Regulamin Chatango

Postanowiłem pomóc znajomemu w promocji jego... "opowiadania parodyjnego" Głupie, bez sensu, nie klejące się kupy. Po prostu osiąga perfekcję podchodząc do niej od drugiej strony ;d
Oto link: Księga Szyby

Poza tym bonus, krotkie opowiadania, które napisałem w przerwie od ROSC.

Krótkie opowiadania: Taniec Nekromantów, Serce Diabła, Władca Chwil, Za ścianą śmiechu głupców
(update 14.12.2011)

wtorek, 29 marca 2011

Rozdział 17: Poczatek inwazji


Minęło niemal dwa lata odkąd w Requiem pojawił się Drax wraz z Delaną. Zimowe miesiące dobiegały końca, ale tego dnia pogoda wyraźnie się uwzięła na niemalże całe Azarath, wyjątkiem pozostawało jedynie Ghald i otaczająca je pustynia. Ale taka jest domena starego świata, że rządzi się zawsze własnymi prawami. Słońce już od dłuższego czasu świeciło nad horyzontem, jednak mroźny wiatr północny dawał się we znaki wszystkim, którzy ośmielili się wystawić nos poza drzwi własnego domu. W Requiem było podobnie, poza wartownikami na murach i wiecznie niewzruszonego Galahada każdy siedział w stosunkowo ciepłej kwaterze bądź gdzieś w podziemiach cytadeli zaczytany w jakąś książkę czy po prostu włóczący się po korytarzach. Nagle dziedziniec przeciął Drax, szedł on opatulony w pelerynę wykonania z niedźwiedziej skóry. Postawił zaledwie kilka kroków a na jego włosach i brwiach osiadł szron. Pewnym i szybkim krokiem skierował się do kwatery Ascarona pozostawiając za sobą ślady na śniegu, które w ciągu minuty bądź dwóch znikały przykryte białym puchem. Tuż pod drzwiami swojego przełożonego stanął na chwilę i spojrzał pod nogi. Widać było, że nie ma ochoty wyciągać ręki spod ciepłej peleryny lecz po krótkiej bitwie jaką stoczył sam ze sobą odważył się i energicznie uderzył pięścią kilka razy, po czym natychmiastowo ją schował z powrotem. Drzwi otworzyły się z lekkim skrzypieniem a u ich progu stanął opatulony w taką samą pelerynę Steelstrike.
- O co chodzi?
- Aeon ma coś ważnego do powiedzenia, chce żebyśmy się niezwłocznie spotkali w bibliotece, Delana powinna już być na miejscu.
            Ascaron nie pytając o więcej wyszedł i zamknął za sobą drzwi. Obaj popędzili w stronę głównego budynku, by nie koniecznie szybciej spotkać się z Aeonem, co uciec przed zimnem. Ciepłe powietrze uderzyło ich twarze jak tylko weszli do środka, a oni sami już znacznie leniwym krokiem udali się do biblioteki. Gdzieś poród regałów młody dostrzegł swojego kompana gawędzącego z Delaną. Gdy tylko do nich podeszli, Aeon od razu spoważniał, a był to dość rzadki widok.
- Siadajcie, bo jak wam o tym powiem to padniecie z nóg.
- Co takiego ważnego masz nam do powiedzenia? – spytał Ascaron powoli siadając przy stole.
- Chodzi o bramę. - odpowiedział
- Jaką bramę mas zna myśli? – spytał
- Przecież nie ogrodową. – zadrwił Aeon
            Wszyscy już wiedzieli co miał na myśli.
- Przez ostatnie dwa lata, interweniowaliśmy raptem trzy razy, i to w dodatku w ciągu pierwszego półrocza, do teraz mieliśmy prawie półtora roku spokoju.
- To chyba dobrze, nie? – wtrącił Drax.
- Właśnie nie.
            Aeon rozwinął mape Azarath i wskazując kolejne miejsca mówił.
- Pierwsza interwencja, Casia-Westa, pięćdziesięciu dwóch demonów zabitych. Druga to lasy przyległe do Blackrose, siedemdziesięciu czterech zabitych. Ostatnia, mająca miejsce półtora roku temu to bagna wokół Mymur., dziewięćdziesięciu sześciu zabitych.
- Co to ma wspólnego z bramą? – spytała Delana
- Powoli dajcie mi wszystko wyjaśnić. Począwszy od potyczki w Casia-Westa równo co dziewięćdziesiąt dni pojawiały się kolejne siły przeklętych. Za każdym razem większe o dwudziestu dwóch potępionych niż poprzednio.
- Po prostu przerzucili więcej sił, to wszystko. – wtrącił Ascaron
- Tez tak myślałem z początku, ale burze które z reguły występują przy przenikaniu demonów do naszego świata miały takie same natężenie. Trwały dziesięć minut i w ciągu tego czasu niebo mieniło się purpurą czterdzieści sześć razy. Jednak za każdym razem ilość demonów była większa.
- Co to ma wspólnego z bramą?
- Wytłumaczę wam to łopatologicznie. Widzicie te drzwi? – spytał wskazując wyjście z biblioteki.
            Pozostała trójka skinęła głowami.
- Jedna osoba przez nie przejdzie bez problemu, natomiast dwie już nie bardzo. Gdyby futryna drzwi była spróchniała i próbowalibyście przecisnąć się przez nie we dwójkę jest szansa że uszkodzilibyście futrynę bądź zostawili na niej ślad. Pójdźmy jednak dalej, w momencie gdy chcecie przecisnąć się we trójkę a dodatkowo ściana takich drzwi jest zrobiona ze spróchniałego drewna, to co się może stać?
- Moglibyśmy wyłamać kawałek ściany. – odpowiedziała szybko Delana.
- Dokładnie moja droga, im więcej osób upchamy, tym większy będzie wtedy ślad, brama jest właśnie takimi drzwiami w spróchniałej futrynie. Jeśli w jednym momencie przeciska się przez nią więcej energii niż może pomieścić powstają na niej ślady, które my odbieramy jako burzę.
- Ale ostatnio nie było… - urwał w pewnym momencie Drax.
- Widzę, że zrozumiałeś. Przeklęci też testowali bramę. W ciągu dziewięćdziesięciu dni mogą przerzucić o dwudziestu dwóch siepaczy więcej za jednym razem.
- Ale mogą być to demony różnego poziomu skąd masz pewność, że brama poszerza się w takim tempie? – zauważył Ascaron
- Zawsze mieszali wojska, słabsi i silniejsi, ostatnie trzy potyczki były jednak inne. Ciągle wysyłali tą samą klasę demonów.
- Chcesz powiedzieć, że testowali nie tyle samą bramę, co prędkość z jaką słabnie pieczęć?
- Dokładnie, ale jest jeszcze coś, znają poziom bezpieczeństwa pieczęci, prawdopodobnie przerzucali siły do naszego świata w takich ilościach by nie zostawiać śladów na bramie. A przez ostatnie półtora roku ilość demonów tamtej klasy jaką można przerzucić za jednym razem wzrosła o sto trzydziestu dwóch od ostatniego razu.
- Więc może być ich ponad tysiąc! – zaniepokoił się Ascaron.
- Jest jeszcze coś czego nie wiemy, ile czasu zajmuje im podróż przez bramę. Być może jest ich znacznie więcej, albo przyjdzie nam walczyć ze znacznie silniejszymi jednostkami niż do tej pory.
            Ascaron nerwowo zerwał się z miejsca a krzesło na którym siedział huknęło o ziemię, oczy czytelników zwróciły się na mistrza, jednak nie wprawiło go to w zakłopotanie.
- Donieśmy o tym arcymistrzowi, Requiem musi być w gotowości.
- Ja nie mam nic przeciwko – odrzekł Aeon
            Drax oraz Delana także nie oponowali, w końcu bezpieczeństwo Azarath leżało teraz w ich rękach.

