Regulamin Chatango

Postanowiłem pomóc znajomemu w promocji jego... "opowiadania parodyjnego" Głupie, bez sensu, nie klejące się kupy. Po prostu osiąga perfekcję podchodząc do niej od drugiej strony ;d
Oto link: Księga Szyby

Poza tym bonus, krotkie opowiadania, które napisałem w przerwie od ROSC.

Krótkie opowiadania: Taniec Nekromantów, Serce Diabła, Władca Chwil, Za ścianą śmiechu głupców
(update 14.12.2011)

piątek, 23 grudnia 2011

Wesołych (na swój sposob) świąt ;3

Nie jestem szczególnie fanem tego okresu, ale pomyślałem, że wyjdę na przeciw i zgodnie z obietnicami napiszę coś świątecznego w klimacie Fantasy z dawką parszywego i czarnego humoru. Także mały spin-off

Requiem: X-mass with Ninjaz

Możecie się zastanawiać, czemu jestem cały spocony, odpowiedz jest prosta, właśnie wyszedłem z tego oto grawitacyjnego pomieszczenia treningowego, w którym siła przyciągania jest dziesięciokrotnie większa niż normalnie. Możecie wierzyć na słowo albo nie, ale czuje się po tym jakbym miał zaraz odlecieć. To? Interesuje was ten fajnie wyglądający, wykonany ze skrystalizowanego księżycowego promienia miecz? Ma ciekawą legendę, podobno został wykuty dawno temu przez starożytnego kowala i jakimś cudem uniknął kilku końców świata i w końcu dostał się tutaj. Muszę wam powiedzieć, że to dość ciekawa zabawka, waży niespełna piętnaście kilogramów, a gniecie kości z siłą buldożera! Nie pytajcie mnie skąd ja to mam, spytajcie lepiej Świętego Mikołaja skąd on to bierze, bowiem wszystkie prezenty, łącznie z pokojem grawitacyjnym, dostałem od niego. Tak samo te dość ekstrawaganckie ozdoby choinkowe, chociaż je w zasadzie sobie wziąłem sam. Prawda, że ładne główki? Popatrzcie tylko jak no się uśmiechają, historia tych skalpów też jest dość ciekawa. A zdarzyło się to w zeszłym roku...
            Jak przed każdą wigilią, relaksowałem się w mojej sali grawitacyjnej, niema to jak wycisk przy dziesięciokrotnym obciążeniu, oj tak... Gdy z niej wyszedłem podobnie jak dziś czułem, że mogę odfrunąć, jednak smród mojego potu ciągle trzymał mnie na ziemi. Skierowałem się, więc pod prysznic i spędziłem tam miłe kilkanaście minut. Gorąca woda spływała po wszystkich częściach ciała, tych, na które patrzy się z podziwem oraz po tych, za których publiczne pokazanie grozi karnet od pana w niebieskim mundurze. Co roku o tej porze Mikołaj przerywał mi moja kąpiel dzwoniąc to z kolejna absurdalna prośbą. Raz ścigali go piraci, innym razem renifer miał biegunkę, tym razem miałem nadzieję, że w końcu spędzę wigilie w spokoju, wypije barszczyk instant, kilka zupek chińskich i na przegryzkę zamówioną pizzą. Niestety nadzieja okazała się złudna, jak co roku. Kiedy już odlatywałem do lepszego świata pod gorącymi kroplami wody lecącymi z prysznica zadzwonił telefon. 'Ja pierdole' pomyślałem 'znów ta łajza czegoś nie może zrobić'. Miałem rację to był Święty Mikołaj. Przepasałem się, więc ręcznikiem i szczerze zniesmaczony kolejną spieprzoną wigilią odebrałem.
