Regulamin Chatango

Postanowiłem pomóc znajomemu w promocji jego... "opowiadania parodyjnego" Głupie, bez sensu, nie klejące się kupy. Po prostu osiąga perfekcję podchodząc do niej od drugiej strony ;d
Oto link: Księga Szyby

Poza tym bonus, krotkie opowiadania, które napisałem w przerwie od ROSC.

Krótkie opowiadania: Taniec Nekromantów, Serce Diabła, Władca Chwil, Za ścianą śmiechu głupców
(update 14.12.2011)

piątek, 23 grudnia 2011

Wesołych (na swój sposob) świąt ;3

Nie jestem szczególnie fanem tego okresu, ale pomyślałem, że wyjdę na przeciw i zgodnie z obietnicami napiszę coś świątecznego w klimacie Fantasy z dawką parszywego i czarnego humoru. Także mały spin-off

Requiem: X-mass with Ninjaz

Możecie się zastanawiać, czemu jestem cały spocony, odpowiedz jest prosta, właśnie wyszedłem z tego oto grawitacyjnego pomieszczenia treningowego, w którym siła przyciągania jest dziesięciokrotnie większa niż normalnie. Możecie wierzyć na słowo albo nie, ale czuje się po tym jakbym miał zaraz odlecieć. To? Interesuje was ten fajnie wyglądający, wykonany ze skrystalizowanego księżycowego promienia miecz? Ma ciekawą legendę, podobno został wykuty dawno temu przez starożytnego kowala i jakimś cudem uniknął kilku końców świata i w końcu dostał się tutaj. Muszę wam powiedzieć, że to dość ciekawa zabawka, waży niespełna piętnaście kilogramów, a gniecie kości z siłą buldożera! Nie pytajcie mnie skąd ja to mam, spytajcie lepiej Świętego Mikołaja skąd on to bierze, bowiem wszystkie prezenty, łącznie z pokojem grawitacyjnym, dostałem od niego. Tak samo te dość ekstrawaganckie ozdoby choinkowe, chociaż je w zasadzie sobie wziąłem sam. Prawda, że ładne główki? Popatrzcie tylko jak no się uśmiechają, historia tych skalpów też jest dość ciekawa. A zdarzyło się to w zeszłym roku...
            Jak przed każdą wigilią, relaksowałem się w mojej sali grawitacyjnej, niema to jak wycisk przy dziesięciokrotnym obciążeniu, oj tak... Gdy z niej wyszedłem podobnie jak dziś czułem, że mogę odfrunąć, jednak smród mojego potu ciągle trzymał mnie na ziemi. Skierowałem się, więc pod prysznic i spędziłem tam miłe kilkanaście minut. Gorąca woda spływała po wszystkich częściach ciała, tych, na które patrzy się z podziwem oraz po tych, za których publiczne pokazanie grozi karnet od pana w niebieskim mundurze. Co roku o tej porze Mikołaj przerywał mi moja kąpiel dzwoniąc to z kolejna absurdalna prośbą. Raz ścigali go piraci, innym razem renifer miał biegunkę, tym razem miałem nadzieję, że w końcu spędzę wigilie w spokoju, wypije barszczyk instant, kilka zupek chińskich i na przegryzkę zamówioną pizzą. Niestety nadzieja okazała się złudna, jak co roku. Kiedy już odlatywałem do lepszego świata pod gorącymi kroplami wody lecącymi z prysznica zadzwonił telefon. 'Ja pierdole' pomyślałem 'znów ta łajza czegoś nie może zrobić'. Miałem rację to był Święty Mikołaj. Przepasałem się, więc ręcznikiem i szczerze zniesmaczony kolejną spieprzoną wigilią odebrałem.
- Co jest, Rudolf znów ma sraczkę? - spytałem prawie uprzejmie.
- Ninja, kradną święta... - odpowiedział święty.
- Jacy kurwa ninja?! Gdzie Japonia a gdzie Laponia... - rzuciłem pogardliwie
            Dopiero po chwili mi się skojarzyło, że owi ninja mogli być tak nachlani, że pomylili Japonie z Laponią i teraz napastują biednego brodacza.
- Dobra, zajmę się nimi. - dodałem po chwili i rzuciłem telefonem przed siebie, nie trafiłem niestety na biurko i jego części, których w sumie nie chciało mi się sprzątać, do dziś walają się gdzieś po całej łazience.
            Suma summarum, trzeba było ruszać do kraju grubego kominiarza kradnącego ciasteczka i mleko. Zawołałem więc Stefana, mojego wiernego druha i szofera, który potrafi prowadzić każdy pojazd, chociaż szczególnie dobrze radzi sobie ze wszystkim co ma funkcję autopilota. Myśliwiec naddźwiękowy o jakże wdzięcznej nazwie 'Chluśniem' na całe szczęście ową funkcję posiadał. Stefan na miejscu pojawił się już po piętnastu minutach, tyle, bowiem zajęło mu przejście przez ulicę.
- Piłeś! - wrzasnąłem do niego
- Ta, PIŁEM! - odparsknął a w jego głosie czuć było dumę.
- To dobrze, na trzeźwo nie potrafisz tego prowadzić. Siadaj za stery - rozkazałem.
            Stefan posłusznie wdrapał się do myśliwca, i siadł za sterami.
- Stefan, to jest miejsce pasażera. - zauważyłem
