zdążyła się otrząsnąć tuz przed jej oczami ukazało się ostrze Halabardy.
- Jestem Generał Matrach, jeden z dwóch generałów czwartego kręgu. Niech to imię towarzyszy ci w cierpieniach! – zawołał szyderczo i wziął zamach.
Brama cytadeli wtem się otwarła Tryshot wystrzelił pocisk, który pociągnął za sobą mieniący się kolorami warkocz. Szum, jaki temu towarzyszył przypominał wystrzał tysiąca balist jednocześnie. Strzała po wyleceniu przez bramę przypominała raczej olbrzymi grot, niżeli drobny pocisk wystrzelony z łuku. Smuga światła przebiła się przez legion nie zostawiając nikogo żywego na jej trasie. Jeden ze strażników, którzy otwierali bramę nie zdążył się cofnąć a poświata jedynie musnęła jego rękę rozszarpując ją na strzępy. Taki sam los spotkał wszystkie demony, które stanęły na drodze potężnemu zaklęciu. Delana słysząc szum otworzyła oczy, tuż przed nią znajdowała się wyrwa w ziemi, kiedy odwróciła wzrok dojrzała przedramię Matracha dzierżące halabardę w zaciśniętej pięści. Przerażona spojrzała na swoje nogi. Były na swoim miejscu, ale kilka centymetrów dalej i podobnie jak właściciel ręki mogłyby obrócić się w nicość. W sekundę po tym zdarzeniu rozległ się odgłos rogu a potępieni w popłochu rzucili się do ucieczki. Delana przerażona zebrała się z ziemi i przywołała Abyssa. Uciekającego legionu nikt nie gonił, nikt nie miał sił, aby ich gonić. Requiem odetchnęło z ulgą, jednak Arcymistrz wiedział, że to dopiero początek. Zdawał sobie sprawę, że był to test, którego Requiem nie zdało. Siedząc w zaciszu swojego gabinetu coraz mocniej pieścił rękojeść noża, który dostał od nekromanty. Przeczuwał, że niedługo będzie mu on bardziej potrzebny niż mogłoby mu się wydawać. Jeszcze tego samego wieczora, wielu ludzi z obsługi złożyło wypowiedzenia i odeszli z cytadeli. Nieliczni, którzy pozostali nie wychodzili z podziemi w obawie przed kolejnym atakiem. Do białego rana zajęło pozostałym przy życiu uprzątanie dziedzińca, natomiast raport dostarczony przez Ascarona nie dostarczył wielkiej radości Gustawowi, a przynajmniej nie oficjalnie. Ukradkiem, kiedy nikt nie patrzył, Gustaw zacierał ręce, radując się z przebiegu zdarzeń. Brak nekromanty oznaczał, że Gustaw zachował swoją siłę oraz stał się wolny. Nie wiedział jak potężnymi istotami są Gravenimage, nie potrafił sobie nawet tego wyobrazić, natomiast czuł, jakie już zmiany w nim zaszły. Czuł, że może stawić czoła nawet huonom z piątego kręgu piekieł.
Wieści o śmierci Tryshota rozbiegły się szybko, pochowano go zaraz za bramą cytadeli, tuz przy drodze. Epitafium brzmiało „Tu spoczywa Tryshot, człowiek wielkich czynów i ogromnych wyrzeczeń”. Złożono go w trumnie, w której przed kilkoma laty Gustaw dostał się do Requiem i obalił rządy Archona. W późniejszych latach ludzie będą dopatrywać się w jego śmierci i pochówku wielu symboli, ale teraz nad grobem stała jedynie Ewa odmawiająca modlitwy do Thanatosa.
- To nic nie da. – powiedział ze smutkiem Aeon podchodząc do dziewczyny.
- Może Thanatos mnie wysłucha, i jego dusza…
- Jego dusza nie istnieje – przerwał Ewie – Życzenie śmierci, to zaklęcie ostateczne, poświęca dusze jak i ciało użytkownika.
- Ale… - zaszlochała – Ale on przecież…
- To było życzenie śmierci. Nie wiem, czy ktokolwiek inny w Requiem, miałby jaja żeby je wyzwolić.
Aeon podszedł bliżej i przytulił Ewę.
- Tryshot, teraz będzie żył jedynie w naszej pamięci. – powiedział dotykając palcem jej czoła. – Żeby rzucić to zaklęcie, trzeba całym sercem zrezygnować z życia, szczerze przed sobą przyznać, że nie boi się całkowitej śmierci i zmienić swoją duszę w czystą energię.
- Skąd o tym wiedział? – spytała wtulając się w Aeona
- Nie wiem, ale odrzucił swoje życie, aby pozwolić nam żyć, dlatego musimy żyć dla niego.
Ewie na te słowa pociekły łzy. Po dłuższej chwili wspierając się na Aeonie wróciła do cytadeli. Następnego ranka wydarzyła się rzecz dość niezwykła, nad grobem Tryshota stało blisko trzysta osób. Wszyscy z nich ubrani byli jak bandyci. Mieli przy sobie broń, oraz kilkunastu tragarzy z jedzeniem i wodą. Strażnicy z murów bacznie obserwowali zlot rzezimieszków, ale nie reagowali, dopóki jeden z nich nie zbliżył się do bram.
- Ani kroku dalej! – zagroził strażnik.
- Przyszliśmy dokończyć coś, co zaczął Tryshot! – krzyknął mediator
- Co skurwysyny? Dobić nas? Ha! Spróbujcie tylko!
Wtem na brama się otworzyła a przed nią wyszedł Drax. Mężczyzna od razu rozpoznał twarz chłopaka.
- Przyszliśmy pomóc w walce.
- Nie macie pojęcia jak się walczy z demonami, prawda? – spytał młody.
- Nie, ale jest nas kupa, a kupy nikt nie ruszy!
- Wpuście ich! – zawołał z tyłu Ascaron – Nie mamy teraz czasu na selekcje, jeżeli coś odpierdolą, to ich zabijemy, proste!
Wtedy cała grupa, prawie trzystu bandytów, przekroczyła mury cytadeli. W Requiem na powrót zrobiło się tłoczno, a w sercach gwardzistów pojawiła się iskierka nadziei na wygranie tej wojny.
29: Wszystko na jedną kartę.
30: Gravenimage - twarzą w twarz
31: Epilog - Legenda niedopowiedziana
A teraz zapraszam do czytania jednego z ostatnich rozdziałów.
--------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Na wzgórzu, Drax przedstawił Melfice’a Aeonowi. Opowiedział o obietnicy, jaką sobie złożyli przed laty i zagwarantował, że jego umiejętności z pewnością okażą się przydatne. Na samym końcu dołączył do nich Ascaron, który po chwili także poznał przybysza.
- Gdybyś do nas dołączył, wszystko mogłoby wyglądać teraz inaczej. – stwierdził ze smutkiem.
- Jedna osoba nie robi różnicy. – odezwał się Drax w obronie brata. – Tak w ogóle co słychać na kontynencie? – spytał z zaciekawieniem.