- Co jest, Rudolf znów ma sraczkę? - spytałem prawie uprzejmie.
- Ninja, kradną święta... - odpowiedział święty.
- Jacy kurwa ninja?! Gdzie Japonia a gdzie Laponia... - rzuciłem pogardliwie
            Dopiero po chwili mi się skojarzyło, że owi ninja mogli być tak nachlani, że pomylili Japonie z Laponią i teraz napastują biednego brodacza.
- Dobra, zajmę się nimi. - dodałem po chwili i rzuciłem telefonem przed siebie, nie trafiłem niestety na biurko i jego części, których w sumie nie chciało mi się sprzątać, do dziś walają się gdzieś po całej łazience.
            Suma summarum, trzeba było ruszać do kraju grubego kominiarza kradnącego ciasteczka i mleko. Zawołałem więc Stefana, mojego wiernego druha i szofera, który potrafi prowadzić każdy pojazd, chociaż szczególnie dobrze radzi sobie ze wszystkim co ma funkcję autopilota. Myśliwiec naddźwiękowy o jakże wdzięcznej nazwie 'Chluśniem' na całe szczęście ową funkcję posiadał. Stefan na miejscu pojawił się już po piętnastu minutach, tyle, bowiem zajęło mu przejście przez ulicę.
- Piłeś! - wrzasnąłem do niego
- Ta, PIŁEM! - odparsknął a w jego głosie czuć było dumę.
- To dobrze, na trzeźwo nie potrafisz tego prowadzić. Siadaj za stery - rozkazałem.
            Stefan posłusznie wdrapał się do myśliwca, i siadł za sterami.
- Stefan, to jest miejsce pasażera. - zauważyłem
            Nieprzejęty niczym, nabity jak paczka gwoździ Stefan przesiadł się jakimś cudem na siedzenie pilota. Po prawie godzinie męczarni byliśmy gotowi do lotu.
- Wszystko działa? - spytałem
- A bo ja wiem, jak nie działa to, co?
            Nie śmiałem już odpowiadać na to pytanie i nakazałem mu ruszać. Przez kolejne kilka minut kołowaliśmy po podwórku, po czym 'Chluśniem' wzbił się w przestworza. Trasę Polska - Laponia dało się tym pokonać w około trzydzieści minut. Autopilot spisywał się na medal, to też udało nam się wypić po literku ze Stefanem.
- Dobra stary dzięki za podrzucenie - zawołałem do autopilota i zaprogramowałem go na drogę powrotną, po czym wyskoczyłem ze spadochronem.
            Widoki z góry były na prawdę warte grzechu, a fabryka grubasa imponowała wielkością. Po kilku minutach byłem już na dachu, przez szklaną szybę udało mi się dostrzec kilka postaci. Faktycznie kominiarz nie kłamał, pięciu Ninja zaprowadziło go do klatki i szybko rozproszyli się po całej fabryce. Mordowali wszystkich pracowników po kolei, elfy, gnomy, jednorożce. Biedny Rudolf przyglądając się temu wszystkiemu znów dostał ataku sraczki ze strachu. Sanie na szczęście nie były jeszcze gotowe. 'Garaż' pomyślałem, po czym udałem się do niego. Święty kiedyś po pijaku podał mi hasło do pomieszczenia, w którym trzyma magiczne sanie, to też nie miałem problemu, aby się tam dostać. Ugościłem się w saniach na pozycji woźnicy i czekałem ukryty w ciemności. Mechanizm, z którym ja sobie poradziłem nie sprawił dużo problemów także pięciu Ninjom, którzy wycięli swoimi katanami dziurę w blaszanych drzwiczkach automatycznych. Jeden z nich nacisnął włącznik i światła, jedno za drugim, zaczęły się powoli zapalać. Wraz z ostatnią parą świateł włączyło się stare radyjko nadające dawno już przeżarty kawałek 'Last Christmas'.