            Nieprzejęty niczym, nabity jak paczka gwoździ Stefan przesiadł się jakimś cudem na siedzenie pilota. Po prawie godzinie męczarni byliśmy gotowi do lotu.
- Wszystko działa? - spytałem
- A bo ja wiem, jak nie działa to, co?
            Nie śmiałem już odpowiadać na to pytanie i nakazałem mu ruszać. Przez kolejne kilka minut kołowaliśmy po podwórku, po czym 'Chluśniem' wzbił się w przestworza. Trasę Polska - Laponia dało się tym pokonać w około trzydzieści minut. Autopilot spisywał się na medal, to też udało nam się wypić po literku ze Stefanem.
- Dobra stary dzięki za podrzucenie - zawołałem do autopilota i zaprogramowałem go na drogę powrotną, po czym wyskoczyłem ze spadochronem.
            Widoki z góry były na prawdę warte grzechu, a fabryka grubasa imponowała wielkością. Po kilku minutach byłem już na dachu, przez szklaną szybę udało mi się dostrzec kilka postaci. Faktycznie kominiarz nie kłamał, pięciu Ninja zaprowadziło go do klatki i szybko rozproszyli się po całej fabryce. Mordowali wszystkich pracowników po kolei, elfy, gnomy, jednorożce. Biedny Rudolf przyglądając się temu wszystkiemu znów dostał ataku sraczki ze strachu. Sanie na szczęście nie były jeszcze gotowe. 'Garaż' pomyślałem, po czym udałem się do niego. Święty kiedyś po pijaku podał mi hasło do pomieszczenia, w którym trzyma magiczne sanie, to też nie miałem problemu, aby się tam dostać. Ugościłem się w saniach na pozycji woźnicy i czekałem ukryty w ciemności. Mechanizm, z którym ja sobie poradziłem nie sprawił dużo problemów także pięciu Ninjom, którzy wycięli swoimi katanami dziurę w blaszanych drzwiczkach automatycznych. Jeden z nich nacisnął włącznik i światła, jedno za drugim, zaczęły się powoli zapalać. Wraz z ostatnią parą świateł włączyło się stare radyjko nadające dawno już przeżarty kawałek 'Last Christmas'.
- No to co, zatańczymy? - spytałem
            Oni natomiast w odpowiedzi chwycili swoje bronie w obie ręce. Ja też wstałem z pozycji woźnicy i chwyciłem Moonglow prawą ręką, lewą wyciągnąłem w ich kierunku dałem znak, aby zaczęli. Nie musiałem czekać długo na reakcję. Ninja runęli na mnie jak ptactwo drapieżne na swoją ofiarę. Przyznam, że unikanie pięciu ciosów jednocześnie było dość sporym wyzwaniem, ale przy wspomagaczu, jakim jest wódka, człowiek zdolny jest do wszystkiego. Sparowałem kilka uderzeń, wyprowadziłem kilka kontr i w końcu rozbiegliśmy się na dwa różne końce garażu.
- Dobry jesteś, chło... - nie skończył jeden, gdyż wtedy odpadła mu ręka.
- Co jest przecież nas nie trafiłeś! - krzyknął drugi.
            Lekko uśmiechnąłem się pod nosem, poczułem, że teraz mogę pozwolić sobie na więcej, a w epitetach nie przebieram. Mimo wszystko udało mi sie powstrzymać serię bluzgów cisnących się mi na usta i nie tracąc pewności siebie odpowiedziałem.
- To sztuka widmowego ostrza, nigdy nie wiesz gdzie uderzy!
            Nie czekając dłużej na zrozumienie rzuciłem się na nich po raz kolejny i po raz kolejny po zaciętej wymianie stalowych argumentów zwiększyliśmy dystans, tym razem pozostałem tylko oraz ostatni żywy Ninja. Wydawał się być ich przywódcą, a przynajmniej najlepiej wyszkolonym z nich wszystkich. Był w stanie unikać widmowego ostrza przynajmniej wtedy, gdy miał ze sobą resztę ludzi. Pewien byłem natomiast jednego, gość ma poziom. Ponownie ruszyliśmy na siebie i wymieniliśmy serię ciosów. Żadne widmowe ostrze go nie sięgnęło, ale było widać, że już ma dość. Jego ręce lekko drżały, kolana uginały się, a oddech miał nierówny. Wtedy to w radiu puścili kolejny kawałek, mocne brzmienie niosło się od samego początku, wnet złapałem rytm owego kawałka.
- I think the war is coming... - warknąłem uprzedzając wstęp do piosenki i ruszyłem na oponenta.
            Seria szybkich i potężnych ciosów powaliła go na ziemie a widmowe uderzenia dokonały dzieła zniszczenia. To był koniec przygodni Ninja ze świętami Bożego Narodzenia.
            Te głowy pozwolił mi zabrać święty i jak widzicie kryją w sobie dość ciekawą historię. W tym roku nie zadzwoni na pewno. Skąd to wiem? Cóż, spytałem, co w tym roku dostane za brudną robotę, powiedział, że przekroczyłem granicę i mordercy nic nie da. Postanowiłem, więc, że wezmę coś sobie sam, prawda Mikołaju? Ej zaraz gdzie uciekacie? Nie uważacie, że ta jego głowa bardzo dobrze sprawdza się w roli gwiazdki choinkowej... Chyba nie. W każdym razie wesołych, na swój sposób, świąt życzę!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz