Regulamin Chatango

Postanowiłem pomóc znajomemu w promocji jego... "opowiadania parodyjnego" Głupie, bez sensu, nie klejące się kupy. Po prostu osiąga perfekcję podchodząc do niej od drugiej strony ;d
Oto link: Księga Szyby

Poza tym bonus, krotkie opowiadania, które napisałem w przerwie od ROSC.

Krótkie opowiadania: Taniec Nekromantów, Serce Diabła, Władca Chwil, Za ścianą śmiechu głupców
(update 14.12.2011)

sobota, 20 sierpnia 2011

Rozdział 22: W objęciach smierci (Całość)


Blackrose, mała wioska położona na południe od cytadeli, niemal na samym skraju wyspy, otoczona gęstym lasem świętowała swoje dni. Wśród gości niespodziewanie zjawił się nikt inny jak sam Gustaw Soulripper. Wszyscy mieszkańcy usługiwali mu najlepiej jak mogli, podawali wino, przekąski i dbali o wszelkie możliwe wygody, nawet młode, pół-nagie dziewczyny uraczyły arcymistrza tańcem brzucha. Gustaw nie odmawiał zabawy, jednak tylko do czasu, aż tuz obok niego zasiadł człowiek odziany w czarne szaty. Włosy miał czarne niczym smoła związane w warkocz sięgający pasa. Oczy czarne jak węgiel odbijały blask palącego się ogniska. Z twarzy wyglądał na nie więcej jak trzydzieści pięć, może czterdzieści lat.
- Może wina kapłanie? – spytała jedna z dziewoj zauważając przybycie kolejnego dostojnika.
- Nie dziękuje moja droga, - odpowiedział ciepłym głosem – Muszę być na siłach, gdyż jutro muszę odprawić mszę do naszej bogini.
            Dziewczyna tylko uśmiechnęła się i odeszła rozlać wino pozostałym biesiadnikom.
- Wszystko gotowe, Samuelu? – spytał arcymistrz.
- Tak panie, musimy jednak poczekać, aż wszyscy się rozejdą.
- Niech Thanatos, ma ich w opiece. – odrzekł arcymistrz z lekkim wahaniem w głosie.
- Módl się lepiej do Nemezis, tylko wtedy zostaną uwolnieni od wojny.
            Soulripper spojrzał w stronę żeliwnego kielicha wypełnionego po brzegi winem, po czym chwycił go w dłoń i wstał, aby wznieść toast. Wszyscy mieszkańcy natychmiast zaprzestali pieśni i tańców, i razem z Gustawem chwycili za swoje kielichy.
- Pijemy dziś za to, aby dobrze się działo w waszej wiosce, pijemy za wasze zdrowie i za nasze zwycięstwo, albowiem bliski jest już kres tej przeklętej wojny! – ryknął niczym lew.
            Wszyscy, za wyjątkiem arcymistrza i Samuela, wypili swoje kielichy do dna. Za chwilę ktoś krzyknął.
- Zdrowie Arcymistrza! Zdrowie Cesarza!
            Ludzie ponownie wznieśli toasty, tym razem ani Gustaw ani Samuel nie wstali z ławki. Po hucznych toastach i sytej uczcie przyszedł czas na chwile relaksu przy muzyce okolicznego skrzypka. Zaczął on grac melodie powolną, melancholijną, która powoli poczęła przeradzać się w wojenną pieśń. Nabierała tempa i agresji z czasem w głowie Soulrippera pojawiły się sceny z czasów gdy ramie w ramię z Eliasem starali się za wszelką cenę wypełnić rytuał i zamknąć demony w ich własnym świecie. Błysk w jego oczach został dostrzeżony przez Samuela.
- Nie chcesz, aby to się powtórzyło, prawda? – spytał z chytrością w głosie.
- Nie chcę. – odpowiedział jakby zahipnotyzowany, Gustaw – Nie mam teraz wątpliwości, że to najlepsze wyjście.
            Kapłan poklepał arcymistrza po ramieniu i szepnął do ucha kilka słów, które wyraźnie poprawiły mu nastrój. Po czym wstał od stołu i udał się do kaplicy.
- Już waszmość idzie? – zaczepił go dobrze wstawiony barman.
- Idę, muszę się dobrze przygotować do jutrzejszego kazania, żebyście mi nie pozasypiali. – powiedział z uśmiechem na twarzy, po czym podążył w swoja stronę.
            Księżyc zbliżał się już ku zachodniej części nieboskłonu, kiedy to ostatni ludzie odeszli od stołu. Arcymistrz oblegany pytaniami i naleganiami o nocleg, stanowczo odmawiał. Ciągle powtarzał, że i tak nadużył już wiejskiej gościnności oraz, że w Requiem niezwłocznie czekają na rozkazy. Kierując się jedyną droga wybiegającą z wioski zatrzymał się przy kaplicy. Dostrzegł siedzącego przy ołtarzu Samuela, kartkującego jakąś stara zmurszałą księgę. Gdy tylko wszedł do środka, dźwięk jego kroków rozniósł się po całej kaplicy.