- No to co, zatańczymy? - spytałem
            Oni natomiast w odpowiedzi chwycili swoje bronie w obie ręce. Ja też wstałem z pozycji woźnicy i chwyciłem Moonglow prawą ręką, lewą wyciągnąłem w ich kierunku dałem znak, aby zaczęli. Nie musiałem czekać długo na reakcję. Ninja runęli na mnie jak ptactwo drapieżne na swoją ofiarę. Przyznam, że unikanie pięciu ciosów jednocześnie było dość sporym wyzwaniem, ale przy wspomagaczu, jakim jest wódka, człowiek zdolny jest do wszystkiego. Sparowałem kilka uderzeń, wyprowadziłem kilka kontr i w końcu rozbiegliśmy się na dwa różne końce garażu.
- Dobry jesteś, chło... - nie skończył jeden, gdyż wtedy odpadła mu ręka.
- Co jest przecież nas nie trafiłeś! - krzyknął drugi.
            Lekko uśmiechnąłem się pod nosem, poczułem, że teraz mogę pozwolić sobie na więcej, a w epitetach nie przebieram. Mimo wszystko udało mi sie powstrzymać serię bluzgów cisnących się mi na usta i nie tracąc pewności siebie odpowiedziałem.
- To sztuka widmowego ostrza, nigdy nie wiesz gdzie uderzy!
            Nie czekając dłużej na zrozumienie rzuciłem się na nich po raz kolejny i po raz kolejny po zaciętej wymianie stalowych argumentów zwiększyliśmy dystans, tym razem pozostałem tylko oraz ostatni żywy Ninja. Wydawał się być ich przywódcą, a przynajmniej najlepiej wyszkolonym z nich wszystkich. Był w stanie unikać widmowego ostrza przynajmniej wtedy, gdy miał ze sobą resztę ludzi. Pewien byłem natomiast jednego, gość ma poziom. Ponownie ruszyliśmy na siebie i wymieniliśmy serię ciosów. Żadne widmowe ostrze go nie sięgnęło, ale było widać, że już ma dość. Jego ręce lekko drżały, kolana uginały się, a oddech miał nierówny. Wtedy to w radiu puścili kolejny kawałek, mocne brzmienie niosło się od samego początku, wnet złapałem rytm owego kawałka.
- I think the war is coming... - warknąłem uprzedzając wstęp do piosenki i ruszyłem na oponenta.
            Seria szybkich i potężnych ciosów powaliła go na ziemie a widmowe uderzenia dokonały dzieła zniszczenia. To był koniec przygodni Ninja ze świętami Bożego Narodzenia.
            Te głowy pozwolił mi zabrać święty i jak widzicie kryją w sobie dość ciekawą historię. W tym roku nie zadzwoni na pewno. Skąd to wiem? Cóż, spytałem, co w tym roku dostane za brudną robotę, powiedział, że przekroczyłem granicę i mordercy nic nie da. Postanowiłem, więc, że wezmę coś sobie sam, prawda Mikołaju? Ej zaraz gdzie uciekacie? Nie uważacie, że ta jego głowa bardzo dobrze sprawdza się w roli gwiazdki choinkowej... Chyba nie. W każdym razie wesołych, na swój sposób, świąt życzę!

