Regulamin Chatango

Postanowiłem pomóc znajomemu w promocji jego... "opowiadania parodyjnego" Głupie, bez sensu, nie klejące się kupy. Po prostu osiąga perfekcję podchodząc do niej od drugiej strony ;d
Oto link: Księga Szyby

Poza tym bonus, krotkie opowiadania, które napisałem w przerwie od ROSC.

Krótkie opowiadania: Taniec Nekromantów, Serce Diabła, Władca Chwil, Za ścianą śmiechu głupców
(update 14.12.2011)

piątek, 29 kwietnia 2011

Rozdział 18: Bez chwili wytchnienia (Koniec rozdziału)


Nie minęło kilka chwil a tętent kopyt rozległ się pośród domów i oddziały Requiem zniknęły tak nagle jak przybyły. Tymczasem do samego arcymistrza za pośrednictwem esperów dotarły raporty o inwazji. Gustaw był wyraźnie zaniepokojony faktem, że w Requiem działa jakaś wtyczka. Tym bardziej, że dane o siłach wysłanych do zbadania sprawy na północnym szlaku były niesamowicie precyzyjne. Był przekonany, że gdyby nie interwencja Ascarona Requiem straciło by strzelców oraz kontrolę nad szlakiem handlowym.
- Chciałbym, żebyście to zbadali. - mruknął pod nosem.
            Wydawałoby się, że mówi sam do siebie, ale podobnie jak Archonowi i jemu towarzyszył cień. W chwilę potem obecności drugiej osoby w kwaterze wodza nie dało się już wyczuć.
- Uruchomię wszystkie tajne siły, jeśli zajdzie taka potrzeba. - mruknął pod nosem.
            Nie oddał się jednak głębszym rozważaniom gdyż przerwano mu po raz kolejny. Do kwatery wszedł jeden z ludzi których wprowadził przed dwoma laty do Requiem.
- Słucham, o co chodzi?
- Esper Marcus odebrał właśnie wiadomość od zjednoczonych sił Steelstrike'a i Zheroo.
- Niech więc wejdzie.
            Zgodnie z rozkazem Arcymistrza każdy esper miał swojego strażnika, który monitorował jego ruchy całą dobę. Toteż wszystkie sprawy były załatwiane przez łączników esperów, chyba że sam Gustaw zarządził inaczej. Młody chłopak pojawił się w progu.
- Co to za wiadomość chłopcze? Mów ze szczegółami.
- Panie, mistrzowie Ascaron i Zheroo proszą o wysłanie dodatkowych sił do Ghald.
- Co do Ghald?! - wzburzył się Soulripper.
- Właśnie zmierzają w tamtym kierunku... - odpowiedział nieco przestraszony chłopak.
- Ghald... co im do cholery strzeliło do głowy, to niemal na krańcu Azarath.
- Mówią, że szykuje się wielka bitwa z przeklętymi i bez wsparcia z Requiem nie będą w stanie obronić się przed natarciem. - wtrącił strażnik.
            Arcymistrz złożył dłonie i oparł na nich głowę.
- Do Ghald jest co najmniej dwa dni drogi, jeśli wyślemy tam ludzi wystawimy Requiem na cios. Jeżeli okaże się że to dywersja, możliwe że nie będą mieli do czego wracać. - zauważył.
- Do starcia ma dojść mniej więcej za dwa dni. - odpowiedział.
- Jeszcze lepiej, chcą abym wysłał ludzi którzy prosto z trasy chwycą za miecz i pójdą się bić? - rozgniewał się arcymistrz.
- Przekazałem co miałem przekazać, pójdę już. - odrzekł strażnik i wyszedł zabierając ze sobą chłopca.
            Drzwi gabinetu zamknęły się, a wraz z nimi Arcymistrz zamknął się w swoich rozważaniach. Nie mógł jednak znaleźć rozwiązania tego problemu, wprawdzie Ascaron nigdy go nie zawiódł i był mu jak brat, ale posyłanie armii tak daleko na początku wojny także mu się nie uśmiechało. Liczyła się każda sekunda, a szukanie rozwiązania zajęło mu już dobre kilkadziesiąt minut. "Ghald...Ghald..." powtarzał sobie w myślach, gdy nagle go oświeciło. Natychmiast wybiegł ze swojej kwatery i udał się na mur gdzie urządzone miał swoje gniazdko nie kto inny jak Galahad. Znalazł go bez trudu siedzącego w swojej prywatnej warowni i obserwującego horyzont.
- Galahadzie, musimy porozmawiać.
- Słucham Panie - odpowiedział
- Ty i twoi ludzie, jak oceniacie siłę obronną tej fortecy?
- Mury z Astralu, a ja na nich. Nic się nie przedrze. - zapewnił Galahad.
- Powiedz mi, byłeś kiedyś w Ghald?
- Ghald... tak zdarzyło mi się. Właściwie to pochodzę z okolic leżących tuz przy pustyni, na której znajduje się Ghald, co w związku z tym?
- Otrzymałem raport od Ascarona, zmierzają właśnie do Ghald i potrzebują wsparcia.
            Galahad lekko się uśmiechnął ale umknęło to uwadze arcymistrza.
- Ghald ma mocne fortyfikacje, ale walka w tamtych warunkach klimatycznych jest dość męcząca. - odpowiedział. - Większość z nas nie walczyła w takim upale.
- Spytam więc wprost, ilu potrzeba ci ludzi  by być w stanie obronić cytadele przed ewentualnym najazdem potępionych?
- W tej chwili liczy się Ghald, jeśli padnie stracimy szkło a co za tym idzie znaczny dochód. Starczy mi około pięćdziesięciu ludzi aby utrzymać się do powrotu Ascarona.
            Zapewnienie Galahada nieco uspokoiło Arcymistrza, wrócił on do gabinetu i zarządził wymarsz wojsk niemal natychmiastowo. Jeszcze przed świtem stu czternastu strażników ruszyło w stronę pustynnego miasta. Wykorzystano do tego wszystkie konie i powozy jakimi dysponowała forteca. Widząc to Galahad nie posiadał się ze szczęścia, w końcu zyskał spokój i niemalże całkowitą kontrolę nad strażą Requiem. Siadł pry stole i rozłożył na nim papier. Były to plany Ghald. Przyjrzał się im uważnie i po chwili zaczął coś na nich kreślić, a uśmiech nie znikał z jego twarzy. Dochodził ranek gdy nagle z kwatery Stonepillara dobiegło światło. Jeden ze strażników natychmiast wpadł do niego sprawdzić co się stało. Zastał Galahada siedzącego przy nieco osmolonym stole.
- Nic się nie stało, musiało mi się przysnąć i przewróciłem świecę, ale opanowałem ogień.
- W porządku, przepraszam Pana za najście - odpowiedział strażnik - potrzeba coś panu?
- Nie, dziękuję za troskę. - odpowiedział zgarniając ręką spalone resztki papieru.
            Gdy tylko słońce wychyliło się zza horyzontu do Requiem dotarła wiadomość, że drużyny Ascarona i Zheroo dotarły do Jagnes, punktu obserwacyjnego leżącego na granicy z równinami Hagata. Równiny Hagata nosiły swoją nazwę po podróżniku, Malcolmie Hagacie, który to sporządził pierwszą mapę Azarath. Było to jeszcze w czasach gdy po całej wyspie grasowały demony. Requiem po oficjalnym utworzeniu zdecydowało się nazwać te równiny nazwiskiem swojego kartografa, który zginął tam podczas jednej z bitew. Równiny te stanowią pas graniczny oddzielający Azarath od jego północno-wschodniej, pustynnej części.
- Tutaj odpoczniemy - zarządził Ascaron. - odprowadzając rumaka do wodopoju.
- Równiny Hagata, nie sądziłam, że są takie piękne. - stwierdziła Delana nie mogąc nacieszyć się widokiem budzących się do życia kwiatów i traw.
            Drax podszedł do niej i położył rękę na ramieniu.
- Patrząc się na to wszystko aż ciężko uwierzyć, że kiedyś rozegrała się tu krwawa bitwa.
- Bardzo krwawa... - dodała po cichu Delana.
            Wtem Zheroo zawołał wszystkich do gospody w której były już przyszykowane łóżka oraz ciepłe jedzenie. Cała dziesiątka siadła do stołu i nie mogąc nacieszyć oczu jedzeniem oddali się przyjemności póki nie najedli się do syta. Popiwszy wszystko złocistym trunkiem udali się na spoczynek. Drax jednak nie mógł zasnąć, postanowił więc przejść się na zewnątrz. Ku jego zdziwieniu stała tam Delana, której pod koniec uczty oczy się wydawały same zamykać. Bez dłuższego namysłu postanowił wszcząć rozmowę.
- Co miałaś na myśli mówiąc "Bardzo krwawa"?
- Wolałabym o tym nie mówić, ale ty możesz poznać prawdę. - odpowiedziała spuszczając głowę.
- Zamieniam się w słuch.
- Właśnie tu przeszłam swój chrzest krwi, jako demon.
- Chrzest krwi?
- To rytuał po którym stajesz się pełnoprawnym demonem.
            Drax podszedł do Delany od tyłu i objął ją ramionami.
- Na czym on polega?
- Nigdy o tym nie wspominałam, bo nie jest to powód do dumy, ale to ja zabiłam Hagata. Chrzest krwi polega na zabiciu człowieka nie tracąc z nim kontaktu wzrokowego, jeśli jesteś w stanie zabić swoją ofiarę patrząc się jej w oczy to znak, że jesteś gotowy by dołączyć do piekielnej społeczności.
            Drax oniemiał na to co usłyszał.
- To jeszcze nie wszystko, ponadto należy zjeść jeszcze bijące serce swojej ofiary. Bitwa rozpoczęła się tak naprawdę dopiero kilka godzin później. Wynik był dotkliwy zarówno dla piekła jak i Requiem. W dodatku podczas tej bitwy zginął mój były przyjaciel, także z mojej ręki.
- Nie byłaś sobą.
- Nie rozumiesz, człowiek który uchronił mnie nie raz od przeklętego ostrza sam od niego zginął. Osoba którą uratował kilku krotnie od tego ostrza, właśnie tym ostrzem rozpłatała mu czaszkę. - zaszlochała
- Weź się w garść! - kryknął Drax - Teraz nie jesteś tamtą Delaną, wróciłaś i już nie raz nas uratowałaś.
            Delana uniosła głowę w stronę słońca, a w jej sercu zagościła skryta radość. Nie potrafiła jej jeszcze dobrze zidentyfikować, ale wiedziała, że to jest coś pozytywnego.
- Dziękuję - wyszeptała odwracając się w stronę białowłosego.
- Chodźmy odpocząć, w nocy musimy przekroczyć pustynię - stwierdził Drax.
            Delana bez słów udała się w stronę gospody i gdy tylko jej głowa dotknęła poduszki natychmiastowo jej powieki ogarnął sen. Drax jeszcze przez chwilę pokręcił się po łóżku ale w końcu i jemu udało się zasnąć.