- Wojna, braciszku, wojna.
- Jak to wojna?! – wykrzyknęli wszyscy chórem.
Wtedy Melfice usiadł na kamieniu i zaczął opowiadać, co widział. Pozostali także przycupnęli i słuchali z niedowierzaniem. Hammersmith opowiedział o rebelii, która wybuchła na północy Nemezii, oraz o dziewczynie władającej magią. Wspomniał też, że doszły go słuchy jakoby Requiem posiadało swoje oddziały na kontynencie, ale sama Lena, tak było na imię owej dziewczynie, zaprzeczyła jakoby należała do wspomnianego ugrupowania. Ascaronowi wyraźnie skwasił minę, kiedy uzmysłowił sobie, że Requiem wyszło z ukrycia. Melfice kontynuował opowieść o tym jak pomógł uciec władcy Nemezii z oblężonego zamku i jak został wcielony do straży cesarskiej. Wspomniał także o planie „Skybreaker”, który bez owej dziewczyny byłby niewykonalny. Ta wzmianka zaciekawiła Ascarona wyjątkowo, jednak Melice przyznał, że jedynie obiło mu się to o uszy i szczegóły dotyczące planu nie są mu znane.
- A więc nie wiesz nic więcej na temat Skybreakera?
- Nie – potrząsnął głową – wiem tyle, co wy w tej chwili, chodzi o przebudzenie jakiejś mitycznej bestii, ale gdy dowiedziałem się jak wygląda sytuacja na Azarath, zebrałem się tak szybko jak to było jedynie możliwe.
- Dlaczego nie zameldowałeś się w cytadeli? – spytał Aeon.
- Zameldowałem, ale na bramie jakiś baran kazał mi się wynosić, pewnie przez ten ubiór, słyszałem, że macie tutaj autonomię.
- I tak po postu odszedłeś? Kto jak to, ale nie ty! – roześmiała się Delana.
- Zmieniłem się jak widać- odrzekł spokojnie – Ale chyba nie bardziej niż siwy… - westchnął zerkając na Draxa.
Drax siedział z posępną minął już od dłuższej chwili i nie odzywał się ani słowem.
- Drax? – spytała Shadowstep
- Nie przerywaj mu. – odpowiedział Melice.
Wtedy Delana zauważyła ogromne skupienie na twarzy swojego przyjaciela. Ręka mocno uciskała kamień, na którym siedział, było jasne, że coś go zaniepokoiło. Podczas gdy inni rozmawiali Drax zdążył wyprowadzić zaklęcie globalnej percepcji na kilka kilometrów na północ od Requiem. W końcu uniósł wzrok. A jego usta zadrżały.
- Co się stało? – spytał Aeon.
- RUSZAMY! – zawołał i zerwał się z miejsca.
Pędził w stronę cytadeli jak oszalały, pozostali ledwo dotrzymywali mu kroku. Niebo robiło się już szare i najpóźniej za godzinę nastała by ciemność. Poza Draxem nikt nie wiedział, co się święci, ale każdy instynktownie podążał za nim. Taki zryw zwykle oznaczał, coś wielkiego. W połowie dogi do cytadeli dostrzegli armię przeklętych zmierzającą w kierunku fortecy. Bestie różnorakiej maści, jeźdźcy na piekielnych rumakach, których kopyta płonęły żywym ogniem, a z ich nozdrzy wydobywał się siarkowy odór. Rżenie ich było niczym miliony igieł wbijających się w czaszkę, przyszywających ją na wylot i drażniących mózg. Grzywy miały bujne i czarne jak smoła, miały one iście atletyczną budowę, a umięśnione nogi z prędkością wiatru niosły swoich jeźdźców z całym rynsztunkiem do przodu. Ciężki stalowy pancerz zahartowany w ogniach piątego kręgu piekieł chronił ich głowy. To samo tyczyło się samych jeźdźców. Masywne pancerze kawalerii wydawały się niewrażliwe na wszelką broń, a już na pewno na cesarski oręż. Jedną ręką trzymali uprząż w drugiej zaś, włócznię bądź halabardę długą na około dwa metry. Sama broń także wydawała się być masywna i zdolna do przebicia się przez najgrubszy pancerz. Za nimi w powozach siedzieli siepacze. Uzbrojeni nieco lżej od piekielnej kawalerii, ale znacznie bardziej mobilni w walce. Wyznawali oni zasadę, że najlepszą obroną jest atak, to też uzbrojenie w postaci tarczy było im zupełnie obce. Zamiast tego posiadali dwuręczne miecze, topory czy maczugi, wszystko wedle własnego uznania. Z powietrza nadciągały skrzydlate biesy, praktycznie pozbawione uzbrojenia. Jedynym jego elementem były harpuny, bądź wszelkiej maści haki, sierpy czy inne ostre przedmioty przytwierdzone do łańcucha. Przeklęci najwidoczniej wzięli sobie do serca porażkę, która odnieśli pod Ghald i zrezygnowali z używania broni, w których nie mieli większej wprawy. Widząc machinę zagłady pędząca na cytadele wszyscy jeszcze bardziej przyspieszyli kroku. Dystans, jaki mieli do pokonania był jednak zbyt wielki, aby zdążyć na czas. Nim dobiegli do bram walka rozgorzała już na dobre. Latające stwory ciskały z powietrza swoimi ostrzami próbując ranić każdego, kto znajdował się w zasięgu. Przewaga przeklętych była przytłaczająca, na jednego obrońcę przypadała przynajmniej dziesięciu potępionych, przy czym dla większości obrońców była to pierwsza bitwa w ich życiu. Poza oddziałami z doświadczeniem, oraz zabójcami, grupa złożona przez Draxa i pozostałych radziła sobie w miarę dobrze. Nie byli oni może wojownikami najwyższych lotów, ale doskonała współpraca i zaufanie do siebie owocowało. Wiecznie awanturujący się Neuron, pokazał, że potrafi nie tylko gadać, ale i zabić. O stylu walki nie dało się tu jednak mówić, o ile Tryshot wykazywał się tu dyscypliną i pomysłem, o tyle sam Barney atakował w losowe miejsca. Robił to jednak tak nieustannie i w takim tempie, że prędzej czy później trafiał we wrażliwe, bądź odsłonięte miejsce. Każde takie trafienie owocowało rozbiciem systemu obronnego przeciwnika i kolejne ciosy niosły już ze sobą śmierć. Szybkość, z jaką poruszał się Barney, była także zdumiewająca. Przypatrując się mu, Tryshot zrozumiał, na czym polega magia Barneya. Jego możliwości rosły, poprzez wspomaganie organizmu maną. Działało to niczym środek pobudzający. Sam Tryshot okazywał się zarówno dobrym strzelcem jak i walczącym w ręcz. Na przemian dobywał to łuku to miecza sygnowanego nazwiskiem Hammersmith. Wkrótce najmniej liczna grupa latających demonów zaczęła się wycofywać, gdyż zostali zdziesiątkowani przez podopiecznych Zheroo. Brama twierdzy została poważnie naruszona, aby uniknąć dalszych zniszczeń. Hayscent postanowił uciec się do podstępu. Nakazał otworzyć bramę a łucznikom ustawić się na dziedzińcu. W momencie, kiedy brama zostanie otwarta mieli oni wystrzelać wszystkich, którzy znajdą się w przejściu. Doskonałości planu nie dostrzegł jednak Zheroo.