czwartek, 22 grudnia 2011

Rozdział 26: (Bez)Nadzieja

W końcu nadszedł czas na prezentację 26. rozdziału Requiem. Bez przeciągania
Enjoy.

-------------------------------------------------------------------------


Rankiem tego samego dnia, w którym Delana przeprowadziła Ewę przez Requiemskie mury rozległo się pijackie krzyczenie. Nowoprzybyły Barney o wdzięcznie brzmiącym nazwisku Neuron pałętał się zalany niemalże w trupa po dziedzińcu i pokrzykiwał mniej lub bardziej przyzwoite rzeczy. Maya wybiegła tuż za nim. Jej noga najwyraźniej nie sprawia już problemów i pozwalała na pełną swobodę ruchu. Chwyciła ona Neurona za ramię i uderzyła w twarz, ten z kolei zachwiał się i runął do tyłu na ziemię. Scenę obserwowali strażnicy pełniący nocną wartę oraz kilkoro obudzonych pijackimi śpiewami. Gdy zobaczyli furię Mayi oraz sposób, w jaki wyładowała agresję na swoim rekrucie z trudem pohamowali śmiech. Aeon wyszedł chwile po całym zajściu z kompleksu budynków i widząc Maye trudzącą się z pozbieraniem Barneya zaoferował swoja pomoc.
- Nie odsypiasz? – spytała Maya chwytając pijaczka pod rękę.
- Nie, musiałem załatwić parę spraw.
- W zasadzie to nie widziałam twojego rekruta, który to?
- Nie żyje. – odpowiedział oschle.
- Nie żyje?! – zdziwiła się
- Zabiłem go, wkurwial mnie. – odrzekł Aeon
- A co naściemniałeś Soulripperowi?
- Nic, przyniosłem w zamian notatki Mahhmeriona dotyczące bramy, okazały się bardziej przydatne niżeli jeden wojowniczek. – odpowiedział ze spokojem
            Maya na chwilę przystanęła i badawczym wzrokiem spojrzała na swojego rozmówcę.
- Mahhmeriona? Skąd je wziąłeś?!
- Szczęśliwy traf. W każdym razie dzięki nim wzrosła szansa na zakończenie tej pieprzonej wojny.
- Czyli, zbliża się koniec? – rozmarzyła się dziewczyna.
- Chodźmy, zaniesiemy go na swoje miejsce i lecim w kimę. – zmienił temat Aeon.
            Ruszyli więc w stronę jednej z wolnych kwater, a było ich teraz sporo, jako że Ghald zebrało swoje żniwo. Po ułożeniu nieprzytomnego Barneya na łóżku wyszli i udali się do siebie, aby zdrzemnąć się, choć chwilę. Późnym rankiem forteca ponownie przebudziła się do życia, na dziedzińcu przemykały dziesiątki nowych twarzy. Jedne przerażone, inne ciekawskie, jeszcze inne, jak Barney, skacowane i zdezorientowane. Drzewa na horyzoncie malowały się jaskrawymi barwami a promienie słoneczne zapewniały coraz to mniej ciepła. Drax oraz Zheroo pełnili już od godziny wartę na murze. Za każdym razem, gdy się spotykali, przystawali na chwilę by uciąć sobie krótką pogawędkę i ruszali dalej. Na niebie nie było żadnych znaków, które wskazywałyby na przekraczanie bramy przez przeklętych. Mieli jednak w głowach teorię Aeona na temat purpurowych burz, to też ta cisza niepokoiła ich bardziej niżeli seria grzmotów i błysków. Z drugiej strony, jeżeli gromy zagościłyby na niebie, oznaczałoby to przerzucanie ogromnych sił piekielnych do tego świata. A na ponowne starcie Requiem nie było jeszcze gotowe.
- Jak myślisz - spytał Drax – ci ludzie nadają się na wojnę?
            Zheroo odwrócił się i spojrzał na dziedziniec. Obok tych, którzy przynajmniej stwarzali pozory silnych i umiejących dać po mordzie, stali także tacy, których ręce zaczynały się trząść, gdy tylko chwytali za rękojeść.
- Ten twój się nadaje. – stwierdził Zheroo.
- Tryshot… - westchnął – o niego się nie martwię, ale jakoś nie darzę go sympatią, a tym bardziej zaufaniem.