wtorek, 22 marca 2011

Rozdział 16: Historia Moonglow (Całość)


            Gdy nadciąga chwila wytchnienia, nie pozostaje nic innego jak zabić ten czas w jakiś sposób. Requiem nie było nigdy przyzwyczajone do takiego życia, gdzie całe dnie przepełnione są lenistwem i rutyną. Tym bardziej po ostatnich wydarzeniach, kiedy to rozlana została krew i to nie raz. W takich chwilach ozywają legendy, przypominają się stare dzieje a zmęczone ciała strażników mają chwile wytchnienia. Purpurowa burza ostatni raz pojawiła się trzy miesiące temu, była niewielka, można by rzec, marna. Noce stawały się chłodniejsze z każdym dniem, by w końcu zrzucić biały puch na mury fortecy. Zima zdawała się zagościć na Azarath na dobre. W taki to zimowy poranek odżyła część historii niezwykle bliska Draxowi. Historia ta miała zmienić jego oblicze jako żołnierza i przekazać mu coś co zrobiło by z niego wojaka, jakiego Requiem nie widziało od dawien dawna. Zmrok zapadał nad cytadelą a sam białowłosy czuł się nieco ospały, na dobitkę wypił z Aeonem po kuflu piwa i w niedługim czasie zasną. Nim jednak to nastąpiło długo rozmyślał o swoim ojcu, wszakże zbliżała się kolejna rocznica jego śmierci. Możliwe, że te wspomnienia miały wpływ na to co mu się przyśniło, chociaż czy aby na pewno to był sen? Nie, z pewnością to nie mógł być tylko sen.
- Drax, synu. – zawołał głos
            Drax stał pośród niezbadanej czerni, słyszał głos ale nie mógł ustalić skąd on dochodzi.
- Tu jestem, synu.
            Wtem odwracając głowę chłopak dojrzał postać o białych włosach opadających na ramiona. Zmęczona twarz rozdarta była przez bliznę ciągnącą się od prawego łuku brwiowego aż po lewy bok żuchwy. Jego oczy promieniowały doświadczeniem a potężne ręce dzierżyły znajomy Draxowi oręż.
- Tata… - jęknął chłopak.
- Głupcze wplątałeś się w to samo bagno co ja.
            Drax jedynie uniósł wzrok ale nie przerwał ojcu.
- Ale skoro tu jesteś musisz wiedzieć jak się tym obsługiwać – powiedział unosząc w jego stronę Moonglow.
- Borg mi wytłumaczył….
- Borg jest kowalem nie wojownikiem, zapamiętaj to sobie. To dobry przyjaciel i teoretycznie coś tam mógł ci podpowiedzieć, ale ta broń skrywa sekret.
- Sekret?
- Noc jest długa mój synu, więc myślę, że zdążę ci o tym opowiedzieć, to co powiem zostało mi przekazane przez poprzedniego ducha tej broni, tuz po tym gdy wszedłem w jej posiadanie.
            Historia która usłyszeć miał młody Bloodpledge, sięgała czasów jednego boga, który w szaleństwie dawał życie tylko po to by później je odebrać. Memor, stwórca i niszczyciel światów, o jego istnieniu wiedziała każda ówczesna istota, każda go wychwalała, lub może stosowniej jest powiedzieć, bała się nie wychwalać. Memor tworzył świat, by po tysiącach lat obrócić go w proch, wtedy powstawał kolejny i tak cykl powtarzał się przez eony. Czasami zdarzało się jednak, że jakaś szczątka starego świata stawała się częścią nowego, gdy takie miejsce w nowo stworzonym świecie zostało odnalezione otrzymywało różne nazwy, Relikwia Starożytnych, Znak Przeszłości, Grota Zapomnianych i tak dalej. Zdarzało się też, że zbłąkana dusza odradzała się na nowo w nowym świecie, jedną z takich dusz był Kem. Kem był prorokiem, został on nieświadomie obdarzony przez Memora darem który pozwalał mu pojawiać się w każdym nowym świecie. Jego dar widzenia przyszłości pozwalał mu odnaleźć miejsce które po zagładzie świata stanie się częścią nowego. Gdy tylko był w stanie samodzielnie opuścić dom od razu udawał się w owe miejsce i tam spędzał resztę życia. Jego proroctwo stało się początkiem czegoś co dziś znane jest jako Moonglow. W jednym ze światów zaprzyjaźnił się z kowalem o niebywałych zdolnościach i przekonał go do swojej wędrówki. Mijały milenia a Kem razem z kowalem Gobrem przemierzali kolejne światy, osiągnęli oni w ten sposób swego rodzaju nieśmiertelność. Rodzili się na nowo posiadając doświadczenie zdobyte kilka wcieleń temu, w niektórych ze światów uważano ich za śmiertelnych bogów, lecz w końcu nadszedł ten czas.
- Gobrze, mój przyjacielu, to jest ostatni świat który zostanie zniszczony przez Memora.
            Gobr spojrzał na swojego kompana wzorkiem pozbawionym strachu.
- Tym razem jednak i my doczekamy jego końca.
- Co zatem proponujesz?
- To co zawsze, jednak moje wizje nie są takie jasne jak zwykle bywały.
- Co to może oznaczać?
- Mój dar jest ściśle związany z zamiarami Memora, jeśli zanika oznacza to, że Memor także kończy swój żywot. Wiem jednak jak będzie wyglądał ów koniec świata.
            Wtedy Kem wskazał miejsce do którego muszą się udać, gdyż według jego proroctwa zostanie ono zniszczone najpóźniej i najprawdopodobniej znajdzie się w nowym świecie. Udali się wiec do miasta Lehra pod którym znajdowała się grota z przepowiedni. Założyli tam warsztat kowalski i pracując przy wykuwaniu broni czekali na sądny dzień. Czas który tam spędzili był dla Lehra czasem wielkiego rozwoju militarnego. Bronie które wychodziły spod kowalskiego młota Gobra przewyższały jakościowo resztę broni znanych na świecie o całe epoki, a proroctwa Kema pozwalały zmienić bieg każdej bitwy. W ten sposób zyskali wysoki status społeczny, władze i pieniądze. W końcu sądny dzień znalazł się na wyciągnięcie ręki, używając swoich wpływów Kem wysłał cała ludność na pustkowie Jorlat. Było to miejsce nieprzyjazne o spalonej przez słońce ziemi. Kem powiedział jednak, że będzie to skrawek świata który stanie się częścią nowego lądu. Jak dotąd nie mylił się ani razu, to też ludzie posłuchali go i bez namysłu rozpoczęli wędrówkę.
- Widziałeś? – zagadnął Kem
- Co takiego panie? – spytał jeden z żołnierzy.
- Tam są ludzie, czy to możliwe, że nie dotarł do nich rozkaz?
- Nic nie widzę panie.
- Gobr! Gdzie jesteś?! – wykrzyknął włodarz.
            Wtedy wszyscy zorientowali się, że kowala niema z nimi.
- Mamy go poszukać? – zapytał ktoś z tłumu.
- Nie, chyba wiem gdzie mogę go znaleźć, poszedł pokierować zbłąkanych ludzi.
            Żołnierze popatrzyli na siebie dając wyraźnie znak, że nie rozumieją Kema.