- Nie mamy na tylu ludzi! – zawołał.
- Masz lepszy pomysł? Jeśli padnie brama padnie całe Requiem! – wykłócał się Hayscent.
- Starczy! – zawołał Tryshot. – Trochę udoskonalimy ten plan. Dajcie mi chwilę czasu, na mój znak brama idzie do góry. A łucznicy niech wracają na mury! – rozkazał pewny siebie.
Hayscenta wyraźnie rozdrażniło takie zachowanie. W końcu to on, Sulfurus, Ascaron, oraz pozostali zabójcy byli tymi, którzy mieli faktyczne prawo głosu. Za to w tka krytycznej chwili, dowodzenie przejmuje człowiek, który nie tak dawno przekroczył mury. Pocieszył się jednak ty, że ostatecznie to jego plan i będzie wszystko po jego myśli. Tryshot zwołał pozostałą piątkę i przekazał im instrukcje.
- Nie mogę tego zrobić… - zaszlochała Ewa.
- Jeżeli tego nie zrobimy, wszyscy zginiemy. – odpowiedział ze spokojem Tryshot.
Zamknął oczy i napiął strzałę, pozostała piątka położyła ręce na jego plecach. Wokół Tryshota pojawiła się złoto-srebrna aura, wyglądało to jakby jego ciało płonęło wewnątrz a na zewnątrz wydostawał się jedynie dym, zupełnie jak z podpalonego snopka słomy, gdzie dymu jest więcej niż ognia. W końcu grot strzały pokrył się tym samym blaskiem, a cięciwa napięta była do granic możliwości.
- Wybacz Drax, inaczej nie potrafię odpokutować swoich win. – mruknął pod nosem.
Ewa uroniła łzę, miała już zabrać swoją rękę, gdy jej wzrok spotkał się ze wzrokiem Neurona, który po raz pierwszy wyglądał śmiertelnie poważnie. Dodało jej to odwagi i nie przerwała przekazywać swojej many Tryshotowi.
- I ja, wyrzekłem się życia! To jest mojej życzenie śmierci! – zawołał Tryshot.
Zza zachodniego rogu wyskoczył Ascaron wraz ze swoja drużyną i Melfice’em. Rzucili się w wir walki natychmiast zabijając kilku przeklętych. Melfice podniósł swój styl walki do rangi sztuki. Wyglądał jak baletnica wirująca w tańcu jednak zakrzywione ostrza zastępowały mu kolorowe wstęgi. Drax wzmocnił swój Moonglow przy użyciu swojej magii i bez większego problemu przebijał się przez grube pancerze wrogów Ascaron współpracował z Aeonem, osłaniając się nawzajem kładli trupem kolejnych to przeciwników. Delana wybrała sobie jednak najbardziej wymagającego przeciwnika. Przywódca kawalerii zszedł z rumaka i uderzając halabardą trzymał rubinowooką na dystans. Łucznicy kontynuowali ostrzał z murów, jednak wycieńczeni walką nie mogli już tka skutecznie przebijać się przez pancerze wrogów. Zaklęte strzały stawały się coraz słabsze aż w końcu magię odstawili na bok. Shadowstep wywalczyła sobie trochę miejsca i od razu jej szansę na zadanie ciosu wzrosły. Mogła teraz manewrować i wykonywać uniki na większej przestrzeni, nie raz to zmniejszając swój dystans do oponenta. Dowódca jednak okazywał się nieugięty, a jego niesamowicie ludzki wygląd pozwolił się domyśleć dziewczynie, że pochodzi on z wysokiego kręgu piekła, czwartego, może nawet piątego. Generał dostrzegł moment, w którym Delana straciła równowagę i uderzył Halabardą z ukosu. Abyss wyleciał jej z rąk a ona sama upadła na ziemię. Nim zdążyła się otrząsnąć tuz przed jej oczami ukazało się ostrze Halabardy.
- Jestem Generał Matrach, jeden z dwóch generałów czwartego kręgu. Niech to imię towarzyszy ci w cierpieniach! – zawołał szyderczo i wziął zamach.
Brama cytadeli wtem się otwarła Tryshot wystrzelił pocisk, który pociągnął za sobą mieniący się kolorami warkocz. Szum, jaki temu towarzyszył przypominał wystrzał tysiąca balist jednocześnie. Strzała po wyleceniu przez bramę przypominała raczej olbrzymi grot, niżeli drobny pocisk wystrzelony z łuku. Smuga światła przebiła się przez legion nie zostawiając nikogo żywego na jej trasie. Jeden ze strażników, którzy otwierali bramę nie zdążył się cofnąć a poświata jedynie musnęła jego rękę rozszarpując ją na strzępy. Taki sam los spotkał wszystkie demony, które stanęły na drodze potężnemu zaklęciu. Delana słysząc szum otworzyła oczy, tuż przed nią znajdowała się wyrwa w ziemi, kiedy odwróciła wzrok dojrzała przedramię Matracha dzierżące halabardę w zaciśniętej pięści. Przerażona spojrzała na swoje nogi. Były na swoim miejscu, ale kilka centymetrów dalej i podobnie jak właściciel ręki mogłyby obrócić się w nicość. W sekundę po tym zdarzeniu rozległ się odgłos rogu a potępieni w popłochu rzucili się do ucieczki. Delana przerażona zebrała się z ziemi i przywołała Abyssa. Uciekającego legionu nikt nie gonił, nikt nie miał sił, aby ich gonić. Requiem odetchnęło z ulgą, jednak Arcymistrz wiedział, że to dopiero początek. Zdawał sobie sprawę, że był to test, którego Requiem nie zdało. Siedząc w zaciszu swojego gabinetu coraz mocniej pieścił rękojeść noża, który dostał od nekromanty. Przeczuwał, że niedługo będzie mu on bardziej potrzebny niż mogłoby mu się wydawać. Jeszcze tego samego wieczora, wielu ludzi z obsługi złożyło wypowiedzenia i odeszli z cytadeli. Nieliczni, którzy pozostali nie wychodzili z podziemi w obawie przed kolejnym atakiem. Do białego rana zajęło pozostałym przy życiu uprzątanie dziedzińca, natomiast raport dostarczony przez Ascarona nie dostarczył wielkiej radości Gustawowi, a przynajmniej nie oficjalnie. Ukradkiem, kiedy nikt nie patrzył, Gustaw zacierał ręce, radując się z przebiegu zdarzeń. Brak nekromanty oznaczał, że Gustaw zachował swoją siłę oraz stał się wolny. Nie wiedział jak potężnymi istotami są Gravenimage, nie potrafił sobie nawet tego wyobrazić, natomiast czuł, jakie już zmiany w nim zaszły. Czuł, że może stawić czoła nawet huonom z piątego kręgu piekieł.
Wieści o śmierci Tryshota rozbiegły się szybko, pochowano go zaraz za bramą cytadeli, tuz przy drodze. Epitafium brzmiało „Tu spoczywa Tryshot, człowiek wielkich czynów i ogromnych wyrzeczeń”. Złożono go w trumnie, w której przed kilkoma laty Gustaw dostał się do Requiem i obalił rządy Archona. W późniejszych latach ludzie będą dopatrywać się w jego śmierci i pochówku wielu symboli, ale teraz nad grobem stała jedynie Ewa odmawiająca modlitwy do Thanatosa.
- To nic nie da. – powiedział ze smutkiem Aeon podchodząc do dziewczyny.
- Może Thanatos mnie wysłucha, i jego dusza…
- Jego dusza nie istnieje – przerwał Ewie – Życzenie śmierci, to zaklęcie ostateczne, poświęca dusze jak i ciało użytkownika.
- Ale… - zaszlochała – Ale on przecież…
- To było życzenie śmierci. Nie wiem, czy ktokolwiek inny w Requiem, miałby jaja żeby je wyzwolić.
Aeon podszedł bliżej i przytulił Ewę.
- Tryshot, teraz będzie żył jedynie w naszej pamięci. – powiedział dotykając palcem jej czoła. – Żeby rzucić to zaklęcie, trzeba całym sercem zrezygnować z życia, szczerze przed sobą przyznać, że nie boi się całkowitej śmierci i zmienić swoją duszę w czystą energię.
- Skąd o tym wiedział? – spytała wtulając się w Aeona
- Nie wiem, ale odrzucił swoje życie, aby pozwolić nam żyć, dlatego musimy żyć dla niego.
Ewie na te słowa pociekły łzy. Po dłuższej chwili wspierając się na Aeonie wróciła do cytadeli. Następnego ranka wydarzyła się rzecz dość niezwykła, nad grobem Tryshota stało blisko trzysta osób. Wszyscy z nich ubrani byli jak bandyci. Mieli przy sobie broń, oraz kilkunastu tragarzy z jedzeniem i wodą. Strażnicy z murów bacznie obserwowali zlot rzezimieszków, ale nie reagowali, dopóki jeden z nich nie zbliżył się do bram.
- Ani kroku dalej! – zagroził strażnik.
- Przyszliśmy dokończyć coś, co zaczął Tryshot! – krzyknął mediator
- Co skurwysyny? Dobić nas? Ha! Spróbujcie tylko!
Wtem na brama się otworzyła a przed nią wyszedł Drax. Mężczyzna od razu rozpoznał twarz chłopaka.
- Przyszliśmy pomóc w walce.
- Nie macie pojęcia jak się walczy z demonami, prawda? – spytał młody.
- Nie, ale jest nas kupa, a kupy nikt nie ruszy!
- Wpuście ich! – zawołał z tyłu Ascaron – Nie mamy teraz czasu na selekcje, jeżeli coś odpierdolą, to ich zabijemy, proste!
Wtedy cała grupa, prawie trzystu bandytów, przekroczyła mury cytadeli. W Requiem na powrót zrobiło się tłoczno, a w sercach gwardzistów pojawiła się iskierka nadziei na wygranie tej wojny.
środa, 4 stycznia 2012
Rozdział 27: Człowiek Cesarza
Bramy cytadeli zamknęły się dla podróżnych. Żadna karawana nie została wpuszczona do środka w obawie przed uderzeniem w fortecę od środka. Szóstka wybrana przez gwardzistów nie spuszczała z siebie oka chociażby na krok. Relacje między nimi zaczęły się zacieśniać, nawet między Tryshotem a Neuronem, którzy początkowo nie przepadali za sobą. Młoda Burston początkowo przerażona osobą Tryshota, pohamowała swoje uprzedzenia, gdyż okazał się człowiekiem, który z uśmiechem na ustach nie tylko morduje, ale i włącza się w rozmowy na różne, nie konieczne ważne czy też sensowne tematy. Jeszcze tego samego dnia odkryła, paskudnie wyglądającą bliznę na jego plecach, kiedy przebierał koszulę.
- Co to? Nie wygląda najlepiej. – zainteresowała się dziewczyna.
- Wybacz, że my bandyci nie jesteśmy piękni jak poniektórzy eleganci.
- Boli?
Tryshot spojrzał w niebo.
- Boli… za każdym razem jak o tym pomyślę.
- Opowiesz mi o tym? – spytała zaciekawiona.
- dużo pytań zadajesz, ale w zasadzie Neuron jest nieosiągalny, Luiz gapi się na ściany od kilku godzin, Van’dal i Silverfield pracują nad swoją znajomością magii. A ja bym do kogoś mordę otworzył.
Ewa usiadła obok i kątem oka zerknęła na Tryshota, a na jej twarzy pojawiły się lekkie rumieńce.
- To było dawno, jakieś piętnaście może dwadzieścia lat temu, w każdym razie byłem jeszcze dzieciakiem. – Zaczął – Mieszkałem nieopodal Lethe, wioska zwała się Helar, do Lethe było może godzina drogi na piechtę. Wtedy do Lethe przybił statek z całym oddziałem cesarskich. Starzy mówili, że cesarscy mają zmienić stacjonujących od kilku miesięcy ludzi w Ghald, jednak jak się okazało poza zmianą warty mieli też dopaść jednego człowieka, nazywał się chyba Eratiel… Już dobrze nie pamiętam, w każdym razie z tego, co mówili nam cesarscy, był poszukiwany za próbę morderstwa jakiegoś wysokiego urzędnika Nemezjańskiego. Nikt jednak nie chciał wydać Eratiela.
- Dlaczego? – przerwała Ewa.
- Nikomu na Azarath nie zawinił, a wręcz przeciwnie, był bardzo pomocny w wiosce. Nie wiem ile było w tym, co mówili strażnicy, prawdy, ale człowiek był naprawdę pomocny. Cesarscy uznali to, jako konspirację i na mocy jakiegoś, chuj wie, komu znanego, paragrafu rozpoczęli czystki, wioskę zrównano z ziemią. Ludność wymordowano niemalże całkowicie, a mi się został taki oto prezent. Miałem tyle szczęścia, że jeden ze strażników trafił mnie jedynie końcówka miecza. Wydawało mu się pewnie, że dobrze trafił i już się nie podniosę, ale jak widać się grubo mylił.
Burston spuściła głowę i rzekła ze smutkiem.
- Jest tutaj jeszcze, ktoś, kto nie stosuje przemocy do osiągnięcia celów?
Tryshot pogładził młodą dziewczynę po głowie.