-------------------------------------------------------------------------------------------
I coś dla wiernych czytelników, mianowicie zapowiedź 19. rozdziału "Piaski przesiąknięte krwią". Rozdział 19 ukaże się niebawem w całości.




"I nadejdzie armia, i podepcze piaski pustyni. Zawyje stal i krwią nasiąknie ziemia. I czas się skończy mój, gdy odwiedzi mnie człowiek skrywający w sobie chciwość. Upadnę ja i oni upadną i upadnie porządek. Moja przepowiednia dla nich przekleństwem, dla niego odrzuceniem. Nim jednak odejdę On zatonie w prawdzie, która ściągnie na niego smutek a nich zgubę. Więcej nie powiem, nie starczy na więcej tchu."

niedziela, 24 kwietnia 2011

Rozdział 18: Bez chwili wytchnienia (Część druga)

Wszyscy odwrócili się w stronę bramy. Przerażenie ogarnęło serca wszystkich, zarówno ludzi jak i demonów. Drax niczym niewzruszony wyrwał miecz z pleców bestii. Zrobił to z taką łatwością jakby wyciągał kij zanurzony w wodzie. Krew spływała po całej długości ostrza. Najszybciej z nich wszystkich otrząsnął się Zheroo i dobywszy długiego noża z którym się nigdy nie rozstawał rzucił się na rozproszonego kapitana potępionych. Trafiając w odkryte miejsce pomiędzy hełmem a kołnierzem zbroi powalił go z nóg. Demony rozproszyły się po całym mieście, część z nich rzuciła się na straż cesarską, która nie zdążyła się wycofać, część kontynuowała gonitwę za strzelcami, jeszcze inni postanowili wyprzeć nowoprzybyłych z miasta. Ta ostatnia grupa miała najmniej szczęścia, pozbawieni niemal jakiejkolwiek mobilności nie byli w stanie wyrządzić szkody ludziom Ascarona. Pomimo przytłaczającej przewagi liczebnej szala zwycięstwa przychylała się powoli na korzyść Requiem. Niestety cesarskiego wojska nie udało się uratować, pomimo że zdołali uśmiercić kilku potępieńców wkrótce ugięli się pod naporem piekielnej stali. Łucznicy też mieli juz widocznie dość, ale ich wytrenowanie akrobatyczne, szybkość oraz przede wszystkim współpraca pozwoliły na ujście z życiem. Sprawnie rozbiegali się w różnych kierunkach korzystając z sytuacji jaką dawali im niejednokrotnie ludzie Ascarona. W pewnym momencie Imar dostrzegł demona który właśnie powalił jednego z ostatnich strażników. Bez namysłu rzucił się na niego z dachu i odbierając mu broń odesłał z tego świata.
- Szczęście w nieszczęściu - mruknął pod nosem
            Tuz obok niego leżało bowiem kilka kołczanów strzał.
- Jest ich więcej! - wykrzyknął przerażony strażnik.
            Wtedy w alejce pojawiło się kilku przeklętych, kroczących w ich kierunku. Imar bez namysłu chwycił za łuk. Naciągnął naraz trzy strzały i wymamrotał krótką formułkę. Groty zabłysnęły srebrnym światłem i pomknęły w kierunku potępionych. Uderzeniu towarzyszył zgrzyt stali i chrzęst kości, a po chwili trzy diabły padły trupem na ziemię.
- Nie bój się nie zginiemy tutaj. - powiedział nie odwracając wzroku od wroga.
            Strażnik tylko rozejrzał się dookoła zatrzymując wzrok na swoich martwych towarzyszach. Sam miał nieco inne odczucia, ale każda strzała posyłająca na ziemię kolejnego demona dodawała mu nieco otuchy. Acran słabł jednak z każdym kolejnym wystrzelonym pociskiem. Teraz nie był już w stanie zabijać pojedynczym strzałem, przynajmniej nie zawsze. Jego oddech stawał cięższy z każdą sekundą. Wtedy to usłyszał jak drewniane belki skrzypią na jednym z dachów. Nie minęło dwie sekundy a nad jeg głową, z dachu na dach, przeskoczył jego przełożony.
- Zheroo! Łap! - krzyknął czarny strzelec i cisnął kołczan strzał na dach.
            Część strzał wysypała się i spadła na ziemię, nim jednak dotknęły one gruntu z nad domu wystrzeliło kilka pocisków, które przebiły czaszki pozostałych przy życiu upadłych.
- Jest tu tego więcej? - zawołał Zheroo wychylając się z dachu.
- Jakieś pięć, sześć kołczanów powinno być!
- Musi starczyć! Podaj mi je wszystkie!
            Tak też uczynił zostawiając sobie tylko kilka strzał, na wszelki wypadek. Mistrz obładowany nowymi pociskami ruszył dachami w stronę Ozziego. i natychmiast zaopatrzył go w kilkanaście grotów i rozkazał dostarczyć strzały do Jane uciekającej przed wygłodniałą watahą.. Nieopodal bramy liczbę trupów można było liczyć już w dziesiątkach. Litry splugawionej krwi spływały po twarzach Ascarona, Draxa oraz Aeona, a dziesiątki litrów rozlewały się po kamiennych chodnikach. Walka dała się już we znaki oddziałowi ofensywnemu, nieustannie od ponad dwóch godzin przedzierali się przez gruby jak ściana pancerz posyłając na ziemię kolejnych upadłych.
- Ile masz?! - krzyknął Aeon odcinając głowę jednego z demonów.
            Stal szczęknęła kilka razy i spod hełmu wyciekła krew, Drax wyciągnął zakrwawione ostrze noża z czaszki demona i krzyknął.
- Nie wiem, przy dwudziestym którymś przestałem liczyć!
            Po czym odwrócił się by odparować nadchodzący atak. Wtedy gdzieś miedzy tłumem walczących a truchłami walającymi się po ziemi Ascaron dostrzegł kolejny tabun nadciągających demonów, uzbrojonych po zęby.
- Kurwa, mam nadzieję, że chłopaki jeszcze żyją. - pomyślał.
            Jako że demony nadciągały z wewnątrz miasta obawiał się najgorszego. Zdał sobie też sprawę, że mogą nie dać rady utrzymać dłużej pozycji i już miał rozkazać wycofanie się, gdy wydawałoby się z nikąd runęła ognista kula, prosto w pędzącą hordę.
- Delana... zdążyła! - krzyknął Drax.
            Aeon korzystając z chwili rozejrzał się ale nie mógł jej dostrzec. Po chwili na ziemię spadła chmura ognia, z której słychać było tylko jęki potępionych. Wtedy Aeon dostrzegł jakaś sylwetkę wskakująca wewnątrz ognistych oparów. Bolesne jęki nasiliły się na kilka chwil, by po niespełna dziesięciu minutach całkowicie ucichnąć. Gdy atak na drużynę Ascarona został odparty, wszyscy mogli się spojrzeć na niebywały kopiec spalonego mięsa jaki znajdował się zaledwie kilkadziesiąt kroków od nich. Jedynym śladem po Delanie był jej Abyss, a właściwie ciało jednego z potępionych przebite Abyssem. W pewnym momencie ciało jednego z demonów poruszyło się. Wszyscy natychmiast stanęli w gotowości do obrony. Wtedy to spod sterty ciał wydostała się jedna ręka i odepchnęła ciało martwego demona. Następnie potężny kopniak zepchnął truchło upadłego z ostrza. Po środku całego kopca stanęła ciemnowłosa dziewczyna o rubinowych oczach. Cała pokryta krwią uniosła głowę dysząc przy tym ciężko.