- Wybaczcie to przez te wizje, już nie wiem co jest teraz a co ma nadejść, kontynuujcie proszę jazdę a ja pójdę pomóc mojemu kompanowi pokierować ludzi z wizji.
            Tłum bez wahania przyjął rozkaz i kontynuowali podróż bez swojego władcy. Gobr faktycznie znalazł się w towarzystwie kilku ludzi, których natychmiast pokierował przy pomocy Kema w stronę Jorlat.
- Wracamy? – spytał kowal
- Tak teraz jestem pewien, że nikt nam nie przeszkodzi.
            Udali się oni z powrotem do jaskini znajdującej się pod Lehra. Dotarli tam oni o zmierzchu, przed pójściem spać prorok oznaczył miejsca w pobliżu jaskini które będą śmiertelnie niebezpieczne. Tymczasem karawana licząca tysiące osób docierała do pustkowi Jorlatu.
- Kem mówił o tygodniu, prawda? – spytał jeden z ludzi
- Tak, jego wizje są nieomylne – odpowiedział człowiek odziany w pozłacany pancerz i hełm przydobiony diamentem.
            Był to jeden z generałów wojska, który zajmował najwyższe stanowisko w owej społeczności zaraz po proroku. Ludzie rozbili prowizoryczne namioty i z niecierpliwością wyczekiwali czegoś co miało nigdy nie nadejść. Ponownie słońce zaczęło chylić się ku zachodowi, a księżyc pojawił się lekko nad horyzontem. Wtedy świat ujrzał początek swojego końca. Memor nie przebierał nigdy w sposobach niszczenia świata, raz doprowadził do zderzenia planet, innym razem zmienił świat w błotnista bryłę która pochłonęła wszelkie życie, sposobów znał miliony i miliony z nich wykorzystał w swym wiecznym istnieniu. Tym razem wybrał najpiękniejszy z nich, i jeden z najbardziej drastycznych zarazem. Światło księżyca stało się materią, i gdy tylko nocna tarcza wyłoniła się zza horyzontu kryształowa lanca przeszyła świat. Uderzeniu wtórowały spadające z nieba kryształowe szpikulce, jeden za drugim, różnych rozmiarów i kształtów, od zakrzywionych przez proste niczym sopel po trójzębne. Pustkowie było najbardziej wystawione na działanie śmiercionośnych promieni księżyca, już w pierwszych minutach apokalipsy niewielu zostało się przy życiu. Krew rozlała się po pustkowiu a martwe ciała i wnętrzności nierzadko zwisające z kryształowych gałęzi stanowiły okrutną dekorację gasnącego świata. Huk kolejno uderzających kryształów zagłuszał płacz kobiet i dzieci, zagłuszał wrzaski rannych i umierających. Jedna z kobiet która opłakiwała stratę swojego nowonarodzonego dziecka została w jednej chwili zmiażdżona przez gigantyczny kryształ. Ten rodzaj apokalipsy odpowiadał Memorowi najbardziej, gdyż dusza każdej osoby która zginęła od kryształu zostawała w nim uwięziona i nie mogła w żaden sposób odrodzić się w nowym świecie, który miał się niebawem ukształtować. Jedynie prorok wraz z kowalem uniknęli apokalipsy pierwszej nocy, chociaż świat tak wyniszczony przez księżycowe promienie miał niedługo sam z siebie obrócić się w martwy kawałek kamienia. Księżyc wraz z końcem nocy począł chować się za horyzont bombardując świat z drugiej strony globu. Moment ten wykorzystał kowal i odrąbał część księżycowego kryształu.
- Wykonaj z tego broń, o długiej rękojeści, aby nie mógł jej dzierżyć zwyczajny człowiek.
            Kowal tak postąpił. Następnie zgodnie z zaleceniami stworzył ostrze ze stopu księżycowego kryształu i najprzedniejszej stali jaką nauczył się wyrabiać przez wszystkie swoje wcielenia, w ostrzu stworzył mikroskopijne tunele, które miały w jakiś sposób pomóc we władaniu ową bronią. Połączył ostrze razem z rękojeścią a w niej samej stworzył niewielki schowek w którym umieścił starty na proch księżycowy kryształ. Ostrze wydawało z siebie mdłe światło księżycowe, a cała broń była faktycznie nieporęczna dla normalnego użytkownika. Wtedy to Kem wytłumaczył powód sporządzenia kanalików wewnątrz ostrza.
- Miałem wizję przyjacielu, że nowy świat zmierzy się z inna apokalipsą niżeli gniew boga. Powstanie nowa siła która będzie chciała przejąć owy świat, a ta broń ma być dla tego świata ratunkiem.
- Do czego mają więc służyć kanaliki?
- Osoba ta będzie wykorzystywała magię pośrednio poprzez przedmiot. Bron dla osoby nie posiadającej takich zdolności będzie jedynie ciężarem, natomiast gdy przepuszczona zostanie magia przez owe kanaliki, bron stanie się lekka niczym piórko, ów człowiek będzie ją dźwigał do wewnątrz. Teraz chodźmy mój przyjacielu wskaże miejsce które stanie się częścią nowego świata.
            W grocie była niewielka szczelina tam też kowal za poleceniem proroka miał złożyć oręż, nim to jednak nastąpiło prorok rozkazał by kowal odebrał mu Zycie tym właśnie orężem.
- Jeśli to zrobisz moja dusza zostanie tam uwięziona, na jakiś czas. Będzie on jednak wystarczający, bym skontaktował się z nowym właścicielem oręża, ty natomiast zostań tutaj, przy odrobinie szczęścia uda ci się odrodzić w nowym świecie.
            Z niemałym żalem Gobr ściął głowę przyjaciela a jego dusza znalazła się wewnątrz oręża, następnie umieścił broń we wnęce i oczekiwał na nieuniknione. Czas mijał i nastąpił kolejny zmierzch. Memor rozgniewany poczynaniami proroka zesłał potężną kryształową lancę która przebiła cały świat w pół, stworzył kolejne księżyce ze wszystkich stron świata by naszpikowały ziemię morderczym światłem. Kolejny świt już nie nastał, gniew boga został jednak przewidziany przez proroka, i w chaosie który nim targał część z Moonglow została wciągnięta do nowego świata który właśnie się kształtował.
            Drax spojrzał na ojca który powoli odchodził razem z odchodzącą nocą.
- Tato czy Borg… - urwał
- Tak, prawdopodobnie część duszy Gobra przetrwała katastrofę i odrodziła się jako Borg, synu. Wiesz teraz wszystko co masz wiedzieć by stać się Requiem potężniejszym niż ja. Przysięgnij na krew naszych ojców, że nie zginiesz.
- Przysięgam… Przysięgam…
- Co przysięgasz? – spytała siedząca obok niego Delana
            Drax podniósł głowę nieco oszołomiony.
- Mówiłeś przez sen, co ci się śniło?
- Nie wiem czy to był sen, Delano, ale wiem, że teraz wszystko się zmieni. – oznajmił spokojnie.
            Gdy wyszedł na plac, ujrzał trenujących strażników i popijającego piwo Aeona.
- Niestraszny mu deszcz, śnieg i mróz – pomyślał po czym cisnął śniegową kulą prosto w jego twarz.