- Tylko martwi, młoda, tylko martwi. – odrzekł
Nie wiedział jednak jak bardzo może się w tej kwestii mylić, bowiem droga do Blackrose dobiegała ku końcowi, za wzniesieniem minęli chatę Burstonów i weszli w leśną dróżkę prowadzącą przez strome zbocze w głąb głuszy. Cała czwórka w końcu dotarła do granicy wioski. Przy błotnistej drodze stał znak z jakimś napisem, prawdopodobnie swego czasu mówił on „Blackrose” teraz jednak nie było możliwości, aby go odczytać. Przegnity i stęchły drzeworyt był zaledwie preludium tego, co drużyna Ascarona miała zastać wewnątrz wioski. Z każdym kolejnym krokiem nasilał się zapach stęchlizny, można by rzec, że cała okolica cuchnęła śmiercią. Gdy tylko wyszli zza drzew ich oczom ukazał się obraz spalonej doszczętnie wioski, zwęglone drewniane chatki, zburzone kamienne ściany. Draxowi na myśl od razu przyszło Peacebloom. Jedyna różnicą był brak wyrwy w ziemi w centrum wioski oraz smród gnijących zwłok, którego nie zdarzył poczuć w swej rodzinnej wiosce. Ascaron dał znak, aby wszyscy stanęli, a sam zrobił kilka kroków w przód dokładnie badając wzrokiem cała zniszczoną okolicę. Z każdym krokiem czuł coraz większy niepokój, którego nie potrafił uzasadnić, coś po prostu dręczyło jego umysł. W pewnym momencie poczuł jakoby na coś nadepnął, ostrożnie uniósł nogę i zobaczył pluszowego misia, całego we krwi. Tuz obok niego leżała malutka dłoń dziecka, chcąc oderwać wzrok od tego makabrycznego widoku spojrzał w drugą stronę. Nie znalazł tam także ukojenia dla oczu, bowiem spostrzegł chłopa przybitego do drzewa widłami. Szpikulce wideł przechodziły przez oczodoły, wychodziły tyłem głowy wywlekając na wierzch kawałki czaszki oraz mózgu. W otwartych ustach schronienie znalazły sobie różnego rodzaju robaki i pasożyty. Poniżej głowy nie było lepiej, gardło jego rozdarte było niemalże na całej długości, a struny głosowe wywleczone na wierzch. W miejscu serca widniała dziura, nie dawała światła na, zewnątrz ale serca na miejscu nie było, a poszarpane tętnice i żyły kołysały się bezładnie, to samo tyczyło się jelit, które pozbawione punktu zaczepnego „dyndały” przy pierwszym lepszym podmuchu wiatru. Tuz pod nogami rozszarpanego ciała gniły powoli genitalia ofiary, a skóra zdarta z pleców, niczym długa peleryna króla, słaniała się po ziemi. Drzewa stojące na terenie całej wioski wydawały się być całkowicie pozbawione życia, ostatnie poczerniałe liście leniwie opadały z gałęzi na ziemię. Wiatr nucił smętną melodie przelatując miedzy ruinami domów a smród, jaki mu towarzyszył stawał się coraz dotkliwszy dla nozdrzy. Aeon w pewnym momencie nie wytrzymał i kichnął w dłonie, w swoich mazistych glutach dostrzegł obecność krwi.
- Nie jest dobrze Ascaronie, jak zostaniemy tu dłużej może to się skończyć czymś więcej jak tylko krwawymi glutami. – zawołał.
Ascaron tylko uniósł lewą rękę dając znać, ze rozumie, ale jednocześnie nakazał pozostać cicho. Wyraźnie próbował cos usłyszeć, brak jakiegokolwiek znaku życia dawał się jednak w kość nie tylko Ascaronowi. Pozostała trójka także nerwowo się rozglądała i nasłuchiwała. Ze skupienia wytrącił ich hałas zawalającej się sterty drewna, wszyscy spojrzeli na stojącą tuz przy nich ruderę. Spośród zwałów drewna wystawała ludzka ręka, Ascaron bez zastanowienia podszedł i z nadzieją, że pozostał tu ktoś żywy zabrał się za odgarnianie zawalonych desek. Palce u ręki poruszyły się raz i drugi, Steelstrike nie mógł uwierzyć w to, co widzi, że pośród tej całej masakry odnalazł kogoś żywego. Nim jednak przekopał się do ciała tuz obok jego twarzy świsnął błyszczący kawałek stali a trzask, jaki doleciał spod sterty drewna przypominał pękającą czaszkę.
- Coś ty kurwa zrobił! – wrzasnął na Draxa.
- To nie był człowiek, przynajmniej nie żywy. – odpowiedział spokojnie Drax
- Jak to nieżywy?! Widziałeś przecież, ze palce się poruszyły!
- Globalna percepcja pozwala mi wykrywać zaburzenia energii wokół mnie, demony, Requiem, ludzie, zwierzęta… każde z nich wywołuje charakterystyczne zaburzenie energii.
- Więc pomyślałeś, że to tylko człowiek i go zabiłeś? – spytał ironicznie.
- Lepiej, to coś nie wytwarzało, żadnego typu zaburzenia.
- Ożywieńcy! – wrzasnęła Delana
Drax wraz z Ascaronem zwrócili swój wzrok na towarzyszkę broni.
- Nie byłeś w stanie wyczuć żadnego zaburzenia, ponieważ ożywieńcy nie posiadają duszy, ani nie emitują żadnego rodzaju energii, to po prostu zwłoki, które potrafią chodzić i zabijać.
Okrzyk wydany przez Delanę zwrócił na cała czwórkę uwagę martwiaków, wychodzili oni ze wszystkich stron, spod gruzów, z piwnic, krzaków, pokazywali się na resztkach dachów, gdy na jeden z nich wyszło ich za wielu dach runą z impetem na ziemię, ale umarli nie mieli zamiaru leżakować i natychmiast stanęli na równe nogi. Gałęzie drzew zaczęły skrzypieć niemiłosiernie.
- Nawet tam się wdrapały skurczybyki… -syknął Aeon spoglądając na jedno z drzew, które znajdowało się w pobliżu.
