Blackrose, mała wioska położona na południe od cytadeli, niemal na samym skraju wyspy, otoczona gęstym lasem świętowała swoje dni. Wśród gości niespodziewanie zjawił się nikt inny jak sam Gustaw Soulripper. Wszyscy mieszkańcy usługiwali mu najlepiej jak mogli, podawali wino, przekąski i dbali o wszelkie możliwe wygody, nawet młode, pół-nagie dziewczyny uraczyły arcymistrza tańcem brzucha. Gustaw nie odmawiał zabawy, jednak tylko do czasu, aż tuz obok niego zasiadł człowiek odziany w czarne szaty. Włosy miał czarne niczym smoła związane w warkocz sięgający pasa. Oczy czarne jak węgiel odbijały blask palącego się ogniska. Z twarzy wyglądał na nie więcej jak trzydzieści pięć, może czterdzieści lat.
- Może wina kapłanie? – spytała jedna z dziewoj zauważając przybycie kolejnego dostojnika.
- Nie dziękuje moja droga, - odpowiedział ciepłym głosem – Muszę być na siłach, gdyż jutro muszę odprawić mszę do naszej bogini.
Dziewczyna tylko uśmiechnęła się i odeszła rozlać wino pozostałym biesiadnikom.
- Wszystko gotowe, Samuelu? – spytał arcymistrz.
- Tak panie, musimy jednak poczekać, aż wszyscy się rozejdą.
- Niech Thanatos, ma ich w opiece. – odrzekł arcymistrz z lekkim wahaniem w głosie.
- Módl się lepiej do Nemezis, tylko wtedy zostaną uwolnieni od wojny.
Soulripper spojrzał w stronę żeliwnego kielicha wypełnionego po brzegi winem, po czym chwycił go w dłoń i wstał, aby wznieść toast. Wszyscy mieszkańcy natychmiast zaprzestali pieśni i tańców, i razem z Gustawem chwycili za swoje kielichy.
- Pijemy dziś za to, aby dobrze się działo w waszej wiosce, pijemy za wasze zdrowie i za nasze zwycięstwo, albowiem bliski jest już kres tej przeklętej wojny! – ryknął niczym lew.
Wszyscy, za wyjątkiem arcymistrza i Samuela, wypili swoje kielichy do dna. Za chwilę ktoś krzyknął.
- Zdrowie Arcymistrza! Zdrowie Cesarza!
Ludzie ponownie wznieśli toasty, tym razem ani Gustaw ani Samuel nie wstali z ławki. Po hucznych toastach i sytej uczcie przyszedł czas na chwile relaksu przy muzyce okolicznego skrzypka. Zaczął on grac melodie powolną, melancholijną, która powoli poczęła przeradzać się w wojenną pieśń. Nabierała tempa i agresji z czasem w głowie Soulrippera pojawiły się sceny z czasów gdy ramie w ramię z Eliasem starali się za wszelką cenę wypełnić rytuał i zamknąć demony w ich własnym świecie. Błysk w jego oczach został dostrzeżony przez Samuela.
- Nie chcesz, aby to się powtórzyło, prawda? – spytał z chytrością w głosie.
- Nie chcę. – odpowiedział jakby zahipnotyzowany, Gustaw – Nie mam teraz wątpliwości, że to najlepsze wyjście.
Kapłan poklepał arcymistrza po ramieniu i szepnął do ucha kilka słów, które wyraźnie poprawiły mu nastrój. Po czym wstał od stołu i udał się do kaplicy.
- Już waszmość idzie? – zaczepił go dobrze wstawiony barman.
- Idę, muszę się dobrze przygotować do jutrzejszego kazania, żebyście mi nie pozasypiali. – powiedział z uśmiechem na twarzy, po czym podążył w swoja stronę.
Księżyc zbliżał się już ku zachodniej części nieboskłonu, kiedy to ostatni ludzie odeszli od stołu. Arcymistrz oblegany pytaniami i naleganiami o nocleg, stanowczo odmawiał. Ciągle powtarzał, że i tak nadużył już wiejskiej gościnności oraz, że w Requiem niezwłocznie czekają na rozkazy. Kierując się jedyną droga wybiegającą z wioski zatrzymał się przy kaplicy. Dostrzegł siedzącego przy ołtarzu Samuela, kartkującego jakąś stara zmurszałą księgę. Gdy tylko wszedł do środka, dźwięk jego kroków rozniósł się po całej kaplicy.
- O ile pamiętam to rano jeszcze kaplica wyglądała nieco inaczej – odezwał się niosącym echo głosem wskazując na rzeźby w ścianach.
Zamiast dawnych rzeźb aniołów czy podobizn Sfere, znajdowały się w ich miejscu kamienne twarze wykrzywione w bólu, postaci na obrazach przypominały bardziej umarłych, częśc z nich zamiast głowy miała czaszki z niesamowicie realistycznie wyglądającymi oczodołami. Zupełnie jakby ktoś wepchnął wypolerowaną ludzką czaszkę w portret. Ornamenty na samym ołtarzu także zmieniły swój wygląd, dawniej splecione dłonie symbolizujące boską pomoc, teraz stały wężami, których kły są wycelowane w siebie nawzajem.
- Wszystko da się zrobić przy pomocy magii. – odrzekł kapłan.
W tym momencie z okolic krypty uszu Gustawa doszedł odgłos szurania po podłodze.
- Kto tam jest?! – spytał zaniepokojony.
- Proszę się nie martwić, niema tu nikogo, kto by nam przeszkodził. – zapewnił Samuel i zamknął księgę.
Jednym ruchem zdarł obrus z ołtarza, odsłaniając tym samym magiczny symbol. Składał się on z pięciu kół, których środki połączone były prostymi liniami formującymi pentagram. Po środku znaku znajdował się napis runiczny, który w przełożeniu na nowy Nemezejski brzmiał „Wyrzekam się”. Jednak jego znaczenie pozostało dla Gustawa tajemnicą.
- Nim rozpoczniemy, wypij to. – powiedział kapłan podając Gustawowi fiolkę z czerwoną zawiesiną.
- Co to jest? – spytał podejrzliwie.
- Część naszego układu, a dokładniej krew demona. Jak wiesz do stworzenia Gravenimage potrzeba kogoś, kto choć w małej części jest demonem, człowiekiem oraz umarłym.
- Rozumiem, że martwą część chcesz uzyskać poprzez rytuał.
Samuel uśmiechnął się i ponownie nakazał Gustawowi wypicie zawartości fiolki. Ten bez dłuższego namysłu otworzył ją i wlał cała zawartość do gardła. Gdy tylko ją przełknął poczuł, że jego nogi powoli się uginają, oczy zaczęły mu zachodzić mgła, a serce biło nierytmicznie.
- Cos ty narobił? – wybełkotał
- Ludzki organizm nie wytrzyma długo kontaktu z demoniczną krwią. – odpowiedział chwyciwszy go pod ramię. – teraz musimy działać szybko.
Gustaw poczuł dopiero wtedy, siłę kapłana, nie był to z pewnością człowiek, który całe Zycie spędził w zakonie. Jego dłonie oraz kark pokryte były bliznami, a ciało wydawało się muskularne. Samuel ułożył Arcymistrza na ołtarzu i rozpoczął inkantację.
- Iruah non ishelor – wykrzyknął na koniec.
- Wzywam cię, lecz nie przybywaj… - wybełkotał ostatkiem sił Soulripper – Co to ma znaczyć…
Samuel uśmiechnął się od ucha do ucha jak tylko kaplica zniknęła a oni znaleźli się gdzieś w mrocznej przestrzeni. Wokół nich wirowały strumienie czerwonego światła a z mroku wyłoniła się istota do połowy odziana w zbroję a do połowy w szatę, dzierżąca w jednym reku miecz a w drugim drewnianą laskę. Gdy tylko przekroczyła granice runy zniknęła w mroku.
- Wyrzekliśmy się Nemezisa, staniesz się Gravenimage, pierwszym stworzonym przez człowieka.
Wtem ból przeszył ciało Gustawa, nieduży kościany sztylet ze zdobiona rękojeścią wbity był w jego serce. Wtedy czerwone światło, które dotychczas wirowało po czarnym sklepieniu z całą mocą rzuciło się w stronę przebitego serca. Gustaw wygiął się z bólu a krew potoczyła się po jego policzkach. Nagle ból przestał mieć znaczenie, nie czuł już nic, nie widział nic, nie słyszał własnych myśli. W końcu otworzył oczy a poranne promienie słońca wpadały przez okna kaplicy. Gdy tylko doszedł do siebie chwycił się za serce, nie czuł jego bicia, ale żył, oddychał normalnie jak wcześniej. Spojrzał na swoją pierś, nie było na niej śladu po ukłuciu. Powoli podniósł się z zimnego kamiennego ołtarzu, próbując zrozumieć co się stało rozglądał się desperacko po murach. Wtedy ujrzał w drzwiach zgraje, jak mu się wydawało wieśniaków. Nawet nie próbował myśleć o tym, czego dowie się teraz świat. Ujrzał swoją broń leżącą w rogu i rzucił się w jej kierunku. Był gotów wszystkich pozabijać, tylko po to, aby jego poczynania nie wyszły na jaw. Wtedy pośród nich pojawił się kapłan.