wtorek, 8 marca 2011

Rozdział 15: Decyzja (Koniec rozdziału)

Ci co czekali doczekali się końca 15 rozdziału ;) Zamyka on pewien okres Requeim i zarazem rozpoczyna kolejny, Soulripperowski. Jednocześnie z radością informuję że ROSC przekroczył półmetek i do końca pozostało około 10-12 rozdziałów.
------------------------------------------------------------------------------------------------------

Księżyc dawno już dawno był w zenicie kiedy to z Requiem wyjechał goniec w stronę Casia-Magna., nikt nie przywiązał do tego większej wagi, gdyż zdarzało się nie raz nie dwa, że posyłano gdzieś gońca w środku nocy. Z czasem jednak każdy księżyc musi ustąpić słońcu a gdy to się stanie w cytadeli robi się tłoczno. Dochodziła godzina dziesiąta rano,. Tłumy zebrały się na dziedzińcu oczekując przemówienia nowego arcymistrza, jedni nie spali cała noc z podekscytowania, inni leniwie ziewając wychodzili z kwater, nocna zmiana przytrzymana do tak długa na murach także nie miała najlepszych nastrojów, ale koniec końców niemalże wszyscy stawili się na przemówieniu. Soulripper wyszedł pierwszy z kompleksu, za nim Ascaron niosący drewnianą skrzynię średnich rozmiarów i ułożywszy ją na ziemi zrobił miejsce dla Arcymistrza. Stojąc na skrzyni Gustaw był jakieś czterdzieści może pięćdziesiąt centymetrów wyższy. Gustaw spojrzał wnikliwie w tłum zanim coś powiedział.
- Niema go. – szepnął do Steelstrike’a
- Głupek, znajdę go jeśli będzie trzeba.
- W porządku, ale to był jego wybór.
            Steelstrike jedynie pokiwał głową, że zrozumiał, wtedy to Gustaw zwrócił się do ludzi.
- Witam was drodzy członkowie Requiem, jestem Gustaw Soulripper, nowy Arcymistrz Requiem.
            W tłumie dało się usłyszeć głosy niezadowolenia, w większości jednak ludzie pozostawali obojętni, ważne, że dalej mili pracę.
- Na wstępie chciałbym podziękować wam za spokojną noc bez rozruchów, to był ważny test waszego oddania sprawie. Kolejna sprawą o której chcę was poinformować to przyczyny, które doprowadziły do takiej a nie innej sytuacji.
            Zebrani nagle podnieśli głosy i ciężko było cokolwiek powiedzieć, na posterunku na szczęście trwali Ascaron oraz Galahad, którzy mając wielkie poszanowanie wśród innych, szybko zaprowadzili porządek. Arcymistrz mógł kontynuować.
- Wiem, że jesteście tym wszystkim poruszeni, ale to była konieczność. Arcymistrz Archon, jak niektórzy zapewne wiedzą, był jednym z ogniw pieczętujących, został jednak dotkliwie raniony podczas pieczętowania bramy. Rana okazała się nie tyle poważna z punktu fizycznego uszczerbku na zdrowiu, ale z powodu skutków ubocznych, mianowicie opętania. Demon który ranił wówczas arcymistrza przeniósł część swojej duszy do niego, tam powoli odzyskiwał siły i przejmował kontrolę nad ciałem i umysłem Archona. Zabicie go było jedynym wyjściem, pieczęć bramy znacznie przez t osłabła, jednak gdyby to on został się ostatnim ogniwem przy życiu mógłby w dowolnej chwili otworzyć bramę ponownie. Ostatnie wydarzenia tym samym nieco zmieniają kierunek naszych działań. Priorytetem staje się odbudowanie pieczęci. Zostanie powołany do tego specjalny oddział, który zajmie się zbieraniem informacji o ewentualnej możliwości odrestaurowania bramy.
            Ta wiadomość poruszyła wszystkich, zaczęli oni szeptać jeden do drugiego, nad rosnącym chaosem ponownie zapanowali dwaj mistrzowie.
- Przejdę teraz do kolejnej rzeczy, w oddziałach zajdą niewielkie zmiany, oddział walki dystansowej będzie teraz prowadzony przez mistrza Zheroo, natomiast były mistrz Ender zostanie stracony dziś o zmierzchu poprzez powieszenie. Jak się okazało spiskował on razem z Archonem przeciwko Requiem oraz całej ludzkości, niech to będzie przestroga dla tych, którzy chcą kombinować. Ponadto dołączą do nas weterani, którzy brali udział w bitwie o Bramę Sądu, prosiłbym aby w tej chwili otworzyć bramy cytadeli by pozwolić im wjechać do środka.
            Wszyscy obrócili głowy i wlepili wzrok w bramę, gdy tylko się otworzyła do środka weszli wszyscy ci, którzy wyruszyli z arcymistrzem z Mymur. Była to taka mała armia z ogromnym doświadczeniem w mordowaniu, która miała podnieść standardy nauczania rzemiosła wojennego Requiem. Wszyscy patrzyli na dumnie kroczących ludzi będących nieco po czterdziestce. Doświadczenie biło z każdej blizny, siła z oczu a surowość namalowana na twarzy wzbudzała szacunek. Była to nowa siła napędowa, która miała przygotować nowe pokolenie do prawdziwej wojny. Gustaw rozejrzał się jeszcze raz dokładnie ale nie zobaczył ani Draxa ani Delany, nieco zawiedziony tym faktem spuścił głowę by po chwili dumnie unieść ja do góry i kontynuować swoje przemówienie.
- Oto stara gwardia Requiem, zajmą się oni szkoleniem jak i pomocą w nadchodzących bitwach. Jest jeszcze coś o czym powinniście wiedzieć, postanowiłem także korzystać z usług esperów, są to osoby specjalizujące się w komunikacji na duże odległości za pomocą umysłu, w przeciągu kilku dni powinni się zjawić. Są bardzo cenną i rzadką jednostką tak więc liczę, że będziecie ich chronić za wszelką cenę.
- Esperzy… - mruknęła Healmore stojąca gdzieś w tłumie.
- Martwi cię to? – odrzekła Linda
- Miałam kiedyś kontakt z jednym, wyglada na to, że są dość chorowici.
- Czyli będzie co robić.
- Jeszcze ci się znudzi…
            Nie tylko panienki Healmore i Dawnstar były poruszone wieścią o esperach, Aeon pod nosem także rzucił kilka bluzgów na temat tego pomysłu.
- A teraz ostatnia informacja nim udacie się na posterunek czy też spoczynek. Ci którzy nie akceptują mojego pomysłu, nie maja zamiaru stosować się do rozkazów, czy też nie podoba i się droga która właśnie objęliśmy, albo są po prostu znudzeni służbą mogą do jutra rana opuścić szeregi Requiem, bez ponoszenia żadnych konsekwencji. Przemyślcie dobrze sytuacje w jakiej się znajdujecie, jeśli czujecie, że nie podołacie, zrezygnujcie, kolejnej takiej okazji nie będzie.