- Delana! Nie ruszaj się, zaraz znajdę jakieś bandaże! - wykrzyknął przerażony Drax.
- Głuptasie... - uśmiechnęła się lekko Delana - To nie moja krew, nie masz co się martwić.
- Ma rację, lepiej martwmy się o naszych strzelców.
- O nas też niema co się martwic! - krzyknął Zheroo z oddali który jakimś cudem dosłyszał Ascarona.
            Cała strzelecka czwórka wracała pod bramę. Wtem pojawili się także pierwsi mieszkańcy oraz esperka Teresa. Widząc to wszystko Aeon przypomniał sobie, że znów o czymś, a właściwie o kimś zapomniał. Wrócił się kilkaset metrów gdzie pod drzewem stał kopiec kreta. Wyciągnął rękę i pstryknął palcami, a pod jego stopami otworzyło się przejście. Tuz pod powierzchnią siedziała, znowu zapłakana, Lilly. Tym razem nie płakała ze strachu, a gdy tylko podszedł do niej, ta od razu zdzieliła go po głowie.
- Ach wybacz, to się już nie powtórzy.
- Ty to robisz specjalnie co? - spytała uderzając go w klatkę piersiową.
- To dla twojego bezpieczeństwa, musisz zrozumieć.
- Ale następnym razem mnie uprzedź!
- Przecież uprzedziłem... - rzucił pod nosem.
- "Popatrz jaki ładny ptak!" i natychmiastowe zamknięcie mnie pod ziemią to słabe uprzedzenie!
            Podczas gdy Aeon sprzeczał się ze swoją, jak to określił po drodze Ascaron "podopieczną" wszyscy mieszkańcy Punry mogli zobaczyć efekt napadu wrogich wojsk. Przy liczeniu poległych okazało się, że zginęło kilku mieszkańców. W kanałach znaleziono czterech martwych strażników i jednego ciężko rannego. Z jego relacji wyglądało na to, że jeden z demonów odnalazł kryjówkę mieszkańców. Brama miasta została zniszczona doszczętnie, a przyległe mury uległy uszkodzeniu. Zniszczone zostało kilka domów, a cześć miała uszkodzone dachy na wskutek walk na nich prowadzonych. Doki ku uciesze mieszkańców Punry ocalały, oznaczało to że nie będą musieli martwić się o wyżywienie w najbliższych dniach. Dla Requiem oznaczało to także mniejsze koszty odbudowy miasta. Uprzątnie zwłok zajęło mniej czasu niż spodziewali się tego mieszkańcy głównie, za sprawą Delany która nie szczędziła many podczas inkantacji ognistych zaklęć. Nim słońce całkowicie schowało się za horyzont ludzie wrócili do domów, a po ciałach pozostał jedynie słabnący odór w powietrzu. Strażników pochowano na pobliskim cmentarzu. Ten który został ranny nie przetrwał nocy. Jednak nim jego czas dobiegł końca zażyczył sobie jeszcze rozmowy z gwardzistami.
- Jest coś o czym musze wam powiedzieć.... - wyjąkał krzywiąc się z bólu.
- Słuchamy więc - odrzekł Ascaron.
- Demon, który to zrobił... mi i moim ludziom miał... to... - wyrzucił z siebie, pokazując zmięty kawałek papieru.
            Ascaron delikatnie odgiął papier i przetarł oczy ze zdumienia.
- Plany miasta!
- Co w związku z tym? - spytał Imar
- Od dwudziestu lat na tych terenach nie stanęła stopa demona. Miasto w ciągu tych dwudziestu lat przebudowano dwa razy, a te plany miasta są aktualne.
- Jest jeszcze coś panie Ascaronie - powiedział cichnącym juz głosem. - Powiedział "Requiem, dało dobry cynk".
            Wszyscy spoważnieli w jednej chwili.
- Rozumiem, dzięki Ci za tą informację - przerwał ciszę Zheroo.
            Ale strażnik już nie odpowiedział.
- Pójdę zawiadomić gospodarza o jego śmieci. - powiedziała półszeptem Delana i wyszła z pokoju.
            W rzeczywistości czuła jakieś kłucie w sercu, było to jedno z uczuć którego nie potrafiła jeszcze rozpoznać. Minęła dłuższa chwila, gdy wróciła do pokoju z dwojgiem ludzi którzy przyszli wynieść zmarłego i zapewnić mu pochówek. Gdy go wynosili uwagę Ascarona przykuła Lilly. Wpatrywała się ona w łóżko na którym leżał jeszcze przed chwilą strażnik. Stała jakby widziała ducha czy może nawet próbowała się z nim porozumieć. Przez chwilę nawet przyszło na myśl Ascaronowi, że może będzie w stanie użyć swoich zdolności by porozumieć się ze zmarłym. Wszakże esperzy zostali odkryci stosunkowo nie dawno i ich zdolności nie zostały do końca zbadane. Nagle Lilly wróciła do zmysłów.
- Panie Ascaronie - zwróciła się do swojego dowódcy.
- Słucham cię.
- Właśnie skontaktowała się ze mną przyjaciółka, esperka, mieszkająca w Ghald.
- Esperka w Ghald? Co ona tam robi?
- Kiedy Requiem zbierało esperów, jej zdolności nie były wystarczająco rozwinięte, musiały przebudzić się niedawno, skoro Requiem jeszcze jej nie zauważyło.
- W takim razie domyślam się, że nie chodzi o pochwalenie się umiejętnościami.
- Przejdę od razu do rzeczy, w Ghald mieszka pewien jasnowidz, miał tej nocy wizje w której armia przeklętych równa Ghald z ziemią, a następnie rzuca Requiem na kolana.
- Jakie jest prawdopodobieństwo, że wizja się sprawdzi?
- Jak dotąd od piętnastu lat nie pomylił się ani razu. Co daje jakieś dwieście kilka wizji.
- Wspomniała coś o możliwej dacie ataku?
- Jasnowidz powiedział jej "Gdy tarcza nocy zabłyśnie nad horyzontem piaski przesiąkną krwią."
- Pełnia - wtrącił Aeon - najbliższa pełnia będzie za dwa dni jeśli się nie mylę.
- Dwa dni aby dotrzeć do Ghald? - parsknął śmiechem Ascaron, lecz w jego głosie dało się wyczuć niepokój. - Pustynie da się przekroczyć jedynie w nocy między godziną pierwszą a piątą.
- Czyli mamy czas licząc od teraz do kolejnego świtu aby znaleźć się w murach miasta. - zauważył Aeon.
- Nie dają nam chwili wytchnienia... nie traćmy czasu, ruszajmy. - rzucił Drax i udał się w stronę drzwi.