- Genialnie, wszystko się powiodło jak widzę. – zawołał, klaszcząc w dłonie z radości.
Chwycił jedno z przybył za rękę wy wyrwał ją z łatwością jakby to była kukiełka, następnie obracając się uderzył martwym ramieniem tego samego wieśniaka w głowę, która odpadła i poturlała się pod ścianę.
- Napraw się moje ty chucherko. – powiedział radośnie.
A bezgłowy trup chwycił za rękę która się natychmiast przyczepiła do jego ramienia i następnie tak samo poczynił z głową. Gustaw patrzył na to wszystko z niedowierzaniem.
- Musimy przeprowadzić jeszcze jeden test. – stwierdził Samuel. – Zabij mnie.
- Zakładam, ze wszystko się udało. Tak, więc nie mam powodu. – odrzekł spokojnie Gustaw.
- A jeśli powiem ci, ze jesteś teraz moim sługusem tak jak te bezmózgie zombie? – zadrwił
- Co?!
- Dzięki tobie będę rządził Requiem. Jesteś marionetką, której nie zniszczy ani demon ani człowiek! – roześmiał się – Jesteś Gravenimage, boskim stworzeniem na usługach człowieka!
Te słowa doprowadziły Arcymistrza do furii. Rzucił się z obnażonym ostrzem w stronę swojego stwórcy i wymierzył cios, który posłałby pod piach nie jednego przeklętego. Ku jego przerażeniu ostrze zatrzymało się tuż przed głową kapłana, jego ciało nie było w stanie wykonać ani jednego ruchu, który miałby zagrozić Samuelowi.
- Idealnie, idealnie! – nie krył zachwytu kapłan.
- Teraz pora na twoją część układu. – powiedział Soulripper, opuszczając broń.
- Układu? Zawarłeś układ z nekromantą, w którym ceną było twoje życie. Chyba nie myślisz, że mam zamiar targować się ze sługusem?! – wybuchnął śmiechem.
Gustaw zacisnął zęby i ponownie złożył się do ataku, ale i tym razem nic nie zdziałał. Ostrze ponownie zatrzymało się tuz przed Samuelem.
- Nie potrzebnie się denerwujesz, możemy ocalić kilka istnień. Z twoja pomocą możemy rządzić na Azarath, i nie tylko. Teraz wróć do Requiem i dopilnuj, aby brama otwarła się całkowicie.
- Postradałeś zmysły bardziej niż ja… Może i damy radę pozabijać demony, ale masz zamiar mierzyć się z bogiem?
- Ty teraz i tak nic nie zrobisz, w zasadzie jesteś już martwy, także to tylko kwestia czasu, aż pieczęć bramy zostanie złamana. Poza tym powinieneś być mi wdzięczny, Requiem dostanie ogromne dotacje. – roześmiał się Samuel.
Gadka nekromanty wyraźnie działała na nerwy Gustawowi, jego niebijące serce przepełnione było żalem, chciał jedynie osiągnąć swój cel, a sam stał się narzędziem do osiągnięcia czyjegoś celu. Zdruzgotany opuścił kaplicę i szybkim krokiem skierował się w stronę wyjścia z wioski. Tuz przy znaku granicznym ponownie usłyszał wołanie nekromanty.
- Zapomniałem o jednej rzeczy. – wykrzyknął – stan, w którym się teraz znajdujesz to uśpiona forma. Aby się przebudzić musisz na nowo poczuć bicie serca.
- Jak mam to zrobić? – odparsknął
- Weź to – wykrzyknął Samuel i rzucił mu pochwę ze sztyletem w środku. – Jeśli poczujesz, że nie dajesz rady, wbij go w swoje serce. Zawarta jest w nim esencja wszystkich mieszkańców, gdy to zrobisz natychmiast dojdzie do reakcji, która przebudzi twoje grobowe oblicze.
Gustaw przywiązał sztylet do pasa i ruszył w stronę cytadeli, nieopodal osady stał jego rumak, na którego grzbiecie przyjechał. Na widok swojego jeźdźca zaczął się szarpać, jakby czuł, co stało się z jego właścicielem, ale w momencie, gdy lodowata dłoń dotknęła pysk zwierzęcia, przestał wierzgać. Wydawał się zaakceptować swojego pana po raz kolejny, nie zależnie od tego jak się zmienił. W końcu zarżał i poniósł swojego jeźdźca w stronę murów obronnych. Mknął tak przez gęstwiny dobre dwadzieścia minut, gdy jego oczom ukazała się skarpa z widokiem na cytadelę. „Coś tu mały tłok…” pomyślał i popędził swojego wierzchowca ostrogami. Galopując gnał w stronę bramy jakby zaraz miał ujrzeć dym znad fortyfikacji. Na szczęście mury stały nadal niewzruszone. Każda sekunda zbliżała go do celu wtedy na murze pojawił się jeden strażnik.