- Niedługo przyjdzie czas na zmianę warty, wtedy pogadamy. – powiedział Zheroo i poklepał Draxa po ramieniu, po czym ruszył w dalszy spacer po murze.
            W końcu nastało południe i pojawili się zmiennicy. Siwy schodząc ze zmiany natknął się na Gustawa rozmawiającego z Aeonem przy jego kwaterze.
- Dobrze, że jesteś! – zawołał dostrzegając chłopaka.
- O co chodzi, panie? – spytał Drax podchodząc bliżej.
- Zapewne wiesz, że Aeon dostarczył nam coś cennego, co może zaważyć na losach tej wojny.
- Chodzi o księgę Mahhmeriona? Tak wiem.
- Miałbym zlecenie dla waszego oddziału.
- Rozumiem, ale najpierw muszę porozmawiać z Zheroo, wydaje się mieć jakiś pomysł, co do nowych.
- Ta sprawa nie cierpi zwłoki!
- I tak niema z nami Steelstrike’a, a zgodnie z regulaminem… - wtrącił Aeon
- Tak, tak wiem, Ascaron niedługo przyjdzie jest w bibliotece.
- W takim razie mamy chwilę.
            Arcymistrz nigdy by nie spodziewał się takiego zachowania u swoich najwierniejszych ludzi. Przynajmniej najwierniejszych publicznie. Nieco zniesmaczony udał się do biblioteki by ponaglić Ascarona. A siedział tam już dobre kilka godzin poszukując czegoś, co mogłoby naprowadzić go na tok myślenia Mahhmeriona. Okazało się, bowiem, ze z księgi zostało usunięte kilka stron, nie były one jednak wyrwane w pośpiechu a precyzyjnie wycięte. Podejrzewał Aeona o jakieś jego kolejne zagranie, ale nie miał żadnych dowód, a tym bardziej nie mógł za żadne skarby świata odnaleźć sensu w takim działaniu. Swoje cele przecież osiągnął, jeżeli nawet wiedział o zamiarach Arcymistrza to z pewnością nie utrudniałby tego w sposób, który mógłby doprowadzić do upadku całego świata. Mógł przecież uciec nie zostawiając ani śladu, mógł w jakiś sposób powiadomić ludzi o tym, co zamierza zrobić, wszak Aeon był nieprzewidywalny.
- Masz coś? – spytał arcymistrz podchodząc Ascarona znienacka.
- Nie… mruknął.
- U Aeona także niczego nie znalazłem, wszystko wskazuje na to, że ksiązka była wybrakowana.
- Myślisz, że to sprawa cesarskich psów?
- Przestaną szczekać już niebawem, obiecuję. – zapewnił Gustaw i odszedł.
            W trakcie rozmowy Ascarona z przełożonym Drax, Delana, Aeon oraz Zheroo zebrali nowo przyprowadzonych ludzi i zamknęli się w klitce Zheroo. Sześciu nowych stało tuz pod drzwiami. Aeon siadł pod ścianą obok łózka, Zheroo z Draxem na łóżku a Delana oparła się o stolik.
- Wyglądacie mi na takich, co widzieli jak się morduje, mam rację?
            Cała szóstka spojrzała na gwardzistów nie wiedząc, co odpowiedzieć.
- Nie pierdol Tryshot, ze nikogo nie zabiłeś. – rzucił pogardliwie Drax.
- To skoro się już przedstawiłem może zrobią to inni. – odszczeknął się.
            Gwardziści zaczęli, najpierw o sobie opowiedział Aeon, który znalazł w Neuronie bratną duszę ‘do kieliszka i do szabli’ jak to określił w późniejszym czasie. Kolejny był Drax, nie mówił za wiele o przeszłości, co nie umknęło uwadze jednego nowych, który wydawał się czytać w przeszłości chłopaka. To dziwne uczucie nie pozostało Draxowi obojętne. Nastepnie parę słów o sobie opowiedziała Delana, nie ukrywała tego, że przez dekady służyła u boku Urgasha. W końcu Zheroo opowiedział swoją historię i o tym jak stał się mistrzem. Wtedy przyszedł czas, aby zapoznać się z pozostałymi. Pierwszy zaczął Barney Neuron.