- O ile pamiętam to rano jeszcze kaplica wyglądała nieco inaczej – odezwał się niosącym echo głosem wskazując na rzeźby w ścianach.
            Zamiast dawnych rzeźb aniołów czy podobizn Sfere, znajdowały się w ich miejscu kamienne twarze wykrzywione w bólu, postaci na obrazach przypominały bardziej umarłych, częśc z nich zamiast głowy miała czaszki z niesamowicie realistycznie wyglądającymi oczodołami. Zupełnie jakby ktoś wepchnął wypolerowaną ludzką czaszkę w portret. Ornamenty na samym ołtarzu także zmieniły swój wygląd, dawniej splecione dłonie symbolizujące boską pomoc, teraz stały wężami, których kły są wycelowane w siebie nawzajem.
- Wszystko da się zrobić przy pomocy magii. – odrzekł kapłan.
            W tym momencie z okolic krypty uszu Gustawa doszedł odgłos szurania po podłodze.
- Kto tam jest?! – spytał zaniepokojony.
- Proszę się nie martwić, niema tu nikogo, kto by nam przeszkodził. – zapewnił Samuel i zamknął księgę.
            Jednym ruchem zdarł obrus z ołtarza, odsłaniając tym samym magiczny symbol. Składał się on z pięciu kół, których środki połączone były prostymi liniami formującymi pentagram. Po środku znaku znajdował się napis runiczny, który w przełożeniu na nowy Nemezejski brzmiał „Wyrzekam się”. Jednak jego znaczenie pozostało dla Gustawa tajemnicą.
- Nim rozpoczniemy, wypij to. – powiedział kapłan podając Gustawowi fiolkę z czerwoną zawiesiną.
- Co to jest? – spytał podejrzliwie.
- Część naszego układu, a dokładniej krew demona. Jak wiesz do stworzenia Gravenimage potrzeba kogoś, kto choć w małej części jest demonem, człowiekiem oraz umarłym.
- Rozumiem, że martwą część chcesz uzyskać poprzez rytuał.
            Samuel uśmiechnął się i ponownie nakazał Gustawowi wypicie zawartości fiolki. Ten bez dłuższego namysłu otworzył ją i wlał cała zawartość do gardła. Gdy tylko ją przełknął poczuł, że jego nogi powoli się uginają, oczy zaczęły mu zachodzić mgła, a serce biło nierytmicznie.
- Cos ty narobił? – wybełkotał
- Ludzki organizm nie wytrzyma długo kontaktu z demoniczną krwią. – odpowiedział chwyciwszy go pod ramię. – teraz musimy działać szybko.
            Gustaw poczuł dopiero wtedy, siłę kapłana, nie był to z pewnością człowiek, który całe Zycie spędził w zakonie. Jego dłonie oraz kark pokryte były bliznami, a ciało wydawało się muskularne. Samuel ułożył Arcymistrza na ołtarzu i rozpoczął inkantację.
- Iruah non ishelor – wykrzyknął na koniec.
- Wzywam cię, lecz nie przybywaj… - wybełkotał ostatkiem sił Soulripper – Co to ma znaczyć…
            Samuel uśmiechnął się od ucha do ucha jak tylko kaplica zniknęła a oni znaleźli się gdzieś w mrocznej przestrzeni. Wokół nich wirowały strumienie czerwonego światła a z mroku wyłoniła się istota do połowy odziana w zbroję a do połowy w szatę, dzierżąca w jednym reku miecz a w drugim drewnianą laskę. Gdy tylko przekroczyła granice runy zniknęła w mroku.
- Wyrzekliśmy się Nemezisa, staniesz się Gravenimage, pierwszym stworzonym przez człowieka.
            Wtem ból przeszył ciało Gustawa, nieduży kościany sztylet ze zdobiona rękojeścią wbity był w jego serce. Wtedy czerwone światło, które dotychczas wirowało po czarnym sklepieniu z całą mocą rzuciło się w stronę przebitego serca. Gustaw wygiął się z bólu a krew potoczyła się po jego policzkach. Nagle ból przestał mieć znaczenie, nie czuł już nic, nie widział nic, nie słyszał własnych myśli. W końcu otworzył oczy a poranne promienie słońca wpadały przez okna kaplicy. Gdy tylko doszedł do siebie chwycił się za serce, nie czuł jego bicia, ale żył, oddychał normalnie jak wcześniej. Spojrzał na swoją pierś, nie było na niej śladu po ukłuciu. Powoli podniósł się z zimnego kamiennego ołtarzu, próbując zrozumieć co się stało rozglądał się desperacko po murach. Wtedy ujrzał w drzwiach zgraje, jak mu się wydawało wieśniaków. Nawet nie próbował myśleć o tym, czego dowie się teraz świat. Ujrzał swoją broń leżącą w rogu i rzucił się w jej kierunku. Był gotów wszystkich pozabijać, tylko po to, aby jego poczynania nie wyszły na jaw. Wtedy pośród nich pojawił się kapłan.