- Panie! Szybko! – wrzasnął.
Gustaw jeszcze bardziej popędził rumaka i ledwo zmieścił się pod otwierającą się bramą. Gdy tylko przekroczył mury osłupiał. Po środku placu leżeli martwi, oddziały lecznicze uwijały się jak pszczoły w ulu. Krew rozmazana była na znacznej powierzchni dziedzińca.
- Co tu się kurwa stało?! Gdzie jest Galahad?! – zbulwersował się Arcymistrz.
- To właśnie robota Galahada, zabrał swoich ludzi i opuścił fortecę tuz przed świtem, próbowaliśmy ich zatrzymać, ale oni bez ostrzeżenia dobyli broni.
- Straty?
- Przynajmniej dwudziestu martwych, w tym mistrzyni Healmore.
- Panie! Wrócili!
- Kto wrócił?! – odkrzyknął
- Ascaron i reszta!
- Chociaż tyle. – westchnął – Chcę, żeby mi ktoś zaraz zdał raport z tego, co tu się stało! – rozkazał i natychmiast ruszył do swojej kwatery.
Zamek w drzwiach był wyłamany, a dokumenty porozrzucane po całym pokoju. Na stole leżały tylko jedne, listy korespondencyjne. Listy, którymi wymieniali się Gustaw z Samuelem, na ostatnim z nich, w którym dogadali się co do bramy, dopisane było krwią „Takiego chuja – Galahad”. Teraz przyczyna takiego obrotu spraw stała się jasna. Galahad podzielał cele nekromanty, a tym samym Archona. Gdy już, jako tako ogarnął dokumenty drzwi do gabinetu otworzyły się a w nich stanął Ascaron oraz jeden ze strażników.
- Najpierw strażnik, mów.
- Panie zginęło dwadzieścia trzy osoby, w tym mistrzyni Healmore. Za Galahadem poszło około pięćdziesięciu ludzi. Znaczna część naszych odniosła ciężkie obrażenia, ledwie garstka jest zdolna do walki.
- Rozumiem, przegrupować się, wieczorem zwołam specjalną naradę.
- Panie. – Wtrącił Ascaron. – Co tutaj się stało?
- To co widzisz, Galahad przeprowadził rebelię.
- Jak to Galahad?
- Popełniliśmy błąd usuwając Endera. To Galahad był prawdziwym cieniem Archona.
- W takim razie pozbycie się gwardzistów Galahada też mogło być błędem.
Wtedy do środka wpadł Aeon i wręczył nieznane dotąd dokumenty.
- Co to znaczy?! – oburzył się przeglądając papiery.
- Rzuciłem okiem tylko na kwatery ludzi Galahada, wygląda na to, że bali się swojego przywódcy, z chęcią ruszyli do Jagnes, żeby być jak najdalej od niego.
- Pewnie powiesz, że leżało tka po prostu na stole.
- Cóż… tak.
Gustaw przejął się jeszcze bardziej, w końcu zlecił brudną robotę Hayscentowi. Natychmiast rzucił się do szukania pergaminów, dzięki, którym kontaktował się z zabójcami. Przejrzał szuflady, półki, księgi w których zwykł je chować, w końcu po panicznym poszukiwaniu znalazł jeden.
- Co to? – spytał Aeon.
- Nic nie widziałeś, jakby ktoś pytał. – odwarknął Ascaron.
Gustaw szybko nakreślił kilka zdań na pergaminie i przyłożył do niego rękę. Po chwili była odpowiedź „Po problemie”. Gustaw siadł na krześle, ręce spuścił luźno i odchylił głowę do tyłu. Jego wzrok błądził po suficie przez kilka chwil, gdy nagle Ascaron widząc narastające zmartwienie na twarzy swojego przełożonego spytał.
- Co się stało?
- Dopilnujcie, żeby wszyscy, którzy są w stanie chodzić o własnych siłach stawili się na zebraniu.
- Czyli jesteśmy w dupie… - burknął Aeon.
- W bardzo głębokiej, ciemnej i śmierdzącej dupie… - dodał Gustaw nie odrywając wzroku od sufitu.