- Zawsze byłem typem, który nie lubił siedzieć w miejscu, no chyba, że chodziło o napitki. W każdym razie skoro o mnie coś chcecie wiedzieć to powiem tyle, ze lubię się napić i przywalić komuś w ryj. W zasadzie to lubię się awanturować, jak jedzie taka spokojna karawana wpaść na  tych frajerów obić ryje, zabrać, co mają i zniknąć w krzakach. A to, ze teraz kogoś obije, dostane hajs i jeszcze ładnie się będą za to dziewki uśmiechać… to mi pasuje. – skończywszy rzucił zalotne spojrzenie w stronę Delany.
- Lepiej sobie nie rób nadziei chyba, ze dawno nie miałeś połamanych rąk. – rzuciła w jego stronę.
- Ej spokojnie laleczka, nie jedną już zadowoliłe… - urwał gdyż zobaczył tuz przy swoim gardle ostrze Abyssa.
- Dawno nie zabiłam nikogo, więc radzę ci, nie wkurwiaj mnie.
- Spokojnie Delana. – wtrącił Drax – Nie mamy tutaj się zabijać, ale współpracować. A ty, Neuron czy jak ci tam, potrafisz coś jeszcze prócz kłapania dziobem?
- Trochę znam się na tej całej magii, wiesz, potrafię szybko biegać.
- To ja będę następny, jako że nie chce mi się tu długo siedzieć, a na zewnątrz są ciekawsze rzeczy do oglądania. – powiedział człowiek, który wcześniej wyraźnie skanował Draxa.
            Był on raczej lichej postury, a na pewno nic nie wskazywało na to, że miał kiedykolwiek do czynienia chociażby z pracą fizyczną. Pod jego oczami jawiły się worki, świadczące, że nie sypiał ostatnimi czasy dobrze. Jego oczy były prze czerwienione, a na głowie pojawiały się pierwsze siwe włosy. Twarz miał podłużną z wystającymi kościami policzkowymi oraz chudą szyję. Był raczej wąski w barkach i nic nie wskazywało na to, byłby w stanie posłużyć się mieczem. Miał jednak w sobie jakiś dziwny spokój, który wyróżniał go spośród tłumu.
-  A więc słuchamy. – powiedział Zheroo
            Mężczyzna rozejrzał się po pomieszczeniu, po czym odpowiedział.
- Nazywam się Luiz van Ersten. Nie jestem wojownikiem, nigdy nie walczyłem, jestem swego rodzaju wróżbitą.
- Potrafisz przewidywać przyszłość? – spytał zaciekawiony Drax.
- Przyszłość – westchnął – Każdy by chciał ją znać, ale przyszłość nie istnieje, ona się dzieje równorzędnie z teraźniejszością. Niema przeznaczenia.
- Co zatem widzisz ‘wróżu’ – rzucił pogardliwie Tryshot.
- Przeszłość, a to miejsce ma dość ciekawą.
- Przeszłość? Jeżeli chcesz dowiedzieć się czegoś o przeszłości poczytaj książki. – ponownie odpyskowal Tryshot
- Książki są pisane przez ludzi, którzy nie uczestniczyli w przeszłości, ja widzę zdarzenia z przeszłości, przywołuję je do teraźniejszości i oglądam na żywo. Widzę bohaterów tych zdarzeń, widzę ich wyraz twarzy, słyszę głos, czytam myśli.
            Drax natychmiast zerwał się na równe nogi.
- Mógłbyś, powiedzieć mi, co widzisz, gdy patrzysz na ten przedmiot? – spytał i wydobył Moonglow.
            Luiz spojrzał na broń i po chwili się wzdrygnął.
- Chłopcze wszystkiego dowiesz się w swoim czasie. – odpowiedział.
- Możesz zawalić cały system. Ba! Możesz doprowadzić do upadku całego świata i jego wartości, zachwiać równowagą całego kontynentu, obalać królów a chłopów mianować możnowładcami! – wykrzyknął ze zdziwienia Aeon.
            Oczy wszystkich skierowały się na wróżbitę.
- Niech jego zdolności zostaną między nami, nie chcę, żeby dobrali się do niego zabójcy. – dodał po chwili. – A tak apropo zabójców, Drax?
- Spokojnie, niema w pobliżu ani Sulfurusa ani Hayscenta. – uspokoił sytuację Bloodpledge.