- Genialnie, wszystko się powiodło jak widzę. – zawołał, klaszcząc w dłonie z radości.
            Chwycił jedno z przybył za rękę wy wyrwał ją z łatwością jakby to była kukiełka, następnie obracając się uderzył martwym ramieniem tego samego wieśniaka w głowę, która odpadła i poturlała się pod ścianę.
- Napraw się moje ty chucherko. – powiedział radośnie.
            A bezgłowy trup chwycił za rękę która się natychmiast przyczepiła do jego ramienia i następnie tak samo poczynił z głową. Gustaw patrzył na to wszystko z niedowierzaniem.
- Musimy przeprowadzić jeszcze jeden test. – stwierdził Samuel. – Zabij mnie.
- Zakładam, ze wszystko się udało. Tak, więc nie mam powodu. – odrzekł spokojnie Gustaw.
- A jeśli powiem ci, ze jesteś teraz moim sługusem tak jak te bezmózgie zombie? – zadrwił
- Co?!
- Dzięki tobie będę rządził Requiem. Jesteś marionetką, której nie zniszczy ani demon ani człowiek! – roześmiał się – Jesteś Gravenimage, boskim stworzeniem na usługach człowieka!
Te słowa doprowadziły Arcymistrza do furii. Rzucił się z obnażonym ostrzem w stronę swojego stwórcy i wymierzył cios, który posłałby pod piach nie jednego przeklętego. Ku jego przerażeniu ostrze zatrzymało się tuż przed głową kapłana, jego ciało nie było w stanie wykonać ani jednego ruchu, który miałby zagrozić Samuelowi.
- Idealnie, idealnie! – nie krył zachwytu kapłan.
- Teraz pora na twoją część układu. – powiedział Soulripper, opuszczając broń.
- Układu? Zawarłeś układ z nekromantą, w którym ceną było twoje życie. Chyba nie myślisz, że mam zamiar targować się ze sługusem?! – wybuchnął śmiechem.
            Gustaw zacisnął zęby i ponownie złożył się do ataku, ale i tym razem nic nie zdziałał. Ostrze ponownie zatrzymało się tuz przed Samuelem.
- Nie potrzebnie się denerwujesz, możemy ocalić kilka istnień. Z twoja pomocą możemy rządzić na Azarath, i nie tylko. Teraz wróć do Requiem i dopilnuj, aby brama otwarła się całkowicie.
- Postradałeś zmysły bardziej niż ja… Może i damy radę pozabijać demony, ale masz zamiar mierzyć się z bogiem?
- Ty teraz i tak nic nie zrobisz, w zasadzie jesteś już martwy, także to tylko kwestia czasu, aż pieczęć bramy zostanie złamana. Poza tym powinieneś być mi wdzięczny, Requiem dostanie ogromne dotacje. – roześmiał się Samuel.
            Gadka nekromanty wyraźnie działała na nerwy Gustawowi, jego niebijące serce przepełnione było żalem, chciał jedynie osiągnąć swój cel, a sam stał się narzędziem do osiągnięcia czyjegoś celu. Zdruzgotany opuścił kaplicę i szybkim krokiem skierował się w stronę wyjścia z wioski. Tuz przy znaku granicznym ponownie usłyszał wołanie nekromanty.
- Zapomniałem o jednej rzeczy. – wykrzyknął – stan, w którym się teraz znajdujesz to uśpiona forma. Aby się przebudzić musisz na nowo poczuć bicie serca.
- Jak mam to zrobić? – odparsknął
- Weź to – wykrzyknął Samuel i rzucił mu pochwę ze sztyletem w środku. – Jeśli poczujesz, że nie dajesz rady, wbij go w swoje serce. Zawarta jest w nim esencja wszystkich mieszkańców, gdy to zrobisz natychmiast dojdzie do reakcji, która przebudzi twoje grobowe oblicze.
            Gustaw przywiązał sztylet do pasa i ruszył w stronę cytadeli, nieopodal osady stał jego rumak, na którego grzbiecie przyjechał. Na widok swojego jeźdźca zaczął się szarpać, jakby czuł, co stało się z jego właścicielem, ale w momencie, gdy lodowata dłoń dotknęła pysk zwierzęcia, przestał wierzgać. Wydawał się zaakceptować swojego pana po raz kolejny, nie zależnie od tego jak się zmienił. W końcu zarżał i poniósł swojego jeźdźca w stronę murów obronnych. Mknął tak przez gęstwiny dobre dwadzieścia minut, gdy jego oczom ukazała się skarpa z widokiem na cytadelę. „Coś tu mały tłok…” pomyślał i popędził swojego wierzchowca ostrogami. Galopując gnał w stronę bramy jakby zaraz miał ujrzeć dym znad fortyfikacji. Na szczęście mury stały nadal niewzruszone. Każda sekunda zbliżała go do celu wtedy na murze pojawił się jeden strażnik.
- Panie! Szybko! – wrzasnął.