            Wiadomość ta zaszokowała wszystkich zebranych, nigdy w historii Requiem nie zdarzyło się, aby pozwolono komuś odejść, niewątpliwie w gronie zgromadzonych były osoby gotowe odejść. Tymi słowami Gustaw skończył swoje przemówienie, nie było ono krótkie i łatwe ale cała noc nad nim pracował i teraz był zadowolony z jego efektów. Jedyna rzecz której ciągle nie mógł sobie darować to brak obecności Draxa i Delany na dziedzińcu, dał im jasno do zrozumienia co będzie znakiem ich rezygnacji. Po drodze do biura zagadał go Ascaron.
- Nie mogę uwierzyć, że pozwalasz ludziom tak po prostu odejść.
- Lepiej puścić ich wolno, niż bać się że będą podżegać do buntu.
- W zasadzie masz rację, a co z moimi ludźmi?
- Znajdę ci kogoś – powiedział naciskając na klamkę drzwi do swojego gabinetu.
            Gdy tylko wszedł nie wierzył własnym oczom, na fotelu siedział Drax z nogami wywalonymi na biurko, ręce miał założone za głowę. Na biurku siedziała Delana wczytana w jakieś akta.
- Siema – rzucił beztrosko Drax
- Siema? Wiesz ile mi napędziłeś strachu! – wykrzyknął Ascaron
- A panienka Delana chyba znudzona całkowicie, że zabrała się za czytanie spisu członków. – wtrącił Gustaw.
- W rzeczy samej, dość długo zeszło Arcymistrzowi z przemówieniem.
- Dobra koniec wygłupów, zróbcie mi miejsce i wracajcie do siebie.
- Skąd wiesz, że nie przyszliśmy się pożegnać? – odrzekł Drax
            Ascaron pobladł na twarzy i wytrzeszczył oczy.
- Chyba.. chyba nie zamierzasz… odejść? – wymamrotał
- Pewnie, że nie, ale chciałem zobaczyć tylko jak zareagujesz.
            Wszyscy wybuchli śmiechem prócz samego Steelstrike’a. Takie nagłe zmiany nastroju nie były w jego typie, jeśli się śmiał to albo był pijany albo od rana chodził jak w skowronkach. Ale jego poczucie humoru było zbyt statyczne żeby zmienić się z sekundy na sekundę. Drax wstał z siedziska i zabierając ze sobą Elanę wyszedł. Ascaron został się znowu sam na sam z Arcymistrzem.
- Tak sobie teraz myślę – napomknął – Jeśli odejdą ci co mają odejść mogą wzniecić bunt, albo przekazać jakieś dokumenty demonom, może lepiej ich zabić.
- Ascaronie… - powiedział półgłosem – Mordowanie niewygodnych osób to metoda Archona, nie moja.
- Jednak Endera się pozbędziesz.
- Sprawa Endera jest z innej bajki, to zdrajca i spiskowiec a nie niezadowolony wojak.
- Mimo wszystko…
- Są pewne rzeczy których się zmienić nie da – wtrącił – Teraz idź muszę się przygotować do egzekucji.
            Ascaron zastosował się do polecenia i opuścił gabinet, wtem odezwał się głos z wnęki.
- Można uniknąć kary Endera.
- Co proponujesz Lesterze? – odpowiedział Arcymistrz.
- Jesteśmy twoimi cieniami, załatwimy to tak, że nikt zauważy.
- Znów trucizna?
- Tak ostatnio Kaay opracował ciekawa recepturę, jedna kropla w szklance wody powoduje halucynacje oraz wywleka na wierzch myśli samobójcze co razem doprowadza do samobójstwa, wszystko będzie wyglądało jak należy.
- Zdążycie przed wieczorem?
- Tak
- Jest wykrywalna? Mamy dobrych medyków.
- Tak, ale jedynie co można stwierdzić to że ktoś zażył narkotyk.
- W takim razie róbcie swoje.
            Lester opuścił Arcymistrza i udał się w najgłębsze zakamarki podziemnych sal cytadeli aby przekazać informację Kaay’owi. W miedzy czasie Gustaw wezwał do siebie Zheroo.
- Witam nowego mistrza
            Zheroo ukłonił się tylko.
- Zapewne wiesz, że teraz ciąży na tobie brzemię dowodzenia oddziałem.
- Tak wiem, ale wiem też, że potrzebuję kogoś kto zastąpi Endera.
- Z tym jest najmniejszy problem, widziałeś tych co przyszli prawda?
- Owszem.
- Jest wśród nich Imar Acran, łatwo go poznasz, ma ciemną karnację i włosy splecione w dredy, to dobry łucznik. Przynajmniej na chwilę obecną powinien wystarczyć.
- Jest doświadczony?
- Brał udział w bitwie o bramę, strącił kilka głów ze znacznej odległości.
- Rozumiem, natychmiast się do niego udam.
            Zheroo ukłonił się po raz kolejny i opuścił gabinet. Czas upłyną szybciej niż mogło by się wydawać i słońce poczęło kierować się w stronę drugiego horyzontu. W więzieniu rozległ się krzyk praczki która przyniosła strój skazanemu w którym miał zostać powieszony. Ender leżał martwy. Natychmiast posłano po oddział medyczny, mistrzyni Healmore razem z Maclade’em byli na miejscu już po kilku minutach. Lewa ręka Endera tuż nad nadgarstkiem była wygryziona do kości, z jego ust wystawały jeszcze kawałki mięsa i żył, cała posadzka zbrukana była krwią.
- Sam to zrobił? – zdziwił się Maclade
- Zaraz się dowiemy. – odpowiedziała Elena i przyłożyła rękę do głowy Endra.
            Zawsze w ten sposób badała samobójstwa, przy użyciu magii starała się odrestaurować ostatnie wspomnienia ofiary, które może jeszcze nie uleciały z głowy. Obrazy owych wspomnień mogła ona sama odebrać i zobaczyć. Takiego obrazu się jednak nie spodziewała, ujrzała bestię przypominającą ogromnego psa o dziesięciu głowach, trzech ogonach skorpiona i smoczych łapach. Kiedy wszystkie dziesięć głów wgryzło się w ciało z pomiędzy nich wystrzeliła głowa smoka która wbiła swoje kły w gardło. Wtedy też elen rzuciła się z zębami na swoja lewą rękę, naszczepcie Maclade szybko zareagował i wyprowadził ją z transu.
- Co widziałaś?
- Zażył jakiś narkotyk, to co widziałam musiało być halucynacją popychającą do samobójstwa.
- Sama byś sobie wygryzła rękę tak jak on.
            Elena struchlała.
- Jak to, przecież…
- To musiało być coś naprawdę mocnego.
- Bez wątpienia.
            Na miejsce po chwili dobiegł także Arcymistrz udając wielce zmartwionego.
- Wiadomo już co się stało? – spytał
- Sytuacja w jakiej się znalazł oraz narkotyk mogły wywołać reakcję prowadzące do samobójstwa. – odparła Elena
            Gustaw uśmiechnął się ukradkiem. Miał wszakże powody do radości, Ender jest martwy, egzekucja nie będzie musiała się odbyć, on sam nie musi szykować mowy. Samobójstwo samo w sobie było mu na rękę, nikt teraz nie będzie mógł go posądzić o stosowanie podobnego systemu co Archon. Oficjalna deklaracja na temat śmierci Endera brzmiała „Samobójstwo spowodowane przedawkowaniem narkotyków”. I tej wersji Requiem będzie się trzymało przez wiele, wiele lat.