            W końcu przyszła kolej na pozostałych, z całej szóstki można było być pewnym jedynie umiejętności bojowych Tryshota, Neuron z pewnością rzuciłby się w bój z uśmiechem na twarzy ale nikt nie był pewien ile w tym boju pożyje. Szczególną opieką trzeba było otoczyć Luiza, gdyż wszyscy zgodzili się, że jego umiejętność może pomóc w dokonaniu właściwego wyboru w przyszłości. Pozostała trójka Ronald Van’dal służył niegdyś w armii cesarskiej, ale z demonami nie miał nigdy do czynienia. Ewa Burston, została przyprowadzona bardziej z sentymentu niż z powodu faktycznych umiejętności, chociaż według relacji Delany potrafiła przyspieszyć gojenie się ran oraz tworzyć runy mogące pomieścić pewne ilości magii. Runy te mogły zostać wykorzystane w późniejszym czasie. Ostatni z nich Dawid Silverfield znał się nieco na magii wody i powietrza, co w efekcie pozwoliło mu stworzyć pod-żywioł mrozu. Jego umiejętności były jednak raczej przeciętne. Wszystkich natomiast cechowała jedna rzecz, umiejętność opanowania się w sytuacji kryzysowej, oraz szybkie zaakceptowanie siebie i wola współpracy.
            Requiem nie było jednak jedynym garnizonem, który przygotowywał się do wojny. Na północnym zachodzie w porcie Lethe aż roiło się od strażników cesarskich. Wieści o nadciągającej wielkiej wojnie rozprzestrzeniły się wszędzie, w dodatku pogłoski o ‘łapankach’ urządzanych przez Requiem pozwoliły zwątpić części ludzi w aktualną siłę tej organizacji. Ostatni statek w tym tygodniu, który odpłynął z Lethe ku kontynentowi zabrał prawie dwieście osób ponad limit, z czego w większości byli to strażnicy cesarscy. Na pokładzie handlowcy nie szczędzili im obelg i prawienia wyrzutów. Przez cały czas chodzili z dumnie podniesionymi głowami, niekiedy szydząc z plebsu, a teraz pierwsi, jeszcze przed kobietami i dziećmi wpakowali się na statek by jak pies z podkulonym ogonem uciec od czegoś, co ich przerasta. Pozostawili Azarath na pastwę krwiożerczych bestii z odległych kręgów piekła oraz ludność cywilną na pastwę bandytów, którzy z pewnością byli gotowi skorzystać z takiej okazji, aby się obłowić. Ci z kolei snuli już swoje plany, dawne grupy p[przestępcze, które poprzez hegemonię Tryshota zostały podzielone na sprzymierzone oraz wrogie siły połączyły się ponownie, bo jak mawiają bandyci ‘wyniosę ile uniosę, a razem uniesiemy więcej’. Wydawałoby się, że wojna teraz będzie toczyć się pomiędzy czterema frakcjami, złymi, gorszymi, paskudnymi oraz pokrzywdzonymi. Ci źli bandyci jednak nie wykonali swojego ruchu pochopnie, a to, na co czekali miało zaskoczyć cały azarejski światek.
            Autoprezentacja w kwaterze Zheroo dobiegła końca jeszcze przed pierwszą i wszyscy się rozeszli. Wtedy to Ascaron pojawił się na dziedzińcu i zatrzymał swoich ludzi, którzy już byli o krok od spokojnych czterech ścian swojej klitki.
- Zbieramy się jest zadanie do wykonania. – zawołał
            Drax, Delana oraz Aeon zawrócili i podeszli do przełożonego.
- O co chodzi? – spytali chórem.
- Arcymistrz zlecił nam udanie się do Blackrose. Spotkał się tam swego czasu z pewnym magiem, który może pomóc nam w odnowieniu bramy.
- Ktoś, kto zna się na tworzeniu bramy? Tak jak Illiath? – zdziwił się Drax
- Ten ktoś to nekromanta, panujący nad Pieczęciami Nemezisa. – odpowiedział.
- Jest gość panujący nad Pieczęciami Nemezisa i niema go w Requiem?! – wykrzyknął zbulwersowany Aeon.
- Nie rozumiesz, cesarstwo ściga ludzi, którzy zajmują się zakazaną magią. Requiem nie mogło przygarnąć Illiatha, tak samo nie możemy przygarnąć i tego nekromanty.
- W Requiem łatwiej by było go ukryć niż w Blackrose… - rzuciła Delana