piątek, 22 kwietnia 2011

Rozdział 18: Bez chwili wytchnienia (Część pierwsza)


Piekielna armia powoli zbliżała się do Punry. Zheroo z niepokojem patrzył na zbliżające się pancerne jednostki. Odziani w gruby pancerz i dzierżący ciężkie tarcze przeklęci byli ostatnimi z jakimi Zheroo miał ochotę się mierzyć.
- Zwykłe strzały się nie przebiją. - stwierdził nie dorywając wzroku od horyzontu.
- Czyli nasza czwórka przeciwko tej watadze, ciekawie się zapowiada.- odrzekł Imar
- Straż jest bezsilna w walce na dystans, ale mam nadzieję że wesprą nas gdy już demony wedrą się do miasta.
            Imar rzucił okiem na ludzi zgromadzonych wokół.
- Trzęsą się ze strachu, cesarska straż jest gówno warta.
            Faktycznie, próżno było szukać takiego który by się nie bał. W prawdzie większość z nich udawała się na Azarath mając ochotę nieco zarobić, nigdy nie przyszło by im do głowy, że staną kiedyś oko w oko z przeklętymi. Jedynie kapitan straży wydawał się zachowywać zimną krew, chociaż gdyby się mu przyjrzeć dłużej, dało by się zobaczyć, że i jemu puszczają nerwy. Z upływem czasu kręcił się coraz bardziej, coraz częściej pytał o czas jaki im pozostał do starcia. Każde jego pytanie coraz bardziej irytowało Zheroo.
- Nie wiem, kurwa nie wiem! - wykrzyknął w końcu.
            Oczy wszystkich zwróciły się na mistrza. W tłumie pojawiły się głosy, jakoby sam Zheroo bał się przeciwnika. Szybko jednak tłum został uspokojony.
- Dzięki naszej esperce wezwaliśmy na pomoc drużynę Ascarona, jest to najsilniejszy oddział jaki widziało Requiem od dobrych dwóch może nawet trzech dekad.
            Ludzie wewnątrz Punry trochę się uspokoili. Lecz po chwili znów ktoś poddał świetność Requiem pod wątpliwość. "Czyli nie dadzą rady? Potrzebują pomocy?" szeptały jakieś pojedyncze głosy w tłumie.
- Jeśli chcecie uciekać, to droga wolna. - ryknął Imar - Ale wtedy będziecie pierwszymi których dopadną demony.
            Ponownie zapadła cisza a oczy strażników oblepiły Acrana. Ten po chwili wymiany spojrzeń ponownie zaczął mówić.
- Jest jednak druga opcja, będziemy walczyć i wytrwamy do przybycia Ascarona i jego ludzi. Wspierani z drugiej strony zadamy dotkliwy cios całej armii przeklętych, ale musicie współpracować!
            Słowa Acrana wydawały się dostrzec do strażników jak i mieszkańców. Rozpoczęły się przygotowania do obrony. Krocząca horda miała jeszcze może godzinę drogi do Punry i nie zwalniała kroku. Bramy miasta natychmiast zamknięto i zabarykadowano. Ludność wysłano do piwnic ratuszowych w których mieli przeczekać batalię. Straż cesarska mimo strachu paraliżującego ich myśli i serca pozostała na swoim stanowisku. Upłynęło juz dobre kilkanaście minut, gdy do gotowych do rzezi wojaków podbiegł jeden z mieszkańców.
- Panie - zwrócił się do jednego ze strażników. - Pod miastem znajdują się stare kanały, może na coś się przydadzą.
            Strażnik z kolei doniósł o tym odkryciu jednemu Zheroo.
- To zmienia postać rzeczy, gdy tylko przeklęci dojdą do bramy wszyscy udacie się do kanałów.
- A co z wami?
- Im nas mniej tym łatwiej nam działać - odrzekł - Jednak musze prosić by każdy z was kto potrafi strzelać z łuku stawił się na murze.
            Strażnik dał znać, że rozumie i natychmiast do czwórki gwardzistów dołączył nieco ponad tuzin strażników cesarskich. Armia nieprzyjaciela tymczasem była już niemalże w zasięgu requiemskich strzelców. Prawie dwieście uzbrojonych od stóp do głów w zbroje płytowe wykute w piekielnym ogniu. W rękach tarcze z kilkucentymetrowej hartowanej stali.
- Te zbroje i tarcze są niczym ściany fortecy dla naszych pocisków. - rzekł jeden ze strażników.
            Na jego słowa Zheroo odpowiedział strzałem w kierunku jednego z potępionych. Zaklęta strzała cięła powietrze niczym ostry nóż kartkę papieru. Pocisk sięgnął celu i przebił stalowy kirys a jego grot wyszedł plecami i roztrzaskał się o tarczę upadłego z drugiego rzędu. Wprawiło to w osłupienie wszystkich na murze, nawet ludzie Zheroo nie kryli zdziwienia.
- Macie ich spowolnić jak tylko się da, a mój oddział zajmie się zabijaniem! - rzucił i wnet wszyscy strażnicy posłali serię pocisków w stronę nieprzyjaciela.
            Kilka z nich nawet raniło wroga, lecz prym wiedli strzelcy z requiem. Posyłali oni zaklęte pociski w kierunku wroga jeden za drugim. Wszystko w imię zasady "Jeden strzał jeden trup". Rozwścieczona armia rzuciła się do ataku na miasto, nim jednak dobiegli do bram co najmniej trzy tuziny upadłych były juz martwe. Sama brama miasta które nie było nigdy fortem obronnym, nie zdołała zatrzymać na długo potępionych. Po dwóch uderzeniach demona zwanego Siegmarem po bramie nie pozostały nawet drzazgi. Siegmarowie byli specjalnie szkolonymi demonami w kierunku niszczenia wszelkich barykad. Wysokie na prawie dwa i pół metra kolosy te dzierżyły kafary których waga nierzadko dochodziła do kilkuset kilogramów. Jedyną ich wadą była szybkość co pozwalało  w przeszłości na dość skuteczne eliminowanie tych plugastw. Co więcej na polu bitwy nie pojawiało się ich za wiele więc dla wyszkolonego Requiem nie stanowili realnego zagrożenia jako jednostka. Tego Siegemara jednak nie imały się nawet zaklęte pociski, chociaż kilka z nich wbiło się w pancerz nie zdołało go znacząco zranić. Gdy padła brama Zheroo polecił wszystkim rozbiec się po murach tak by nie doszło do masakry. Straż miała wykorzystać ciężkie zbroje wroga na swoją korzyść. Nie wszystko jednak poszło zgodnie z planem, o ile Requiem zdołali zwiększyć dystans i posłać kilka pocisków w kierunku demonów o tyle straż nie wytrzymała obrotu zdarzeń psychicznie. Nie stosując się do poleceń Zheroo szybko padli łupem demonów. Nawet powolny jak ślimak Siegmar trafił swoim kafarem dwóch nieszczęśników. Nie można jednak zbyt wiele powiedzieć o tym jak skończyli, gdyż tyle samo się z nich zostało. Wkrótce na mury dostali się przeklęci, a gwardzistom zaczęło brakować strzał. Zheroo wystrzelił ostatnią w stronę jednego z demonów lecz tym razem nie przebił się nawet przez tarczę. Grot strzały rozpadł się w zderzeniu z barierą.
- A więc miał racje - roześmiał się demon.
            Łucznik dysząc spojrzał "spod byka" na swojego oponenta.
- Faktycznie sami łucznicy. - roześmiał się po raz kolejny.
            Wtedy z okolic zrujnowanej bramy rozległ się huk jakby upadło coś strasznie ciężkiego. Siegmar upuścił swój kafar a jego cielsko runęło na ziemię przygniatając dwa inne demony. Jego pancerz na plecach był pokiereszowany a z rozdartej stali kapała krew.

wtorek, 19 kwietnia 2011

Rozdział 17: Początek inwazji (Koniec rozdziału)


Aeon przytulił ja i mówiąc do niej spokojnym głosem powoli uspokoił.
- Możemy iść?
- Tak. – szepnęła ocierając łzy.
- To już niedaleko, dajmy koniom odetchnąć – zarządził Ascaron.
            Reszta drużyny nie wyraziła, żadnego sprzeciwu i natychmiast zabrali konie nieco poza pobojowisko i pozwolili im napaść się u stóp pagórka.
- Więc to jest Namigrad? – wtrąciła Delana
- Spodziewałaś się czegoś bardziej okazałego? – odpowiedział Aeon.
            Namigrad nie był dużą wioską. Po obu stronach drogi stanowiącej północny szlak stały drewniane chatki, a z ich kominów leniwie wylatywał dym. Po środku znajdował się okrągły plac ze studnią przy którym znajdowała się karczma oraz duża stajnia. Cała wioska wydawała się jakby żyć w zwolnionym tempie i nic nie wskazywało na kłopoty z demonami. Przy wjeździe do miasta znajdowała się niewielka kuźnia w której właśnie pracował kowal. Naprawiał podkowy, wyrabiał stalowe części do powozów, nie robił niczego co mogło wydawać się dziwne. Wtedy to jego uwagę przykuła zbliżająca się Delana, która z ciekawości nieco odłączyła się od grupy.
- W końcu przysłali tu jakiegoś Requiem! – zawołał
- Coś się stało?
- Ostatnio obserwował nas jakiś diabeł, może był zwiadowcą nie wiem, ale dobrze cię… - urwał kiedy zobaczył zbliżających się do wioski kompanów.
- Cholera! Mówiłem! Diabły! – wykrzyknął z przerażenia wskazując na pozostałych członków drużyny.
- Nie jesteśmy diabłami! Jesteśmy… - przerwał Ascaron widząc, że jego słowa nie docierają.
            Delana stała przez chwilę zmieszana, ale kątem oka dojrzała jak jedna przeklęta bawi się z ludzkimi dziećmi.
- Czerwona Łza… - było jedynym co przemknęło jej przez myśl - Nie zbliżajcie się! – krzyknęła
            Uniosła rękę i wskazała w kierunku swoich przyjaciół i wymamrotała inkantacje. Ognisty okrąg nakreślił się w powietrzu by po chwili zostać przeciętym przez płomienną poprzeczną linię. Shadowstep zamachnęła się i nakreśliła ognista linie tuz pod nogami swoich kompanów. Ta po niespełna sekundzie buchnęła żywym ogniem.
- Delana! – krzyknął Drax.
            Już miał skakać przez piętrzący się na nieco ponad dwa metry ogień, gdy za ramię chwycił go Aeon.
- W tej chwili będziesz jej jedynie zawadzał.
- Wróćmy się nieco zanim opadnie ogień, niech robi swoje. – zarządził Ascaron i cofnęli się aż do miejsca gdzie pasły się ich rumaki.
            Kowal stał wpatrzony w ogień jak w złote wrota.
- Nie będą was już nękać. – oznajmiła Delana.
- Dzięki ci panienko! – wykrzyknął a usłyszawszy to mieszkańcy zebrali się na placu.
            Wśród nich były demony, nieco zaniepokojone pojawieniem się Requiem w wiosce. W dodatku takiego, którego ludzie rozpoznają jako człowieka. W końcu jeden z nich podszedł i oficjalnie podziękował Delanie. Takie zachowanie było jej wyraźnie nie na rękę, nie mogła też zabić swojego rozmówcy na oczach dziesiątek osób. Zamiast tego uśmiechnęła się zapewniła wszystkich, że Requiem niema zamiaru dopuścić by jakiemukolwiek obywatelowi Azarath stała się krzywda. Ludzie po dłuższej chwili wrócili do swoich zajęć. Shadowstep przyszło na myśl, że może możliwa jest zgoda pomiędzy ludźmi a demonami, gdy nagle podbiegła do niej dziewczynka z kubkiem wody.
- Napije się pani? Mamy tu najlepszą wodę w całym Azarath! – krzyknęła wesoło.
- Z przyjemnością.
            Delana nachyliła się i chwyciła za kubek. Duczkiem opróżniła go do dna i wtedy jej marzenia o jedności obróciły się w proch.
- Naprawdę dobra, to z tej studni?
- Tak – zachichotała wesoło dziewczynka i w podskokach poszła bawić się z przyjaciółmi.
            Zmrok zbliżał się nieubłaganie, lampy w domach powoli gasły gdy nagle rozległ się krzyk.
- Pomocy! Lekarza! – zawołała kobieta która niczym pocisk wypadła z jednego domu.
            Wtedy przed oczami przemknęła jej diablica.
- Co się stało pani Sham?
- Mój synek ma znów gorączkę i bredzi – zaczęła panikować
            Obie kobiety weszły do domu, za nimi wślizgnęła się Delana. Dzieciak faktycznie miał gorączkę, ale bredzeniem tego czarnowłosa gwardzistka nie mogła nazwać.
- Odejdź diable! – wykrzykiwał chłopiec gdy tylko zbliżyła się pielęgniarka.
- Szybko wody! Ty tam, dziewczyno przynieś trochę ze studni! – krzyknęła matka dziecka.
            Shadowstep zrobiła kilka niepewnych kroków w tył i wybiegła przez drzwi chwytając stojące tuz za nimi wiadro. Życie dziecka było wszakże ważniejsze od pokazywania prawdy. Po dłuższej chwili doszła nawet do wniosku, że jest to doskonała okazja aby coś sprawdzić. Nie minęło dwie minuty a Delana była sportem z wodą. Pielęgniarka szybko nabrała jej w kubek i podała wrzeszczącemu dzieciakowi. Ten niemal natychmiast się uspokoił.
- Mamo… wydawało mi się, ze widzę diabły. – zapłakał chłopiec.
- Już dobrze, to przez gorączkę. – odpowiedziała pani Sham.
            Pielęgniarka zrobiła chłopcu okłady, lecz gdy się nachylała ten jeszcze wzdrygnął jakby dojrzał jej prawdziwą postać.
- Musi teraz odpoczywać, proszę dbać żeby dużo pił. – uspokajała pielęgniarka.
            Gdy chłopiec zasnął wyszła ona z domu a za nią gwardzistka. Gdy tylko diablica skręciła za rogiem domu, przed jej oczami zrobiło się ciemno. Jedynymi rzeczami które pamięta było uderzenie w tył głowy jakimś twardym przedmiotem i upadek na ziemię. Gdy tylko odzyskała przytomność zobaczyła nad sobą parę rubinowych oczu. Chciała się ruszyć ale silne ręce przypierały ją do ziemi.
- Przyprawiacie wodę Czerwona Łzą mam racje? – syknęła Delana i zacisnęła uścisk na ramionach pielęgniarki.
- Dlaczego mnie poznajesz?!
- Trucizna ta odwraca postrzeganie innych na poziomie człowieka i demona.
            Delana uśmiechnęła się widząc bezradność swojego jeńca.
- Ludzie widzą ludzi jako demonów, demonów jako ludzi, jednak ludzie pod wpływem trucizny są postrzegani także jako ludzie.
- Skąd tyle wiesz?!
- Odsłużyło się swoje w piekle. – zripostowała. – Ale jest jeszcze coś, prawda?
            Diablica odwróciła wzrok.
- Dobrze wiesz o czym mówię. Dałaś tamtemu chłopakowi najpierw pić, woda wyparowała z jego organizmu pod wpływem gorączki. Przestał być więc pod działaniem trucizny.
- Dlaczego ty nas widzisz!? – spytała zdesperowana.
- Jestem pół-demonem, pół-człowiekiem. Jeśli odwrócisz proporcje wyjdzie na to samo, moje postrzeganie, nie zmienia się pod wpływem tej trucizny. Tak samo inni nie postrzegają mnie inaczej.
- Ty musisz być…
- Delana Shadowstep, miło mi. – skończyła.
            Szybkim ruchem ręki dobyła nóż i wbiła go w serce pojmanego demona. Martwe ciało zapakowała w worek i zniknęła w ciemnościach. Następnego ranka ludzie wyszli przed domy ogrzać się w blasku wiosennego słońca. Resztki śniegu topniały w zastraszającym tempie. W końcu kolo południa nie było po nim śladu. Właśnie wtedy na kilka minut przed południem, cała wioskę obiegła wieść, że dokonano morderstwa. Wszyscy zbiegli się pod spichlerz. Leżało tam ciało pielęgniarki z przebitym sercem.
- Panienko! Panienko! – zawołał ktoś z tłumu dostrzegłszy zmierzającą w ich kierunku Delanę.
- O Pani, ktoś zamordował pielęgniarkę! – wykrzyknęła jakaś kobieta
            Delana spojrzała chłodnym wzrokiem na truchło demona.
- Ja. – odpowiedziała jak gdyby nigdy nic.
            Tłum niedowierzał w słowa które usłyszał.
- Pielęgniarka była demonem, jest tu ich znacznie więcej wśród was.
            Nagle zaczęły podnosić się głosy. Jeden z mieszkańców przedarł się przez tłum i rzucił się w stronę dziewczyny, ale ta przytomnie rozpłatała go na pół jednym cięciem Abyssa.
- To też był demon.
            Tłum nie mógł już wytrzymać, nie rozumieli jak ktoś kto zabija niczego nie winnego człowieka może mówić, ze był demonem.
- To ona jest demonem! Zabić ją! – krzyknął jeden z demonów.
            Z czasem coraz więcej osób mu wtórowało Wtedy to Delana uniosła rękę w stronę tłumu z palcami złożonymi do pstryknięcia.
- Do dla waszego dobra. – wyszeptała pod nosem i pstryknęła palcami.
            Spichlerz zapłonął żywym ogniem, wokół zgromadzonych powstały ściany ognia odgradzające ich od reszty wioski. Żar jaki bił od ognia nie sposób opisać kilka osób straciło przytomność, ale zaklęcie odniosło skutek. Mieszkańcy wypocili truciznę i rozpoznali wilki w owczych skórach. Wtedy z płomieni wyskoczyła Delana i wyeliminowała zagrożenie raz na zawsze. Gdy płomienie opadły, ludzie zrozumieli co się stało.
- Jak teraz mamy żyć?  - pytali jedni przez drugich.
- Requiem zapewni wam żywność, woda w studni nie jest jeszcze odkażona, ale trucizna szybko straci swoją moc. Póki co gotujcie wodę przed wypiciem.
- Dziękujemy Panienko!  - krzyknęli wszyscy zgromadzeni.
- Robię to za co mi płacą, to wszystko. – odpowiedziała i odmachała na pożegnanie.
            U stóp pagórka nie zastała jednak swoich kompanów. Zamiast tego była gliniana tabliczka  z wyrytym napisem:
„Udaliśmy się do Punry, Zheroo potrzebował wsparcia, wyrusz jak najszybciej”
            Shadowstep spojrzała w błękitne bezchmurne niebo.
- Ciekawe czy kiedyś zaznamy takiego spokoju, jak tam na górze. – mruknęła w myślach po czym dosiadła swojego rumaka i pognała na pomoc Zheroo.