piątek, 4 marca 2011

Rozdział 15: Decyzja (Część trzecia)


Sparaliżowany strachem Ender usiadł na ziemi i ani drgnął do końca rozmowy.
- Kolejna sprawa, to przegrupowanie oddziału strzeleckiego, dopiero co tu przybyłem więc muszę się zdać na was panowie.
- To, że Ender nie potrafił dowodzić oddziałem nie znaczy, że cały oddział jest beznadziejny – zaznaczył Aeon – Jest tam człowiek nazywający się Zheroo, w rzeczywistości to on trzymał oddział w kupie, jednak ciągłe konflikty i ego Endera nie pozwalały na skuteczne działanie.
- Rozumiem, wezmę to także pod uwagę.
            Gdy tylko wspomniano o Zheroo Enderowi aż się zagotowała krew, miał jednak świadomość, ze nie ucieknie przez drzwi, które zagrodził skutecznie Galahad.
- A teraz ostatnia, ale nie najmniej ważna sprawa – kontynuował – Drax.
            Chłopak pojrzał na świeżo upieczonego Arcymistrza.
- Wiem po co przyszedłeś do Requiem, wiem, że nie tego chciał twój ojciec, ale wiem też że twoje umiejętności są na miarę gwardzisty.
- Zatem wiesz, że nie bardzo widzi mi się Requiem. – odpowiedział stanowczo Drax
- Wiem o tym dobrze, rozważ to jeszcze. Jeśli jutro nie zobaczę cię podczas przemówienia to będzie oznaczało, ze odszedłeś, chociaż byłaby to wielka strata.
- Zastanowię się jeszcze, ale szczerze chcę się odciąć od tego całego konfliktu.
- W porządku. Galahadzie wyprowadź proszę Endera do celi, jesteście wolni.
            Galahad chwycił Endera za rękę i mocnym szarpnięciem podniósł z ziemi, labirynt podziemnych korytarzy zaprowadził ich w końcu do miejsca gdzie na swój koniec miał oczekiwać Ender. Drax, Aeon oraz Delana także wyszli, natomiast Ascaron został poproszony przez Gustawa by jeszcze chwilę został.
- Myślisz, że Galahadowi można powierzyć mury? – spytał z lekką niepewnościa Gustaw
- Bez wątpienia, zapewne słyszałeś o bitwie pod Onkset.
- Masz na myśli rzeź która zakończyła konflikt pomiędzy księstwami Tarjun a Valarion?
- Tak, Galahad dowodził grupie obrońców Tarjun w wielkości tysiąca ludzi, jego magia ciągle pozostaje tajemnica, ale naoczni świadkowie twierdzili, że Galahad podczas tej bitwy zabił ponad czterystu najeźdźców przy czym cała armia wroga liczyła trzy tysiące.
- Obrońcy stracili ledwie pięćdziesięciu ludzi, zawsze się zastanawiałem jak to możliwe.
- Dokładnie dlatego nie widzę nikogo lepszego na murach.- stwierdził - Mam jednak wrażenie, że nie o tym chciałeś porozmawiać.
- Dobre masz wrażenie, zachowaj to w tajemnicy, Kwartałowcy będą oddziałem zabójców, do tego zresztą zostali wyszkoleni, oprócz nas nikt o tym ma nie wiedzieć.rozumiemy się?
- Jak najbardziej.
- Kolejna sprawa to ludzie którzy się zostali jeszcze po Archonie, musimy coś wymyślić żeby ich udobruchać…
            Tak obradowali jeszcze kilka godzin, Gustaw dopytywał się co i jak dokładnie wygląda w Requiem, co się zmieniło oraz o aktualnych członków. Pewne było, że Ascaron nie stracił funkcji ulubieńca Arcymistrza. Od tej pory czas leciał wszystkim nieubłaganie, ledwo wzeszło słońce i zalało cytadelę swoimi promieniami a już chowa się po drugiej stronie horyzontu. Czerwonawa łuna przypomniała swą barwą o krwi która została rozlana tego ranka, przypomniała tez, że po nocy nastaje dzień pełen kolejnych wyzwań. Drax leżał na pryczy gapiąc się w sufit, w jego myślach pojawiała się, co prawda na krótko, myśl o tym by zostać w Requiem. Szybko jednak zabijała ja druga, przypominająca, że końca służby może nie dożyć a okazja na oficjalne opuszczenie fortecy może się nie zdarzyć nigdy więcej. Gdy tak bił się z myślami rozległo się pojedyncze pukanie do drzwi, siwy jeszcze nie zdarzył odpowiedzieć, gdy przez próg wparował zziajany Aeon.
- Przjebane stary! – wykrzyknął
            Drax zerwał się na równe nogi.
- Co się stało?!
- Musisz mi pomóc inaczej będzie po mnie! – wykrzyknął wyraźnie zaniepokojony Aeon.
- Uspokój się, co się stało?
- Stary, poszedłem po piwerko do „Zarżniętego Łosia”, patrzę a tu podchodzi do mnie stary Waldek i mówi, że ma jako dla stałego klienta ma dla mnie coś specjalnego. Patrzę a on z trzema innymi ludźmi przynosi taką beczkę piwa, jakiej w życiu nie widziałem, koń by się zajechał jakbym mu kazał to wieść więc puściłem go przodem a sam toczyłem ja aż do mojego sekretnego miejsca. Wtedy zdałem sobie sprawę, ze sam jej nie dźwignę przez tunel i nie wniosę do kanciapy.
            Drax nie bardzo zrozumiał całej opowieści, kojarzył jedynie coś w stylu gospody która stoi przy kamiennej drodze, nie był jednak pewien czy to faktycznie był „Zarżnięty Łoś”. W każdym bądź razie obawa, ze coś się stanie zniknęła, jakby nie patrzeć był to pierwszy raz kiedy widział Aeona zdenerwowanego, a przynajmniej tak roztrzęsionego. Coc ciekawe podczas walk z demonami Aeon zachowuje niesamowitą przytomność umysłu, podczas gdy myśl o braku piwa doprowadza go na skraj stabilności psychicznej.
- Rozumiem że nie ma wyjścia jak ci pomóc zatargać tą bekę?
- Takiej odpowiedzi oczekiwałem!
            Nie czekając na nic obaj przyjaciele ruszyli do kwatery znajdującej się pod Aeonową, tunel który stworzył Sandspell był pokaźnych rozmiarów.
- Będę podtrzymywał przejście a ty goń po beczkę!
            Drax popatrzył na niego jak na idiotę.
- Myślałem, że pójdziesz ze mną.
- A co z przejściem w 10 minut się nie wyrobimy, niema szans.
            Chłopak westchnął i nie pytając już o nic wskoczył w otchłań. Biegł co sił, jednak to nie obawa przed zamknięciem tunelu go napędzała, a smak który mu zrobił Aeon. Gdy dotarł do celu faktycznie zastał beczkę sporych rozmiarów. Wysoka na co najmniej półtora metra, średnicy miała może ze dwa.
- Jego chyba pojebało… - mruknął pod nosem.
            Drax ostrożnie przechylił beczkę i z nie małym trudem wturlał do tunelu. Droga powrotna zajęła mu prawie godzinę, ale był niezmiernie szczęśliwy gdy wyszedł na zewnątrz. Aeon kolejnym zaklęciem stworzył glinianą kolumnę która wyniosła beczkę na poziom podłogi owej klitki. Gdy tylko zaklęcie zostało rozproszone obaj zabrali się za stawianie beczki „na nogi”.
- Wielkie dzięki człowieku, nawet nie myśl, żeby odejść.
- Czemu miałbym nie odchodzić?
- Bo nie będzie miał mi kto beczek targać – roześmiał się iście dziecięcym głosem.
            Humor Draxowi także się udzielił i chwilę później siedzieli już przy kufelku piwa.
- Ale tak na serio, Drax. – napomknął Aeon – Jeśli odejdziesz to będzie największa głupota jaką sobie wpiszesz w życiorys.
- Czemu tak uważasz?
- Pomściłeś rodziców, rozumiem, ale teraz Requiem się zmieni. Pyzatym Nie uciekniesz od wojny.
            Drax westchnął nie dorywając wzroku od kufla.
- Pomyśl tylko logicznie, jeśli odejdziesz a Requiem przegra wojnę demony przeniosą się na kontynent i będzie to koniec. Jeśli natomiast wygra będziesz częścią tego zwycięstwa.
- Jeden w tą czy w tą nie robi różnicy - zripostował.
- Może w przypadku strażnika, ale nie gwardzisty, a mam przeczucie, że zrobisz znacznie więcej niżeli zabicie diabła czy dwóch.
            Aeon jeszcze przez chwilę próbował przekonać przyjaciela by ten pozostał w Requiem, ten jednak bez żadnego zapewnienia, czy chociażby odpowiedzi kończył piwo i udał się do siebie pod pretekstem senności. Spać mu jednak nie było dane, przemyślał dokładnie wszystko co powiedział Aeon a czas decyzji zbliżał się nie ubłaganie.