- Przypominam, że istniejemy dzięki cesarstwu i jego dotacjom, przynajmniej na chwilę obecną. Więc tego typu układy są ściśle tajne. Poza tym, ów nekromanta ma tam dobre miejsce do ukrycia się. Przynajmniej tyle wiem od Arcymistrza. Przyszykujcie się, chcę wyruszyć do Blackrose najpóźniej za godzinę. Rozejść się!
- Rozkaz! – odpowiedzieli i udali się do siebie.
            Aeon jednak zaciągnął Draxa do siebie pod pretekstem napicia się piwa. Gdy już siedli na łóżku i zamknęli się od środka ten wyciągnął jedną deskę z podłogi i pokazał mu kilka wyrwanych stron. Tekst był zapisany po części w staro-azeryjskim po części we współczesnym języku.
- Co to jest? – spytał Drax
- Fragment, który wyrwałem z księgi Mahhmeriona. – odpowiedział szeptem Aeon.
- Tego Mahhmeriona?!
- Tak, a teraz słuchaj, brama jest niczym innym jak klatką więżącą Wolę Memora.
- Tyle chyba ustaliliśmy podczas podróży do Ghald.
- Tak, ale tu jest coś znacznie ciekawszego, coś, co nie może wpaść w ręce Soulrippera.
- Co chcesz przez to powiedzieć?
- Potwierdza to naszą teorię, o pierwszorzędności Woli, Azarath jest zlepkiem światów, które stworzył Memor, więc jego Wola, choć słabsza wypiera Wolę Sfere. Tworząc Bramę Sądu, Illiath zamknął Wolę Memora w krysztale, który znajduje się w requiemskiej wieży. To sprawiło, że Wola Sfere mogła objąć znaczną część Azarath.
- Rozumiem, że otwarcie Bramy uwolni nie tyle demony, co Wolę Menora, tak?
- Dodajmy, że Wolę tak słabą, że bariera między Azarath a Piekłem, praktycznie nie będzie istnieć. Wola Menora wyprze Wolę Sfere i będziemy ugotowani. Ale jest tutaj coś jeszcze.
            Drax posłał lekko przerażone spojrzenie swojemu przyjacielowi.
- Mahhmerion badając Bramę Sądu, odkrył, że nie została ona stworzona przy pomocy pieczęci Nemezisa, a przy pomocy magii piekielnej, której to Blackfaith się poświęcił.
            Drax oparł łokcie o biurko i skrył twarz w dłoniach.
- Gdyby wiedział o tym Soulripper…
- Requiem teraz rządziłoby kontynentem.
            Drax spojrzał na Aeona.
- Jak to kontynentem?
- Zapomniałeś, co powiedział ci staruszek w Ghald? Zapomniałeś o dokumentach, które ci dał? Requiem miałoby Bramę własnej produkcji, mieliby władzę nad tym ile i które demony przekraczają ich Bramę.
- Czyli co mamy zrobić?
- Znaleźć rozwiązanie, a wspomniany nekromanta nim nie jest, Pieczęcie Nemezisa, nijak mają się do kontroli świata demonów. Nemezis jest posłańcem Thanatosa, opiekunem świata zmarłych nie demonów!
- Czyli nasz nekromanta…
- To pewnie kolejny ukryty cel naszego mistrzunia.
            Bloodpledge zerwał się z łóżka i wyszedł na dziedziniec jeszcze bardziej zmieszany niż po prezentacji ludzi, których sobie upatrzyli. W kilkadziesiąt minut później oddział Ascarona gotowy był do wymarszu. Bramy cytadeli ponownie się przed nimi otworzyły a białowłosy posłał zgorzkniałe spojrzenie w stronę dziedzińca.

- Zaczekajcie proszę! – zawołała Maya – Delano, jeśli będziesz w Blackrose i natrafisz na Markusa, proszę przekaż mu to ode mnie.
            Maya wtedy wręczyła Delanie srebrny wisiorek, który dostała kiedyś od Markusa w prezencie urodzinowym.
- Z pewnością go pozna – dodała po chwili i pożegnała się ze wszystkimi.
- Chodźmy już. – rozkazał Steelstrike i wszyscy ruszyli w kierunku Blackrose.

wtorek, 13 grudnia 2011

Kolejna dawka short story.

Tym razem prezentuję "Za ścianą śmiechu głupców". Opowiadanie poruszające tematykę przybierania 'masek' przez ludzi. Może nie długo znajdzie się ktoś na tyle głupi, żeby opublikować tomik opowiadań?

http://wyslijto.pl/download/sd18elc8xh

Link także dodany do sekcji nad postem.