wtorek, 12 kwietnia 2011

Rozdział 17: Poczatek inwazji (Część trzecia)


Od tej pory czas jakby przyspieszył tempa, zachód słońca który niegdyś obserwował z Delaną, wydawałoby się długimi godzinami, teraz przeminął jakby w mgnieniu oka. Zmrok zapadł nagle a zwiadowcy nie odnaleźli śladu po przeklętych, całe Requiem mogło jedynie czekać na jakiś znak. Ten właśnie pojawił się tej nocy, pojedynczy purpurowy grom rozbłysnął na niebie.
- Punra… - syknął pod nosem Ascaron przechadzający się po murze.
            Błysk nie umknął także Gustawowi, który natychmiast wezwał do siebie ludzi Ascarona oraz Zheroo. Żaden z nich nie spał tej nocy, żaden nie mógł po tym co usłyszeli od Aeona.
- Widzieliście błysk prawda? – zapytał arcymistrz.
- Tak, północny szlak handlowy, już dawno powinniśmy tam być. – zezłościł się Ascaron.
- Zatrzymałem was specjalnie, nie mogę posyłać was w miejsca, które mogą okazać się ślepym tropem, od tego jest zwiad.
- Chcesz zatem abyśmy wyruszyli razem? – napomknął Zheroo
- Tylko chwilowo, wasze drogi rozjeżdżają się przy Magna-Casia, ty poprowadzisz swoich ludzi w strone Punry, natomiast Steelstrike uda się w okolice Lethe, mianowicie do Namigradu.
- Możemy zatem ruszać?
- Tak teraz nie mam najmniejszego zamiaru was zatrzymywać, obiecajcie mi, że nie dacie się zabić. – powiedział stanowczo Soulripper.
            Minęło niespełna pięć minut a oba oddziały galopowały już po kamiennej drodze. Aeon wziął Lilly pod swoje skrzydła i pilnował aby nie spadła z siodła, druga esperka Teresa dzieliła siodło z Imarem Acranem, chyba najbardziej egzotycznym osobnikiem w całej fortecy. Cała dziesiątka miała nastroje wyraźnie bojowe, największe zmiany było jednak widać u samego Draxa, który zmienił się przez te dwa lata. Stał się nie do poznania, twarz jego nabrała surowości, a z oczu biła pewność siebie. Z pewnością miała na to wpływ „wizyta” Eliasa, broni nie trzymał już jak typowy awanturnik, któremu udało się zabić człowieka czy dwóch, ale jak prawdziwy gwardzista, który na co dzień przelewa krew przeklętych. Jednak dopiero teraz miał się sprawdzić w prawdziwej walce.
- Zetnijmy drogę przez Casia-Norda, znam dobry skrót – krzyknął Ascaron i wszyscy ruszyli za nim.
            Gdy przemykali pomiędzy drzewami Sandspell dostrzegł poszarpane, uschnięte drzewo wśród którego resztek leżał szkielet ubrany w płaszcz typowy dla zwiadowców Requiem.
- Dobry skrót, ale tu chodzi głownie o bezpieczeństwo. – rzucił Aeon
            Ascaron zatrzymał rumaka i rzucił okiem na wszystkich jadących za nim.
- To truchło, to pozostałość po starej władzy Requiem, jedźmy już, od tamtej pory ciarki przechodzą mi po plecach kiedy tędy przejeżdżam.
            Nie mówiąc nic więcej pognał wierzchowca w kierunku Namigradu oddzielając się od drużyny Zheroo która odbiła nieco na wschód w kierunku Punry. Słońce świeciło już niemal w zenicie gdy drzewa rozstąpiły się a oczom Ascarona ukazało się małe miasteczko położone u stóp wzgórza.
- Strasznie tu cicho. – mruknął Aeon.
- Demony… - rzucił Drax i spojrzał w pobliskie zarośla – Sześć, siedem… - dodał po chwili i zeskoczył z konia.
            Ascaron dał znak ręka aby wszyscy zeszli wtedy to zza krzaków wystrzeliło kilka strzał, ale Aeon przytomnie stworzył glinianą ścianę w której owe pociski ugrzęzły. Wtem ich uszu doszedł trzask łamanych gałęzi i siedmiu przeklętych ruszyło w stronę wysłanników Requiem. Wszyscy, oprócz Lilly, dobyli oręża i ruszyli w stronę przeklętych stal skrzyżowała się i jęknęła pod naporem siły, Draxowi starczyła teraz jedna ręka by władać Moonglow co dawało mu znaczną swobodę walki. Skupiając manę w mikroskopijnych kanalikach był w sanie atakować szybciej i mocniej. Delana potężnym uderzeniem wyszczerbiła oręż swojego oponenta, ale grunt obsunął się pod jej nogami i wystawiła się na cios. Z pomoca przybiegł jej Aeon który odstępując na chwilę od Lilly pozostawił ją bez opieki, wtedy to jeden z przeklętych rzucił się na bezbronną dziewczynę. Stalowe ostrze wykute w piekielnym ogniu było już o włos od rozpłatania czaszki młodej esperki, gdy spod jej stóp wystrzeliły stalowe kolce skutecznie blokując nadciągające uderzenie i jednocześnie raniąc w rękę demona. Ascaronowi po raz kolejn brakło czasu aby rozproszyć swoje zaklęcie.
- Deja vu? – pomyślał uchylając się od zgubnego uderzenia.
            Sytuacja wyglądała teraz nieco inaczej niż przed dwoma laty, został bowiem otoczony przez trzy demony. W tym samym momencie ranny diabeł postanowił dociągnąć do końca sprawę w której mu przeszkodzono. Obwicie krwawiący zebrał resztki sił i rzucił się w kierunku przerażonej dziewczyny.
- Aeon! – krzyknął Drax i odpychając swojego rywala rzucił się w stronę Sandspella.
            Ten z kolei powierzając swoje Zycie przyjacielowi odepchnął demona z którym walczył i w mgnieniu oka rzucił zaklęcie które stworzyło kamienną kopułę nad Lilly. Poczuł świst wiatru i chłód stali na swoich plecach któremu po sekundzie zawtórował zgrzyt. Drax w ostatniej sekundzie zablokował uderzenie przeklętego i odepchną go od Aeona. W tej samej chwili Delana wzięła na siebie byłego przeciwnika Draxa i szybkim pchnięciem przebiła się przez jego zbroję i rozszarpała serce w jego piersi. Aeon pośpieszył w stronę bunkra i bez większego problemu dobił krwawiącego demona. Ascaron tymczasem chwycił jednego z demonów za rękę i złamał ja w łokciu. Bestia zawyła z bólu i upuściła broń, nim jednak stalowe ostrze sięgnęło ziemi zostało złapane przez Ascarona, który nie zwalniając kroku ściął głowę rozbrojonemu przeklętemu. Walka znacznie zwolniła gdy stosunek sił się wyrównał. Aeon pędem odciągnął jednego z przeklętych od swojego przełożonego a szale zwycięstwa  przechyliły się na korzyść Requiem.
W walce jeden na jednego Drax mógł pozwolić sobie na nieco więcej finezji, z kocim refleksem uniknął jednego i drugiego uderzenia po czym wyprowadził cięcie z pół obrotu. Uderzenie zachwiało demonem na nogach.
- Teraz podkręcamy tempo – mruknął pod nosem a wokół jego ostrza zaczął wirować wiatr.
            Na każdym milimetrze ostrza wiatr wirował w innym kierunku wytwarzając charakterystyczny świst. Zapierając się na jednej nodze Drax wystrzelił w kierunki potępionego i cięciem od dołu rozpłatał go na wskroś tym samym posyłając w powietrze jego wnętrzności. Delana postawiła na klasyczne już dla niej przebicie na wylot i przechodząc niemalże na kuckach po pędzącym w jej stronę ostrzu wbiła się w brzuch swojej ofiary i nie przerywając szarzy przybiła ja do pobliskiego drzewa. Ascaron w tym momencie wyglądał bardziej demonicznie niżeli istoty z którymi przyszło im walczyć. Cały zbrukany splugawioną krwią stał nad rozczłonkowanym ciałem demona a krople krwi niczym pot skapywały z jego twarzy. Walka wydawała się skończona, ale…
- Gdzie jest Aeon? – wypaliła ni stad ni zowąd Delana.
            Trójka kompanów rozejrzała się po okolicy, gdy z pobliskich krzaków doszedł ich trzask łamanych koci. Ascaron jako pierwszy pobiegł zobaczyć co się dzieje, a widok rozwścieczonego Aeona okładającego demona pięściami uzbrojonymi w ćwiekowane rękawice wprawił go w osłupienie. Szczęka diabła wisiała w zasadzie na samej skórze, głowa wyglądała jakby przejechał po niej cały oddział jeźdźców. Sam demon nie dawał już znaków życia.
- Aeon starczy! – wykrzyknął dowódca
            Aeon podniósł wzrok i zziajany spojrzał na swojego przełożonego.
- Kurwa… moje piwo… - wysapał wskazując na zniszczony bukłak.
            Ascaron jedynie zakrył twarz dłonią nie znajdując komentarza na to co zrobił Sandspell.
- O kimś zapomniałeś kolego – wykrzyknął zdumiony Drax, który właśnie dołączył do Ascarona.
- O szlag… faktycznie.
            Zebrał się w te pędy zapominając o rozlanym piwie i podbiegł do bunkru w którym siedziała Lilly. Dopiero wtedy zauważył, że połowa ostrza zdołała się wbić do środka, nie dopuszczał jednak do siebie myśli, ze mogło ono sięgnąć młodej kompanki. Pstryknięciem palców rozproszył zaklęcie i cały kamienny bunkier zamienił się w kupę żwiru pośród którego siedziała przerażona, zapłakana dziewczyna.

poniedziałek, 4 kwietnia 2011

Rozdział 17: Poczatek inwazji (Część druga)