            Gustaw jeszcze bardziej popędził rumaka i ledwo zmieścił się pod otwierającą się bramą. Gdy tylko przekroczył mury osłupiał. Po środku placu leżeli martwi, oddziały lecznicze uwijały się jak pszczoły w ulu. Krew rozmazana była na znacznej powierzchni dziedzińca.
- Co tu się kurwa stało?! Gdzie jest Galahad?! – zbulwersował się Arcymistrz.
- To właśnie robota Galahada, zabrał swoich ludzi i opuścił fortecę tuz przed świtem, próbowaliśmy ich zatrzymać, ale oni bez ostrzeżenia dobyli broni.
- Straty?
- Przynajmniej dwudziestu martwych, w tym mistrzyni Healmore.
- Panie! Wrócili!
- Kto wrócił?! – odkrzyknął
- Ascaron i reszta!
- Chociaż tyle. – westchnął – Chcę, żeby mi ktoś zaraz zdał raport z tego, co tu się stało! – rozkazał i natychmiast ruszył do swojej kwatery.
            Zamek w drzwiach był wyłamany, a dokumenty porozrzucane po całym pokoju. Na stole leżały tylko jedne, listy korespondencyjne. Listy, którymi wymieniali się Gustaw z Samuelem, na ostatnim z nich, w którym dogadali się co do bramy, dopisane było krwią „Takiego chuja – Galahad”. Teraz przyczyna takiego obrotu spraw stała się jasna. Galahad podzielał cele nekromanty, a tym samym Archona. Gdy już, jako tako ogarnął dokumenty drzwi do gabinetu otworzyły się a w nich stanął Ascaron oraz jeden ze strażników.
- Najpierw strażnik, mów.
- Panie zginęło dwadzieścia trzy osoby, w tym mistrzyni Healmore. Za Galahadem poszło około pięćdziesięciu ludzi. Znaczna część naszych odniosła ciężkie obrażenia, ledwie garstka jest zdolna do walki.
- Rozumiem, przegrupować się, wieczorem zwołam specjalną naradę.
- Panie. – Wtrącił Ascaron. – Co tutaj się stało?
- To co widzisz, Galahad przeprowadził rebelię.
- Jak to Galahad?
- Popełniliśmy błąd usuwając Endera. To Galahad był prawdziwym cieniem Archona.
- W takim razie pozbycie się gwardzistów Galahada też mogło być błędem.
            Wtedy do środka wpadł Aeon i wręczył nieznane dotąd dokumenty.
- Co to znaczy?! – oburzył się przeglądając papiery.
- Rzuciłem okiem tylko na kwatery ludzi Galahada, wygląda na to, że bali się swojego przywódcy, z chęcią ruszyli do Jagnes, żeby być jak najdalej od niego.
- Pewnie powiesz, że leżało tka po prostu na stole.
- Cóż… tak.
            Gustaw przejął się jeszcze bardziej, w końcu zlecił brudną robotę Hayscentowi. Natychmiast rzucił się do szukania pergaminów, dzięki, którym kontaktował się z zabójcami. Przejrzał szuflady, półki, księgi w których zwykł je chować, w końcu po panicznym poszukiwaniu znalazł jeden.
- Co to? – spytał Aeon.
- Nic nie widziałeś, jakby ktoś pytał. – odwarknął Ascaron.
            Gustaw szybko nakreślił kilka zdań na pergaminie i przyłożył do niego rękę. Po chwili była odpowiedź „Po problemie”. Gustaw siadł na krześle, ręce spuścił luźno i odchylił głowę do tyłu. Jego wzrok błądził po suficie przez kilka chwil, gdy nagle Ascaron widząc narastające zmartwienie na twarzy swojego przełożonego spytał.
- Co się stało?
- Dopilnujcie, żeby wszyscy, którzy są w stanie chodzić o własnych siłach stawili się na zebraniu.
- Czyli jesteśmy w dupie… - burknął Aeon.
- W bardzo głębokiej, ciemnej i śmierdzącej dupie… - dodał Gustaw nie odrywając wzroku od sufitu.

środa, 17 sierpnia 2011

Rozdział 21: Wszędzie dobrze ale w domu (nie)najlepiej. (Koniec rozdziału)


Po koniach, które tu uprzednio zostawili nie było ani śladu. Bez znacznych zapasów jedzenia i wody, zmuszeni byli odbyć kilkudniowy marsz w stronę fortecy. Wszystko to wydawało się jedynie kolejnym gwoździem do trumny. Ascaron po raz ostatni przed wymarszem, rzucił okiem na mapę Azarath. Jagnes było jednak jedynym miasteczkiem w tej części wyspy, samotnym punktem, w którym karawany z Ghald mogły się zatrzymać i odpocząć przed wyruszeniem w stronę Punry. Dowódca zniesmaczony ich sytuacją zacisną zęby.
- Musimy zmniejszyć racje żywnościowe do minimum, naszym priorytetem jest teraz powrót do Requiem! – zarządził.
            Zebrani spojrzeli na siebie nawzajem i na Ascarona. Daleko im było do zadowolenia, ale nie mogli się nie zgodzić.