Pewne było natomiast, że twórca tych kukiełek nie przebierał w pomysłach, jedni całkowicie pozbawieni byli masy mięśniowej, byli tym, co ludzie zwykli nazywać szkieletami. Inni przemieszczali się na czworaka niczym drapieżny kot, który podkrada się do swojej ofiary, ich ciała były nienaturalnie wygięte. Kręgosłup, jeżeli w ogóle go miały, był wygięty do granic możliwości nogi rozstawione szeroko, ręce zakończone szponami i żeby niczym kły wampira. Kolejnym dziwolągiem byli, ożywieńcy których jedna ręka była zlepkiem z kilku ciał a w miejscu dłoni znajdowała się druga głowa, która „żyła własnym życiem”. Znaleźli się tam też standardowi zombie z rozpłatanymi czaszkami, którzy ciągle wietrzyli swój mózg, lub to, co z niego pozostało, niektórym brakowało kończyn bądź innych kawałków ciała. W martwym szeregu stały także osobniki pozbawione żuchwy o nienaturalnie długim zwisającym języku, który sięgał im niemal do pasa. Na ich językach dało się zauważyć małe otwory zakończone czymś na miarę mikroskopijnych zębów, po krótszej dedukcji można było się domyślić, że oplatają językiem ofiarę, po czym malutkie szczeki odgryzają kawałki jej ciała. Na myśl o tym ciarki przeszły wszystkim po plecach. Patrząc na te i dziesiątki innych wskrzeszonych monstrum nie kryli obrzydzenia. W pewnym momencie Drax poczuł, ze jego miecz podnosi się do góry, odwrócił wzrok od kampanii powitalnej i zobaczył jak umarlak, któremu przebił łeb podnosi się z ziemi. Zareagował intuicyjnie i szybkim wymachem cisnął umarlaka o ścianę wyciągając z jego głowy kawałki przegnitego organu. Jego czaszka otwarła się i w wyniku uderzenia o ścianę reszta mózgu wyleciała ze swojego miejsca. W tym momencie wszystkie mity poszły w diabli, gdyż umarlak wstał ponownie. Pozostała trójka dobyła oręża, wiedzieli, że pomimo ociężałości trupów nie będą należeć do najłatwiejszego przeciwnika. Aeon rozejrzał się dookoła i ze smutkiem stwierdził, że zostali otoczeni, bez lepszego pomysłu na obronę wszyscy ustawili się plecami do siebie, mogli w ten sposób odeprzeć ataki nadchodzące ze wszystkich kierunków. Szybko się okazało, że te ociężałe i powolne zwłoki to także kolejny mit, który został właśnie obalony. Niczym dziki tabun umrzyki rzuciły się w stronę gwardzistów. Odcinanie głów i rąk nie zdawało się na wiele gdyż odcięta cześć ciała nagle „ozywała” i łączyła się na powrót z tułowiem. Taniec śmierci nabierał z czasem tempa i strategia, która obrali na początku stawała się coraz mniej skuteczna. Szczególnie, ze zostali zepchnięci pod jeden z uschniętych dębów, z którego gałęzi grupa martwiaków zeskakiwała zmuszając gwardzistów do obrony z powietrza. Zaczęli oni, więc manewrować, podczas gdy jeden opuszczał gardę drugi brał na siebie jego przeciwników, sytuacja nie poprawiała się ani o trochę, ale nie stawała się także gorsza. Kiedy jeden z ożywieńców skakał z drzewa nadziewał się na miecz Ascarona wtedy to Drax zasłaniał odsłonięte plecy swojego przełożonego i uderzając bokiem miecza posyłał chodzące zwłoki w powietrze. Miejsce Draxa zajmował wtedy Aeon, na którego z kolei miejsce wskakiwała Delana, wtedy Ascaron wybiegał w powstałą lukę po Delanie i kontynuowali swój taniec, małymi kroczkami przesuwając się spod drzewa na otwarty teren. Wszystko szło zgodnie z planem, gdy nagle Drax musiał odeprzeć atak jednego z tych ożywieńców, którzy mieli wielkie łapska zakończone głowami. Paskudna morda wbiła się zębami w Moonglow i nie chciała puścić. Szamotanina zajęła Draxowi chwilę w efekcie, czego znów zostali zepchnięci pod drzewo. W końcu szarpnął z całych sił i rozciął rękę umarlaka aż po łokieć, z błyskiem w oczach ustawił ostrze poziomo i wycelował nim w brzuch zlepieńca, jak go później nazwał. Z impetem wbił się w cielsko i prawą dłoń położył na zwieńczeniu rękojeści.
- Uwolnienie – szepnął.
W mgnieniu oka rozległ się trzask kości i zgrzyt mięśni rozrywanych pod ogromnym naporem powietrza. Krew oraz kwasy żołądkowe ściekały po jego ostrzu, a ku jego zadowoleniu zlepieniec nie był w stanie się poskładać. Jednak zabicie w ten sposób, co najmniej setki martwiaków nie wchodziło w grę, przynajmniej nie pozwalały mu na to jego możliwości. Co więcej Delana wykazała się wysokim brakiem rozwagi i spojrzała w stronę Draxa, a gdy się odwróciła zauważyła przed swoimi oczyma szczękę jednego z umarlaków.
Sam jej właściciel siedział na jednej z gałęzi a szczęka była przymocowana do rozciągniętych, niczym język gada, mięśni. Nie drgnęła jednak ani centymetra dalej, gdyż zachowując trzeźwość umysłu Aeon w ostatniej chwili przebił ją swoim mieczem. Szybkim ruchem rozpłatał szczękę na dwie części, jednak nie zdołał jej oddzielić od mięśnia, gdyż truposz zadbał, aby jak najszybciej jego „buźka” wróciła na miejsce. Ascarona także nikt nie miał zamiaru oszczędzać, dobrze nie odepchnął jednego umrzyka a już następny gotował się by zadać mu śmiertelny cios. Jeden z zombie wyprowadził w jego stronę cięcie, które mogłoby pozbawić go kawałka czaszki, Ascaron jednak uskoczył niczym dziki kot i wyprowadził kontratak. Niestety noga poślizgnęła mu się na zatopionym w krwi płucu leżącym na ziemi i udało mu się trafić jedynie w ramię. Jakoby tego było mało jego broń zaklinowała się w ciele zombie, przez co musiał się chwilę poszarpać, aby ją wydobyć. W efekcie wyrwał w dość nieestetyczny sposób rękę martwiaka, po czym pozbawił go głowy atakując z obrotu i wziął na siebie kolejnego przeciwnika. Aeona zaintrygował fakt, że ręka nie połączyła się z ciałem, postanowił więc przeprowadzić eksperyment. Dopadł pierwszego lepszego umrzyka i podobnie jak Ascaron, rozszarpał mu kawałek ręki, efekt był taki sam ręka pozostała martwa.
- Mam! – zawołał
- O co chodzi?! – zapytał Drax
- Jeżeli rozszarpiesz im ciało nie będą mogli się z nim na nowo połączyć, czyste cięcia są tu nieskuteczne.
- Dajcie mi chwilę czasu a powtórzę to co po Ghald! – zawołał
Ale nie było możliwości, aby Drax uzyskał, chociaż chwilę spokoju. Pogrążeni w bitewnym tańcu musieli uważać, aby nie paść ofiarą któregoś z ożywieńców. Aeon gdzieś pomiędzy wszystkimi zwałami morderczego mięsa dostrzegł kaplicę, która jako jedyna pozostała niezrujnowana. Jednym krzyknięciem rozkazał wszystkim towarzyszom, aby udali się za nim. Całą czwórka pędziła na oślep, rozrzucając umarłych na boki jak szmaciane lalki. W koncu dopadli się drzwi kaplicy i wtargnęli do środka. Ascaron szybko rzucił zaklęcie na swój oręż by zwiększyć jego masę, a następnie zabarykadował nim drzwi.
- Co teraz? – spytał ocierając pot z czoła.
- Zostawcie to mi! – wtrąciła Delana.
- Duzo potrzebujesz czasu? – spytał zaniepokojony.