Pędem cała czwórka pognała w stronę biura Arcymistrza niejednokrotnie szturchając przechodniów. Widok pędzącego oddziału od razu przykuwał uwagę strażników, wszyscy wiedzieli, że to właśnie Ascaron i jego ludzie są najlepiej poinformowanymi w całym Requiem. I gdy tylko drzwi arcymistrzowskiego gabinetu zamknęły się za Draxem, który wszedł ostatni, od razu pod drzwiami znalazło się dwóch ciekawskich strażników gotowych wychwycić każdą informację. Na ich nieszczęście rozmowa toczyła się zbyt cicho, aby mogli coś wyraźnie usłyszeć.
- To co mówicie ma sens… - szepnął Gustaw. – Kilka minut temu był tu jeden zwiadowca i doniósł o dziwnym zachowaniu ludzi w Namigradzie.
- Namigrad? – spytał Drax
- To niewielkie miasteczko na północny wschód od Lethe – sprostował Aeon. – Jednak nie mam pojęcia co by dało demonom przejmowanie tego punktu, nie jest on zbyt znaczący.
- Tu się mylisz – odrzekł Arcymistrz przeszywając wzrokiem Aeona. – Namigrad leży na północnym szlaku handlowym, miasteczko jest w prawdzie niewielkie, ale przejeżdża przez nie często karawana ze szkłem prosto z Ghald. Zdarza się też, że owa karawana zatrzymuje się tam na noc, jeżeli przeklęci przejęli kontrolę nad miastem istnieje możliwość, że przejęli kontrole nad częścią karawan.
- Myślisz, że ich celem jest ciche przejęcie Lethe? – spytał Ascaron.
- Nie tyle Lethe co dostaw. Cesarstwo dba o swoje interesy, pomimo naszej autonomii politycznej, to Cesarz jest tym który nas finansuje i musimy przystawać na część jego żądań, a jednym z nich było podpisanie traktatu „Szklanej straży”.
- Co to za traktat? – spytała Delana
- Dostawy szkła są eskortowane zawsze przez ludzi wyznaczonych przez cesarza, Requiem ma brać w tym udział jedynie na wyraźny rozkaz z Nemezii.
- Powiem to prościej. – wtrącił Aeon. – To cesarstwo decyduje czy karawana może trafić na statek czy też nie. W tym wypadku przeklęci mają ułatwioną sprawę, gdyż straż cesarska nie zna się na demonach tka jak my.
- Czyli cesarstwo samo kopie sobie grób… - wrzucił Drax
- Dlatego nagniemy nieco reguły, chcę abyście wyruszyli do Namigradu i zbadali cała sprawę, w tym czasie wystosuje petycję do cesarza i przedstawię sytuację, cesarz to rozsądny człowiek, więc z pewnością zezwoli nam objąć tymczasowe dowodzenie w punktach cesarskich.
- Zatem wyruszamy natychmiast.
            Gustaw jednak nie pozwolił im jeszcze odejść.
- Jest jeszcze coś. Proszę wejść! – krzyknął
            W tym momencie do pokoju weszła szesnasto, może siedemnastoletnia dziewczyna o  szarych oczach. Swoje ciemne blond włosy miała splecione w warkocz który sięgał mniej więcej do piersi. Sylwetkę miała szczupłą, ale dało się zauważyć, że jej kondycja fizyczna nie jest tak licha jak w przypadku dam z dworu.
- To jest Lilly Longmind, esper, będzie wam towarzyszyć w waszej misji.
            Drax na te słowa zagotował się na twarzy.
- To jeszcze dzieciak! Muszę przyznać, że masz jaja żeby mieszać dzieci w wojnę.
- Chcę ci przypomnieć, że sam zaczynałeś będąc niewiele starszym. – odpowiedział ze spokojem Gustaw.
- Ja i Ona to dwie różne historie. Wystarczająco ludzi już zginęło idąc za mną!
- W takim razie nie pozwól jej zginąć.
            Dziewczyna przysłuchując się kłótni wyraźnie posmutniała, poczuła że jej obecność będzie jedynie przeszkodą dla ofensywnego oddziału. Nim jednak zdążyła uronić łzę podszedł do niej Aeon i przykucnął kładąc rękę na jej ramieniu.
- Nie bój się, Drax wiele przeszedł w dzieciństwie stąd taka reakcja, tak naprawdę chciałby uratować wszystkich dlatego nie zgadza się byś z nami szła. Nie chce by stała ci się krzywda z jego powodu.
            Nim skończył mówić Draxowi skończyły się nerwy i opuścił pokój trzaskając za sobą drzwiami ta mocno, że tabliczka informacyjna z nich odpadła.
- Poczekaj tutaj, a ja mu wszystko wyjaśnię – powiedział Aeon ocierając pojedynczą łzę z twarzy dziewczyny.
            Arcymistrz po wyjściu Aeona kontynuował swoje wyjaśnienia, wyjaśnił rolę Lilly w całej wyprawie oraz zapewnił, że Drax pomimo swojego zachowania wywiąże się z obowiązku. Podczas gdy debata w gabinecie Soulrippera dobiegała końca Aeon dopadł Draxa który stał na mrozie bez ciepłej peleryny i bluzgał pod nosem.
- Drax, jest coś o czymś musisz wiedzieć.
- O czym? Że ta mała jest śmiertelnie chora i chce się jej pozbyć w taki a nie inny sposób?
- W pewnym sensie masz rację. Ona jest śmiertelnie chora.
            Drax zamilkł, teraz poczuł winę za to na co nie miał większego wpływu, nie zamierzał jednak przerywać Aeonowi.
- Jeśli rodzisz się esperem, nie pożyjesz długo, esperyzm to coś choroba śmiertelna.
- Co przez to rozumiesz? – spytał półgłosem.
- Chodźmy do mnie, ciężko mi o tym mówić o suchym pysku.
            Drax jakby przewidział tą propozycję i bez słów ruszył w stronę klitki przyjaciela. Tam w cieple i przy piwie Sandspell wznowił swoją mowę.
- Średnia długość życia espera to dwadzieścia cztery do dwudziestu sześciu lat, co uznaje się za absolutny rekord.
            Bloodpledge uniósł wzrok spod kufla i wlepił go w swojego rozmówcę.
- Nie dziw się tak. Mózg espera pracuje kilkaset razy szybciej od naszego, odbiera tysiące bodźców o których my nie mamy pojęcia, jednak pozwala na komunikację na duże odległości przy pomocy myśli. Najlepszy czas na wykorzystanie espera w celach wojennych przypada pomiędzy piętnastym a dziewiętnastym rokiem życia. Ich zdolności osiągają wtedy zenit, a ich mózg nie jest jeszcze uszkodzony.
- To okrutne… traktować ludzi jak maszyny wojenne. – odrzekł cichnącym głosem.
- Sami takimi jesteśmy. – zripostował Aeon.
            Nastała wtedy cisza, którą po chwili przerwał Sandspell napełniając kolejny kufel piwa.
- Uszanuj jej decyzję.
- Jej?
- Esperzy są chronieni międzynarodowym prawem, nie podlegają nawet cesarskim rozkazom, jeżeli służą to tylko z własnego wyboru.
- Dlaczego zdecydowała się służyć?
- Może chce poznać świat, zanim straci władzę w kończynach, zanim straci możliwość mowy i w końcu zamieni się w roślinę by rok później umrzeć.
            Drax odłożył kufel niedopitego piwa i wyszedł, zawsze tak robił gdy go coś dręczyło, a tym razem miało co. Śnieżyca nagle ustała i słonce wyłoniło się zza chmur, nawet mroźny północny wiatr ustał dąć gdy młody gwardzista wyszedł na mury, zupełnie jakby natura pomagała uspokoić jego zmącony umysł. Wtedy to na dziedziniec wyszła Lilly eskortowana przez Ascarona i Delanę, co nie umknęło spacerującemu po murach siwemu. Nie zastanawiając się dłużej zbiegł do nich na dół i przyklęknął przed młodą damą.
- Wybacz mi moje zachowanie. – powiedział unosząc wzrok – Nie pozwolę ci zginąć, na krew moich ojców przysięgam. – dodał ściskając w dłoni mithrilowy wisiorek.
            Całe to zajście obserwował z progu swojej kwatery Aeon i tylko uśmiechnął się pod nosem.
- Jesteśmy gotowi na nadchodzącą burzę – mruknął po chwili i przechylił do ust kufel wypełniony po brzegi złocistym trunkiem.