- Lilly. – przywołał ją Steelstrike – Skontaktuj się proszę z Requiem i zdaj raport Arcymistrzowi. – nakazał nie kryjąc zakłopotania.
            Dziewczyna uczyniła jak jej polecono. Soulripper usłyszawszy wieści z Jagnes złożył ręce i oparł na nich głowę. W jego oczach malowało się zakłopotanie, jeszcze przez dłuższy czas milczał gapiąc się w ścianę.
- Panie, co mam im przekazać? – spytał chłopiec, który przyniósł wiadomość.
- Powiedz, że mają wrócić żywi, za wszelką cenę. – odpowiedział ponuro po chwili namysłu i natychmiast wyszedł ze swojego gabinetu.
            Chłopiec przekazał wiadomość, natomiast sam Gustaw skierował się w stronę apartamentu Galahada. Ten właśnie wychodził, gdy na drodze stanął mu arcymistrz. Surowym wzrokiem zbadał całą jego sylwetkę odzianą w gruby stalowy pancerz. Podszedł do niego i chwycił za oba ramiona. Gdzieś w głębi duszy Galahada cos pękło miał się już wyrywać, gdy arcymistrz wyrzucił z siebie słowa, których Stonepillar nie chciał słyszeć najbardziej ze wszystkich.
- Musimy pogadać.
- Oczywiście, panie. – odrzekł z trudem przełykając ślinę.
            Obaj weszli z powrotem do strażnicy i zasiedli na łóżku. Siedzieli tak w milczeniu dłuższą chwilę, a Galahad z trudem hamował strach przed swoim przełożonym. W głowie kołatały mu się różne myśli. W pewnym momencie przyszło mu nawet do głowy, że Gustaw nie zdąży dobyć oręża, więc może spróbować się go pozbyć. „Nie jeszcze nie wszystko gotowe.” Powtarzał w myślach, robił wszystko, aby tylko nie zdradzić się z własnymi planami.
- Galahadzie. – przerwał milczenie arcymistrz. – Podczas starcia z demonami, straciliśmy większość wysłanych ludzi.
- Wiem panie. – odrzekł obrońca z trudem kryjąc uśmieszek na twarzy.
- Jest jednak jeszcze coś. O czym nie wiesz. – powiedział pół-szeptem i spojrzał swojemu rozmówcy w oczy.
            Wzrok jego wprawił Galahada w osłupienie, ponownie w jego głowie narodził się strach. „On wie?! To koniec?!” krzyczał w duszy.
- Jagnes zostało zrównane z ziemią. Powrót naszych ludzi opóźni się o kilka dni, zakładając, że w ogóle wrócą.
            Galahad słysząc to niemal nie eksplodował z radości. Śmierć tylu Requiem, a teraz powrót opóźniony przez masakrę w miasteczku granicznym. Sprawy nie mogły potoczyć się lepiej dla Stonepillara. Strach i niepewność zamieniły się w gotowość do działania.
- Co zatem mam zrobić?
- Wyślij swoich ludzi do Jagnes, specjalizujecie się w obronie, więc liczę, że stworzą tam prowizoryczny fort, nie możemy stracić tego szlaku handlowego.
- Dlaczego Ascaron nie może tam zostać?
- Nie mają zapasów, aby się tam utrzymać. Poza tym mam dla jego ludzi zadania tu na miejscu.
- W takim razie będę potrzebował jeszcze kilku ludzi.
- Więcej niż dwudziestu ci dać nie mogę.
            Galahad zgodził się na propozycję. A pod nosem narysował się szatański uśmieszek.
- Jeszcze jedno, chcę abyś ty sam został tutaj. Twoje doświadczenie przyda się, w razie ataku.
- Zrozumiałem. – odpowiedział i odprowadził Arcymistrza do drzwi.
            Gustaw udał się z powrotem do swojego biura, mijając kolejnych ludzi czuł jak skupia się na nim ich uwaga. Zdawał sobie sprawę, że czują się nie pewnie w sytuacjach, gdy to Arcymistrz sam kwapi się, aby odwiedzić któregoś ze swoich podwładnych. Szepty za jego plecami dawały znać, ze powoli traci wiarygodność, jako dowódca. Jednak teraz na głowie miał poważniejszy problem niżeli wątpiących strażników. Przyspieszył kroku i wchodząc do swojej kwatery zamknął za sobą drzwi na spust. Zasiadł przy biurku i spojrzał ponownie na dokumenty, które się na nim znajdowały.
- Galahad, grałeś bardzo pewnie. – mruknął pod nosem. – ale zobaczymy jak będziesz grał bez swoich ludzi.
            Otworzył szufladę i wyciągnął z niej pergamin oznaczony magicznymi runami. Namoczył w pióro w tuszu i nakreślił na nim kilka słów. Następnie przyłożył rękę i wypowiedział słowo „Hayscent”. Wspomniany zabójca stał wówczas pod jednym z drzew oddając mocz, gdy poczuł ciepło w jednej z nogawek.
- Ech kurwa… znów. – rzucił pod nosem.
            Szybko obmacał miejsce, w którym zrobiło mu się ciepło jednak nie poczuł wilgoci.