- Chwilę to zajmie. Ale kiedy dam sygnał otworzysz drzwi i i natychmiast schowasz się w tamtej wnęce. – odpowiedziałą wskazując wnękę znajdującą się tuz w bocznej ścianie. – Reszta niech się odsunie.
Pozostała trójka nie miała innego wyjścia jak tylko posłuchać się weteranki wojennej. Delana przyłożyła rękę do ziemi i w jednej chwili nakreśliła się na niej świetlista runa. Była w kształcie okręgu o promieniu jednego metra, z jego obręczy do środka w spiralnym kształcie zawijały się linie. Ich wspólnym punktem było drugie znacznie mniejsze, koło które wyznaczało środek runy, właśnie tam znajdowała się Delana. Wewnątrz małego koła powoli kształtował się pentagram, będący standardowym symbolem runicznej magii używanej przez demony.
- Ogniu dawco życia – rozpoczęła inkantację – ty, który dałeś początek ognistemu ptakowi, ty, który płoniesz w czeluściach i boskich posesjach. Mroczny dawco światła, który obracasz w popiół i przerażasz, użycz mi swej dwojakiej natury, ofiaruj mi życie i zaraz zabierz je tym, którzy się go wyrzekli.
Przez cały czas trwania inkantacji wszyscy obserwowali czarnowłosą w końcu krzyknęła i Drax wraz z Aeonem schowali się za jej plecami, natomiast Ascaron szarpnął za oręż i dobijający się martwu tłum wlał się do kaplicy niczym piwo z beczki do kufla. Delana znała tę runę bardzo dobrze, w królestwie piekielnym często praktykowała rożne metody jej użycia. Najefektywniejszą okazało się stopniowe podgrzewanie powietrza na zewnątrz kręgu i podpalenie go w centralnej jego części, dzięki podziałowi tego zaklęcia na dwu fazowe mogła zaoszczędzić znaczną ilość many zawartej w runie, przez co mogła zwiększyć obszar działania zaklęcia oraz temperaturę ognia. W przypadku podpalenia całego kręgu i użycia dłuższej fali ognia znaczna ilość many zostawała zużyta przy aktywacji runy, a powietrze traciło na szybkości przez, co w efekcie redukowało zasięg ognia. W końcu runa została uaktywniona. W centralnej jej części zebrała się wirująca kula ognia a gdy Delana unosiła ją do góry, to ogniste języki niczym łańcuchy chcące przytrzymać skazańca na ziemi, naprężały się i trzeszczały. Zaklęcie osiągnęło swoje apogeum, kiedy kula ognia znalazła się nad głową, wtedy to delana cisnęła nią w stronę szarżującej armii umarłych. Ognisty pocisk nabierając prędkości spowijał coraz to większa ilośc powietrza ogniem powiększając swe rozmiary i ciągnąc za sobą warkocz płonący warkocz. Zaklęcie wchłonęło martwe ciała z łatwością, a gdy tylko pocisk przemknął w pobliżu kryjówki Ascarona, ten poczuł bijący od niego żar. Umarłe ciała zmieniły się w jeszcze bardziej martwy popiół. Delana klęczała podpierając się na obu rękach, jej oddech był ciężki, a pot spływał strumieniami po twarzy. Drax kucną przy niej i poklepał po ramieniu.
- Znów ratujesz nam tyłek – powiedział radośnie.
Delana tylko spojrzała na niego z uśmiechem łapiąc kolejny oddech.
- To było coś, dziewczyno. – komplementował ją przełożony.
- Nie widziałeś jeszcze połowy. – odpowiedziała sapiąc.
- Teraz proponuje się rozdzielić i poszukać nekromanty, nie wydaje mi się, żeby ktoś inny stał za takim powitaniem. – zarządził Ascaron.
- Tylko pamiętajcie, że nici tu z mojej globalnej percepcji, nie ostrzegę was przed umrzykami.
- To ja skocze rozejrzeć się po okolicy, stwierdził Aeon i wyszedł z kaplicy stroną gdzie stały jeszcze przed chwilą drzwi.
- Zostań w pobliżu Delany, może coś się jeszcze czaić w ciemnościach. – stwierdził Ascaron i także opuścił kaplicę.
- Będę tuz za rogiem. – Szepnął Drax do Delany i wyszedł z kaplicy.
Kiedy stał za ścianą wyraźnie poczuł obecność drugiej osoby w kaplicy. Postanowił jednak poczekać na rozwój wydarzeń. Delana powoli dochodziła do siebie. Kiedy wstała na równe nogi rozejrzała się dookoła. Jej rubinowe oko dostrzegło kawałek Moonglow wystający zza osmolonej ściany. Nie dostrzegło tego jednak oko drugiej osoby, która niczym duch zbliżyła się do dziewczyny.
- Jesteś idealna. – szepnął jej głos do ucha.
Delana natychmiast się odwróciła, ale nie miała na tyle sił, aby dobyć Abyssa. Mogła liczyć tylko i wyłącznie na Draxa.
- Kim jesteś? - spytała.
- Jestem tylko skromnym nekromantom.
Słysząc te słowa Drax zacisnął dłoń na rękojeści. Podekscytowany mocą Delany mag, jednak nie zauważył jego obecności.
- Idealna do czego? - spytała czując, że Draxowi zależy na informacjach.
- Aby stać się drugim Gravenimage, drugim stworzonym przez człowieka.
- Gravenimage?! Żartujesz sobie!
- Jeden już jest wiernie służący, w zamian za to, mogę uratować Requiem.
Delana zamarła.
- To chyba niewielka zapłata za uratowanie ludzkości nie prawdaż?
- Jak to Gravenimage…? – wykrztusiła z nieodwierzaniem.
- Znam wiele pieczęci Nemezisa. Mogę tworzyć Gravenimage, mogę tworzyć bramy. Chociaż do tego pierwszego, potrzeba mi odpowiedniej osoby.
- Odpowiedniej osoby?
- Będę szczery, piewszy Gravenimage nie jest doskonały, ale tobie brakuje jedynie umarłej części, jesteś naturalnie pół demonem, pół człowiekiem. Uwierz mi, Gravenimage to nie wielka cena za miliony istnień, poza tym staniesz się potężniejsza niż jesteś teraz.
Pragnienie mocy od zawsze było zagnieżdżone gdzieś głęboko w duszy Delany, raz już stała się demonem, aby zyskać siłę, a teraz obiecano jej jeszcze większą moc. Nekromanta wydawał się być dobrze poinformowany o ukrytych rządzach dziewczyny. Jego słowa wydawały się właśnie te rządze obudzić na nowo.
- Skoro to ma uratować ludzkość… - powiedziała niepewnie, ale przez jej głos przemawiała rządza władzy.
- Dość tego… - doleciał głos zza rogu.
Z obnażonym ostrzem wyskoczył zza niego Drax. Moonglow jaśniało jak podczas walki z Behemothem. Każdy kawałek ostrza pokrywało wirujące powietrze gotowe rozszarpać wszystko co stanie mu na drodze.