czwartek, 3 marca 2011

Rozdział 15: Decyzja (Część druga)


Witam ponownie, mam dla was kolejny kawałek moich wypocin. A przy okazji wczorajszego spaceru pośród zaśnieżonej gęstwiny leśnej wpadłem na pomysł krótkiego opowiadania. Czarnej komedii... moze kiedys upchne na blogu.
Zdroovko.
--------------------------------------------------------------------------------------------------------
Żartowali jeszcze przez dobre kilkadziesiąt minut, śmiech był najlepszym sposobem by zapomnieć o wydarzeniach których byli częścią. Wtedy to Aeon spojrzał na zegar, dochodziła godzina 11 rano.
- Pora się zbierać, bo nas Ascaron powiesi za jaja… - napomknął leniwie.
            Bez słowa wszyscy wstali i ruszyli w stronę biura Arcymistrza, Aeon idąc przez dziedziniec rzucał zalotne spojrzenia każdej napotkanej kobiecie, wyjątkiem była idąca obok niego Delana. Była to jedyna kobieta, której naprawdę się bał narazić, za każdym razem gryzł się w język gdy miał powiedzieć coś głupiego, zresztą nie było w Requiem osoby która chciałaby spotkać się z jej magią. W końcu zjawili się pod gabinetem. Tabliczka która wcześniej wisiała na drzwiach teraz leżała u progu.
- Widzę Gustaw już zaczął zmiany wizualne – rzucił Drax nie odrywając wzroku od zdewastowanych drzwi.
            Nacisnął na klamkę i wszyscy weszli do środka. Zastali tam całą śmietankę, Ascarona, Galahada, Endera i pannę Healmore.
- Panienka Healmore jest wolna, ale proszę przysłać później resztę pani ludzi, chciałbym się dowiedzieć wszystkiego na temat opieki zdrowotnej wewnątrz fortecy.
- Rozkaz Panie! – odpowiedziała i wyszła delikatnie zamykając za sobą drzwi.
- Skoro już jesteście to pora porozmawiać o zmianach jakie zajdą w szeregach Requiem.
            Wszyscy wbili się wzrokiem w Arcymistrza.
- Najpierw chciałbym podziękować panu…
- Galahad, Galahad Stonepillar, panie.
- Tak więc dziękuję ci za twoją nieocenioną pomoc. – powiedział i zajrzał w spis członków Requiem. – Protektor tak? Jeżeli jest coś czego potrzebujesz pytaj śmiało.
- Nie chciałbym nadużywać pańskiej życzliwości, ale tak jest jedna rzecz, w celu uprawnienia obrony chcę mieć prawo do wyznaczania warty każdego dnia.
- A nie było tak do tej pory?
- Wszystkie zarządzenia wychodziły od Arcymistrza, grafik pełnienia warty był odgórnie ustalany, mogłem jedynie proponować ludzi do warty, bądź wyznaczać zmienników, co więcej zaczyna się dość trudny okres w Requiem i nie wypada, żeby Arcymistrz zajmował się wszystkim.
- Muszę ci przyznać rację, wezmę twój wniosek pod uwagę. Jednak chcę abyście zostali tu jeszcze przez chwilę gwardzisto.
            Galahad kiwnął głową i zrobił miejsce przy biurku pozostałym.
- Kolejna sprawa, wiem że prócz Arcymistrza była osoba trzecia, która doskonale znała jego plany i gdyby została w Requiem mogłaby je realizować.
            W tej chwili Ender oraz Stonepillar przeszyli się wzrokiem.
- Na co się tak patrzysz panie Ender? – rzucił sarkastycznie Gustaw. – w twoim oddziale panuje chaos, jesteście bolączką tego zgrupowania mistrzu. Chaos jaki panuje w twoim oddziale można doskonale wykorzystać do osiągnięcia własnych celów nieprawdaż?
- Ale to nie prawda, to nie tak!
            Soulripper w tej chwili spoważniał, a wręcz ociekał surowością.
- W ciągu tygodnia zostaniesz publicznie stracony na dziedzińcu, pod zarzutem spiskowania przeciwko Requiem na rzecz przeklętych.
- N-nie… nigdy mnie nie dostaniecie, nie zginę w ten sposób!
            Natychmiast zerwał się do ucieczki, dopadł się już klamki, kiedy to silne ramię Galahada szarpnęło go do tyłu. Obaj panowie ponownie wymienili sobie spojrzenia, szyderczy wzrok Galahada spotkał się z nieobecnym już wzrokiem, żywego trupa.

wtorek, 1 marca 2011

Rozdział 15: Decyzja (Część pierwsza)

Resztki życia uciekały ze stygnącego ciała Dona, jego pozbawiona życia dłoń trzymała Galahada za kostki u prawej nogi. Sine usta nie wyrzekły już ani jednego słowa a krew niczym niewielki strumyk wypływała spod ciała pokonanego i rozlewała się po Astralowej posadce. Galahad pogardliwie sapnął i kopną trzymająca go, nieżywą rękę. Ascaron oraz Gustaw zaskoczeni nagłym wejściem głównego obrońcy zawiesili na nim wzrok, ich serca przepełniła nieopisana euforia. To się naprawdę stało, Don Archon, najdłużej urzędujący i z pewnością nie mniej zasłużony niżeli sam Thargorn, leży na ziemi pozbawiony życia. Uwagę Ascarona przykuła zabliźniająca się rana na prawej ręce zabitego. Przez niemalże dwadzieścia lat nie było widać poprawy a tu po śmierci niemal natychmiast pojawia się blizna. Po chwili milczenia Galahad odwrócił się do swoich towarzyszy i przyklęknął na jednym kolanie.
- Na twoje rozkazy, Arcymistrzu Soulripperze.
Gustaw poklepał go po ramieniu.
- Wstań, to nie czas i miejsce by klękać.
Stonepillar nie oponował i natychmiast podniósł się z ziemi.
- Włóżcie ciało do trumny i zanieście do krematorium, puśćmy z dymem stare Requiem. – nakazał Gustaw
            Tak też postąpili, Ascaron chwycił za ręce Galahad za nogi i włożyli truchło do trumny, po czym udali się w stronę krematorium, co chwila narzekając na wagę trumny razem z jej zawartością. Soulripper z kolei skierował się ku wyjściu, w miarę jak się doń zbliżał dało się słyszeć coraz więcej głosów. Drzwi stanęły mu już przed oczami, w jego głowie obijało się jedno  pytanie „Jak zareagują na umarlaka?”. Pchnął on drzwi który z lekkim skrzypieniem otwarły się na korytarz z którego niedaleko było do wyjścia z kompleksu. Strażnicy i służba stali jak wryci, nie wierząc własnym oczom szeptali do siebie. Widok zbrukanego krwią Gustawa po którego twarzy spływał pot i łysiny świecącej się niczym wypolerowana stal wprawiłby nie jednego w osłupienie. Na dziedzińcu zebrał się tłum i gdy tylko nieznajoma sylwetka pokazała się w drzwiach wszystkie oczy zwróciły się w jej stronę. Każdy spodziewał się ujrzeć swojego Arcymistrza a nie kogoś kto miał być martwy, przynajmniej w oczach weteranów. Gustaw stał tak przez chwilę patrząc na tłum. Zmęczone ciało potrzebowało wentylacji i minęła krótka chwila zanim mógł coś powiedzieć.
- Cześć…- odezwał się zziajany – To ten… no… Jestem Gustaw Soulripper i…
W tej chwili dym wydostający się z krematoriów odwrócił uwagę zebranych. Gustaw mógł odetchnąć, gdyż spontaniczne mowy nie były jego mocną stroną. Po cichu liczył na jakiś mały cud, ale nadzieja go poczęła opuszczać gdy oczy zwróciły się ponownie na jego osobę.
- Coś ty za jeden! 0- wykrzyknął ktoś z tłumu
- To nowy arcymistrz, Gustaw Soulripper, wódz Starego i aktualnie nowego Requiem. - oznajmił zza pleców Soulrippera Ascaron.
            Nastąpiło spore poruszenie, uśmiechy pojawiły się na twarzach tych, którym rządy Archona nie przypadły do gustu. Jego poplecznicy natomiast mieli dość minorowe nastroje. Pewne było jednak, że nikt nie pozostał obojętny na słowa które padły i wydarzenie które miało miejsce. Widząc reakcje swoich podwładnych Soulripper poczuł grunt pod nogami.
- Towarzysze broni! – zwrócił się do zebranych – Zmiana na fotelu Arcymistrza pociągnie za sobą kilka zmian w szeregach Requiem!
- Jakie znów zmiany?! – odezwał się jeden
- Czy obejmą strażników? – dopytywał drugi
- Dlaczego mamy ci służyć?! – wykrzyknął trzeci.
            I tak zaczęli przekrzykiwać się jeden przez drugiego, a pytaniom wydawało się niebyt końca, w końcu Gustaw postanowił uciszyć tłum.
- Dziś jeszcze omówimy kilka spraw w gronie mistrzów, jutro o godzinie dziesiątej rano przedstawię reformy jakie zajdą w najbliższym czasie, jednocześnie proszę o nie wszczynanie zamieszek ani podnoszenie głosu w tej sprawie. Ostatnio dało się zaobserwować liczne purpurowe rozbłyski, wojna idzie, Requiem nie może być słabe!
            Część zadowolona z powrotu Soulrippera natychmiast zaczęła skandować jego imię, pociągnęło to za sobą całą resztę. Sam Gustaw Dumny ze swojego osiągnięcia polecił Ascaronowi pójść po Draxa i resztę, i przekazać, że mają się stawić w biurze Arcymistrza za godzinę. Dym z krematorium stawał się mniej wyraźny z każdą chwilą, w końcu po dobrych dwudziestu minutach po Donie nie pozostał nawet smród.
- Już po wszystkim jak mniemam? – powiedział Drax do zachlapanego krwią Ascarona który stanął u progu.
- Tak, za godzinę w biurze Arcymistrza odbędzie się spotkanie, macie być wszyscy.
- Się rozumie – wrzucił Aeon i popił swoje słowa piwem.
- Tylko się nie upij do tego czasu…
            Na dziedzińcu dało się słyszeć głosy jakoby Drax naprawdę nie żył, kilka dziewcząt nawet uroniło łzę, to też nie małe było zaskoczenie gdy cały i zdrowy wyszedł z kwatery w chwilę po Ascaronie. Kilku strażników nawet podbiegło zobaczyć czy to nie jakaś sztuczka, wtedy Drax wytłumaczył im cały plan. Nie uwolnił się jednak na długo od swoich kompanów, Delana oraz Aeon od razu do niego przystąpili i zabrali na piwo do kwatery. Nie można powiedzieć, że Bloodpledge się przed tym wzbraniał, w tym towarzystwie lubił sobie strzelić kufelek czy dwa, co więcej po takich przeżyciach była to jedyna rzecz na która miał ochotę. Aeon upuścił piwa z beczki i cała trójka zasiadła na łóżku. Po chwili dołączyła do nich Maya, ta jednak nie miała ochoty częstować się browarem. Poza tym jej noga nadal nie była w pełni sprawna więc musiała ostrożnie dawkować złocisty trunek.
- Jaki on jest? – spytała Delana
- Kto taki?
- Soulripper oczywiście.
            Drax zamyślił się chwilę.
- Twardy skurwysyn, pierwszy raz widziałem kogoś kto stoi ponad moim Transem Wiatru.
- Głupek… ile razy mam ci powtarzać, żebyś go nie używał?
- Ale… a zresztą nie ważne i tak ci nie przegadam.
- Szybko się uczysz widzę – roześmiała się Delana
            Jej śmiech został jednak szybko przerwany wiązanką przekleństw Aeona. Oczy wszystkich zwróciły się na niego.
- Cholera… powiedziałem to na głos?
- Dość wyraźnie – roześmiał się Drax – Co się stało?
- Piwerko się skończyło… - odpowiedział grobowym głosem jakiego nikt by się nie spodziewał po tym człowieku.
            Maya podparła głowę ręką, spuściła wzrok w dół i głęboko westchnęła.
- Ty to się nigdy nie zmienisz co?
- Zmienię się zmienię, za jakieś pięćdziesiąt lat jak dobrze pójdzie.
- Ciekawe w co…
- W zmarszczonego, wyschniętego i zgniłego lenia który całymi dniami leży na plecach w drewnianym pudełku na jedzenie. – zripostował.
            Wszyscy ponownie wybuchli śmiechem.