- Co on tam tyle robi do cholery… - rzucił pod nosem rozwścieczony Ascaron.
            Po chwili Hayscent wynurzył się z tonącego w mroku lasu, z jak zwykle roześmianą twarzą. Ognisko płonęło w najlepsze, z ziemi tryskała woda a dzik ładnie rumienił się na buchającym ogniu. Drax z Delaną siedzieli pod jednym z drzew i w milczeniu wpatrywali się w gwiazdy, jakby szukali w nich wyjścia z sytuacji, w której się znaleźli.
- Rano ruszycie bezecnie – szepnął Ascaronowi do ucha Hayscent.
- Zlecenie?
- Tak, Gustaw dokładnie przestudiował akta Galahada dostarczone przez Sulfurusa.
- Czyli wyrywamy ostatnie chwasty?
- Największy zostanie wam do wyrwania, ale bez swoich popleczników, nie powinien być taki cwany.
- Na razie posilmy się, bez jedzenia nie można skutecznie zabijać. – Wtrącił Sulfurus, który nagle pojawił się znikąd i podszedł do ogniska.
            Przy hulającym ogniu jeden ze strażników po raz enty przechwalał się jak wypatrzył dzika i z jaką to prędkością go dopadł, inni chwalili Aeona, za znalezienie żyły wodnej i stworzenia małej fontanny z życiodajnym płynem. W końcu dzik doszedł i wszyscy zabrali się do jedzenia, chrupiąca skórka trzeszczała w zębach wygłodniałych wojaków, a źródlana woda spływała im po policzkach, gdy łapczywie chwytali za bukłaki. Uczta trwała do późnej nocy, gdy w końcu około drugiej wszyscy położyli się spać. Wiatr śpiewał im kołysankę, a napełnione brzuchy pochrapywały, co chwila. Tej samej nocy w Requiem doszło do sporu, kto ma ruszyć z ludźmi Galahada. W świetle ostatnich wydarzeń strażnicy stali się mniej wojowniczy. Straty, jakie poniosło Requiem uświadomiły ich dosadnie, że nie są niepokonani i nawet zwyczajny pocisk może zakończyć ich życie. W końcu sam Galahad wyznaczył osoby mające wyruszyć. Nie obyło się bez gróźb z jego strony. Jeden z ludzi, który się upierał na pozostaniu w murach cytadeli stracił kilka zębów, gdy potężna pięść mistrza, uzbrojona w stalowa rękawicę trafiła go w twarz. Arcymistrz w tym momencie dopieszczał swój plan i nie miał najmniejszego zamiaru wtrącać się w sprawę, którą zlecił swojemu podwładnemu. Wraz z nastaniem ranka, bramy cytadeli otworzyły się i dwudziestu ludzi prowadzonych przez trzech gwardzistów ruszyło w stronę Jagnes. To samo słońce zmusiło powracających żołnierzy do kontynuowania swego marszu w stronę Requiem.
- Kilka dni, tylko ja i ty, Soulripperze. – mruknął pod nosem Galahad wpatrując się w odchodzący oddział.
- Tak, tylko ja i ty. – odpowiedział Gustaw kładąc Galahadowi rękę na ramieniu.
            Galahad wzdrygnął się i zrobił kilka kroków w tył.
- Dlaczego uciekasz? – zaszydził Arcymistrz.
- Co ty chcesz zrobić, mamy naocznych świadków, pokarzesz im jaki jesteś na prawdę? Jak niczym nie różnisz się od Archona?
            Soulripper uśmiechnął się.
- Z nas dwóch ty bardziej przypominasz Archona, aczkolwiek ja też mam swoje sposoby na pozbywanie się przeciwników. Dopóki bronisz tych murów nic ci się nie stanie.
- Co to za układ?! Jesteś bardziej szalony ode mnie!
- Przejmiesz władze nad Requiem, pod moja nieobecność.
            Galahada dosłownie wryło w ziemię, gdy to usłyszał. Słowa te brzmiały tak jak propozycja skazańca by naostrzyć topór kata.
- Układ jest banalnie prosty. – kontynuował Gustaw. – Jeżeli Requiem będzie stało tak jak stoi, gdy wrócę, zachowasz swoją pozycję. Jeżeli spróbujesz za mną pójść, zginiesz, jeżeli obrócisz Requiem przeciwko mnie, zginiesz.
            W tej chwili zrozumiał, oprócz Galahada w Requiem nie pozostał nikt, kto mógłby stawić jakikolwiek opór Gustawowi. Ludzie, których Galahad wysłał byli przyszli za Gustawem. Tak, więc został się tylko on oraz Archonici, ci, którzy wiernie wypełniali rozkazy poprzedniego Arcymistrza. Obawiał się, że Soulripper powróci razem z pozostałymi Requiem, których posłał do Ghald.
- Postawiłeś mnie pod ścianą. – stwierdził Galahad.
- Nie inaczej.
- Skąd tyle o mnie wiesz?