- Powstań! – zawołał nekromanta i w jednym momencie ściany pokryły się jasnymi runami, a z mroku wystrzelił niczym pocisk stwór pokryty kością. Zatrzymał on rękoma ostrze Moonglow i nawet wirujące powietrze nie zrobiło na nim wrażenia.
- Drax! Nie on uratuje Requiem ja powinnam…
- Nic nie powinnaś! – wykrzyknął Drax i wyzwalając energię z ostrza cisnął monstrum o ścianę.
Kościana bestia jednak szybko zebrała się na równe nogi i ponownie rzuciła się na Draxa. Chłopak zablokował uderzenie bokiem ostrza, ale i tak zachwiało ono nim w nogach. Truposz nie poprzestał na tym i kontynuował natarcie, zmuszając białowłosego do morderczego wysiłku. Być może to właśnie ta różnica stanowiła o przewadze stwora. O ile z każdym kolejnym unikiem i kontratakiem, które wydawały się nie odnosić żadnego skutku, młody Bloodpledge tracił siły o tyle opętana szałem istota nie wydawała się zwalniać tempa. W końcu Drax padł na ziemię i przy pomocy Moonglow oraz swoich nóg starał się odeprzeć dociskającego go do ziemi potwora.
- Starczy! – wykrzyknęła Delana i dosięgła w przypływie adrenaliny za broń.
Bez namysłu rzuciła się na potwora i jednym ciosem zrzuciła go z Draxa. Efekt uderzenia jednak był tak samo marny jak tych, które wyprowadził Drax. Kościste coś wstało i rzuciło się tym razem na Delanę, powaliło ją na ziemię i już miało wgryźć się w jej szyję…
- Skąd to masz! – warknął stwór.
- Co mam? – spytała przerażona dziewczyna.
- Nie udawaj głupiej to należało do Mayi!
- Wisiorek? Markus?!
- Gadaj co jej zrobiłaś!
- Ona kazała ci to przekazać…
Bestia puściła Delanę i zrywając jej z szyi wisiorek stanęła na równe nogi.
- Co robisz głupia istoto!? – zawołał nekromanta.
- Ty… - warknął zaciskając w swej szkieletowej pięści kawałek metalu. – Zabrałeś mnie jej!
Markus nie czekając ani chwili dłużej, rzucił się na swojego pana. Ten jednak jednym ruchem ręki, sprawił że truposz uniósł się w powietrze po czym uderzył w przeciwną ścianę.
- Głupcze, nie możesz podnieść ręki na swojego pana!
- Ale moim panem to ty nie jesteś… - szepnął mu do ucha Drax. I przystawił zimną stal Moonglow do gardła.
- Głupcze beze mnie nie zapieczętujecie bramy!
- Drax on ma rację! Musimy jakoś dojść do porozumienia!
Drax uśmiechnął się szyderczo pod nosem
- Według Mahhmeriona, nekromanta niema racji.
- Co! Mahhme… - urwał nekromanta
Poczuł wbijający się kawałek zimnej stali, ból rozrywającej się skóry i nacinanych ścięgien oraz mięśni. W końcu przeszywający ból rozcinanych kręgów kręgosłupa i chrzęst ocierających się o stal kości. Twarz nekromanty wygięła się w bólu, ale głos nie zdążył się wydobyć z jego ust. W końcu martwa głowa osunęła się z ramion i niczym szmaciana lalka padła na ziemię roztrzaskując twarz.
- Dziękuję wam… - wymruczał Markus patrząc w podłogę.
- Skoro jest ożywieńcem czemu się nie rozpadł? – spytał Drax.
Delana rozejrzała się po całym pomieszczeniu.
- Te znaki, to Runa Nemezisa. One mogą istnieć niezależnie od tego, kto je stworzył.
- A więc to jest siła Gravenimage?
- Że czego? Ja nie jestem Gravenimage. Zostałem wskrzeszony przy użyciu zaklęcia rangi boskiej.
- I nie ruszy się poza tą runę. – dodał Aeon wchodzący do pomieszczenia – Runy Nemezis to potężna broń, ale ograniczone są obszarowo. Żaden twór zrodzony w ten sposób nie może opuścić runy. A kiedy zostanie ona zmazana…
- Tak, chłopak ma rację, wraz ze zużyciem runy odchodzi jej twór. Mam prośbę, odeślijcie mnie do świata wiecznego spoczynku. Samo istnienie tutaj mnie boli.
- A nekromanta? – spytał Ascaron
- Nekromanta? On by się nam nie przydał, zaufaj mi… - odpowiedział Aeon. – Dobra, a teraz ktoś umie odsyłać?
Delana podeszła do ściany i dotknęła ręką świetlistych run.
- Sposób odsyłania jest identyczny dla każdej magii runicznej, jednak w przypadku Runy Nemezisa dezaktywacja jest możliwa jedynie poprzez tego, kto użył danej runy, bądź dopiero po śmierci czarodzieja.
- Proszę, panienko Delano, odeślij mnie.
Delana zamknęła oczy i wymamrotała pod nosem niezrozumiała formułkę. Runy raz jeszcze zajaśniały, po czym ich blask stopniowo zaczął słabnąc aż w końcu same runy zniknęły ze ściany. Truposz spojrzał w stronę dziewczyny.
- Powiedz, Mayi… że zawsze była kimś więcej… dla… mnie… - dokończył resztką sił po czym jego głowa bezwładnie zawisła na klatce piersiowej.
Do oczu Delany napłynęły po raz pierwszy łzy.
- Pora wracać, nic nie zdziałaliśmy. – burknął Ascaron.
Aeon spojrzał na Draxa, a ten odwzajemnił spojrzenie, przepełnione goryczą. Schował Moonglow i ruszył w stronę wyjścia. Zrujnowana wioska wkrótce zniknęła za ich plecami. Swąd martwych ciał wydawał się zniknąć razem z nekromantą. Jednak w ich duszach na długo pozostanie obraz tego, co tu zobaczyli. W końcu doświadczenia te ruszyły nawet osobę, która nie potrafiła uronić jeszcze tak nie dawno łzy. W końcu las się rozstąpił i odsłonił podejście na pagórek. Gdy tylko się na niego wdrapali ujrzeli postać uklepującą ziemię w ogródku.
- Znalazłem go martwego, pomyślałem, ze warto go pochować.
- Strażnik cesarski? Tutaj? – zdziwił się Aeon.
- Przecież to… - urwała Delana.
Chłopak odwrócił się w stronę drużyny Ascarona. Na twarzy Draxa natychmiast pojawił się radosny uśmiech i rzucił się przybyszowi w ramiona.
- Wiedziałem, że przyjdziesz, kiedy będziesz potrzebny!
- Mam nadzieję, że w requiem dobrze cię nauczyli walczyć. – westchnął obejmując Draxa – Delana, miło widzieć cię w dobrej formie.
- I ciebie też – odpowiedziała nie kryjąc radości z wizyty dawnego znajomego.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)