- Mam swoje źródła. A teraz wybacz, ale muszę przygotować się do drogi. – odpowiedział Arcymistrz i opuścił Galahada.
            Długo jeszcze po wyjeździe Arcymistrza, Galahad rozmyślał, co może on kombinować. A może była to tylko jawna prowokacja, może chciał wybadać go dokładnie? Tego Galahad nie wiedział, jednak był pewien, że Gustaw, ostro pomieszał w jego planach.
- Mury z Astralu – wetchnął – Wykonam chociaż plan minimum.
            Ci którzy pozostali w cytadeli natychmiast skonsultowali się ze Stonepillarem. Gdy zapadł zmrok, na murach pozostali jedynie najbardizje zaufani ludzie Galahada, a on sam rozpoczął swój misterny plan.
- Duchu ziemi, usłysz me wołanie, rozprosz magię drzemiącą w skale, zmień swa naturę z fortyfikacji, w dewastację. – skończył inkantację i zachodni mur przeszyło mdłe światło a wewnątrz niego dało się usłyszeć głuchy chrzęst kamieni.

niedziela, 14 sierpnia 2011

Rozdział 21: Wszędzie dobrze ale w domu (nie)najlepiej. (Część pierwsza)

Trochę się oczekaliście ale mam nadzieje, że mnie nie zlinczujecie.
----------------------------------------------------------------------------------------


Piaski Shilenor zostały już daleko z tyłu, a granice miasteczka Jagnes stawały się coraz lepiej widoczne. Słońce górowało od kilku godzin i niemiłosiernie rzucało swe promienie na zmęczonych i skacowanych żołnierzy. Resztki wody chlustały wewnątrz bukłaków jak tylko grupa przyspieszała kroku. Zabudowania rysowały się już dość wyraźnie, tak samo jak uśmiechy na twarzach wojaków, którzy z nadzieją mknęli ku dobrze znanej im gospodzie. Myśl o porządnej strawie i browarze najlepszej jakości, dodawała im sił do pokonania kolejnych metrów. Pola uprawne okalające miasteczko, wydawały się jednak dziwnie puste. Nie było śladu po rolnikach, bydle czy dzieciach z reguły bawiących się w chowanego na skraju miasteczka. Przez całą drogę nie minął ich ani jeden wóz, nie zaćwierkał ani jeden ptak, a im bliżej znajdowali się miasta, tym bardziej znać o sobie dawała grobowa cisza.
- Dym! – Zawołał Aeon i wskazał palcem na zabudowania.
            Wszyscy zatrzymali się na chwilę i spojrzeli w stronę Jagnes. Faktycznie, nad miastem unosił się siwy dym, przypominający ten, który unosi się z dogasającego ogniska.
- Stójcie! – Rozkazał natychmiast Ascaron – Heyscent, Sulfurus zróbcie rozeznanie w terenie. Nie możemy więcej ryzykować.
            Obaj zabójcy bez słowa rozpłynęli się w powietrzu i jedynie łamane kłosy zbóż zdradzały ich pozycję, z czasem jednak opuścili pola i jedynie Drax był w stanie podać ich dokładna pozycje.
- Miasto jest opustoszałe. – mruknął do Delany.
- Co tu się mogło stać? – Spytała.
- Nie wyczuwam, żadnych śladów demonicznej magii, więc Ghald nie było na pewno dywersją. – stwierdził.
            Chwile później na miejscu zjawili się obaj zabójcy.
- Miasto jest opustoszałe. – zaraportował Hayscent.
- Jak to opustoszałe?! – wściekł się Ascaron.
- Znaczy się, wymordowane. – sprostował Sulfurus czający się nadal w ukryciu.
- Miejcie broń w gotowości! – Rozkazał dowódca i poprowadził swoich ludzi w stronę Jagnes.
            Wszyscy, z wyjątkiem Draxa, obnażyli swoje miecze i równym krokiem ruszyli w stronę zdewastowanego miasteczka. Gdy tylko minęli pierwsze budynki ich oczom ukazały się popalone domy, zwłoki porozrzucane po całym mieście. Wszyscy zrobili dokładne rozpoznanie w terenie.. Tawerna, cala zdemolowana, piwnica oprozniona z alkoholu i jedzenia. Próżno byłoby szukać całego stoliku czy stołka. Pościel zaplamiona we krwi, a martwe ciała ułożone na niej do snu, ugerowały, że napad odbył się późną nocą. Zwłoki dzieci walały się po całej ulicy. Poderżnięte gardła, liczne rany kłute, groty strzał wbite w torsy.
- Jak pobojowisko pod Ghald… - rzucił cicho Drax a kilkoro najbliżej stojących ludzi rzuciło mu jedynie spojrzenie przepełnione bólem.
            Czas w tym miejscu zatrzymał się w chwili gdy padła pierwsza ofiara. Woń krwi zawisła w powietrzu i nie chciała się ulotnić. Z tego wszystkiego jednak najbardziej przerażający był widok martwych ludzi w chwili wykonywania codziennych czynności.
- Znalazłeś coś? – spytał Ascaron widząc jak Aeon klęka przy jednych ze zwłok.
- Tak mi się wydaje. – odparł i pokazał cos w rodzaju przypinki.
            Przypominała ona trzy skrzyżowane ze sobą faliste kawałki metalu, pomalowana była czarną farbą a jej końce były czerwone. Z początku mogłoby się wydawać, ze zostały one zbryzgane krwią, ale po otarciu okazało się, ze tak nie jest. Steelstrike przyjrzał się dobrze owemu gwieździstemu wzorowi, w jego głowie rodziły się pewne podejrzenia. W końcu uniósł wzrok i odpowiedział.
- Wężowa Gwiazda.
- To jedna z okolicznych grup przestępczych? – spytał ktoś z tłumu.
- Tak, krążą pogłoski, że mają w swoich szeregach obdarowanego.
            Delana rozejrzała się dookoła i nie wiedząc czemu, zaintrygowały ją zwłoki z wbitą strzałą w tors. Podeszła do nich i delikatnie chwyciła za drzewiec. Szarpnęła lekko, ale strzała wydawała się tkwić zbyt głęboko, aby wyciągnąć ją bez uszkodzenia. Dobyła więc noża i kawałek po kawałku rozkrajała ciało. W końcu dobrała się do pocisku i dotknęła grotu. Jej twarz wykrzywiła się w bólu i natychmiast włożyła palce, którymi dotknęła grotu, do ust.
- Skaleczyłaś się? – spytał obserwujący całe zajście Hayscent.
- Oparzyłam… - odpowiedziała ciągle trzymając palce w ustach.
- Oparzyłaś? Przecież to niemożliwe, żeby stal tak długo utrzymała ciepło.
- To sam spróbuj. – odpowiedziała.
            Hayscent ostrożnie chwycił grot przez rękawicę.
- Faktycznie, chodźmy do Ascarona.
            Tak też uczynili, Ascaron uważnie przyjrzał się pociskowi, gdy nagle struchlał.
- Cos się stało? – spytał Hayscent.
- Widziałem już taki grot, dwa lata temu, niemal nie przebił mi czaszki. Takie groty były wykuwane specjalnie na zamówienie Requiem. Potrafili je robić jedynie nasi kowale.
- Podejrzewasz nas?! – oburzył się Hayscent.
- Requiem korzystało także z usług mojego ojczyma, Hammersmitha. – wtrącił się do rozmowy, Drax, który właśnie skończył kręcić się po okolicy.
- Skąd więc napastnik mógł mieć jego strzały skoro Hammersmith nie żyje od niemal trzech lat? – spytał Ascaron.
- Przed zniszczeniem Peacebloom, dosłownie na chwilę przed pojawieniem się Behemotha, miała miejsce kradzież w kuźni mojego ojczyma. Ponoć zginął jedynie miecz, ale nikt nie przywiązał uwagi do strzał, zresztą ich zawsze wisiało kilka kołczanów, więc ubytku kilku pojedynczych nie zauważyłby nikt.
- Brawo, dedukcja prawie jak moja. – powiedział Aeon, który w całym zamieszaniu znalazł gdzieś butelkę piwa.
- A ty masz jakąś teorię? – spytał Ascaron.
            Aeon przyssał się do butelki i opróżnił całą za jednym tchem. Poczym cisnął nią o ściane domu a ta roztrysnęła się na szklane drobiny. Dopiero tak orzeźwiony zaczął mówić.
- Sądząc po zwłokach, atak nastąpił na kilka godzin przed naszym przybyciem. Możliwe, że jeszcze nad ranem. Za stodołą leżą zwłoki farmera, a jego garści zaciśnięty jest sierp. Prawdopodobnie wychodził w pole, więc wydaje mi się, że zginął pomiędzy piątą a siódmą rano. Co więcej atak był dość dobrze zorganizowany, przed naszym wyjściem w karczmie siedział typ, który mi się na początku nie spodobał. W dodatku w momencie, gdy blefowałem, uśmiechnął się pod nosem, więc wydaje mi się, że wiedział, co się święci.
- Jesteś tego pewien?
- Tak, atak prawdopodobnie zaplanowany był na wcześniej, ale wtedy zleciały się posiłki i musieli pozostać w ukryciu na dłużej.
- Dlaczego czekali tak długo? – spytał zaciekawiony dedukcja Aeona, Hayscent.
- Może myśleli, że kolejnego dnia przyjdzie kolejna fala Requiem. Pyzatym, jeśli grasują na tych terenach to z pewnością wiedzą, co nieco o Shilenor, może nawet nie raz zapuszczali się do Ghald. Gdy się upewnili, ze mają chwilę czasu przeprowadzili zgraną akcję, której efekty właśnie widzimy. A przy okazji potwierdza się mit o obdarowanym w ich szeregach. Jeżeli jest ich więcej, to może dojść do konfliktu wewnątrz Requiem.
- Słuszna uwaga, jakby co, oprócz zrujnowanego miasta, nic nie znaleźliśmy. – rozkazał Ascaron i począł zbierać ludzi do dalszej drogi.