Regulamin Chatango

Postanowiłem pomóc znajomemu w promocji jego... "opowiadania parodyjnego" Głupie, bez sensu, nie klejące się kupy. Po prostu osiąga perfekcję podchodząc do niej od drugiej strony ;d
Oto link: Księga Szyby

Poza tym bonus, krotkie opowiadania, które napisałem w przerwie od ROSC.

Krótkie opowiadania: Taniec Nekromantów, Serce Diabła, Władca Chwil, Za ścianą śmiechu głupców
(update 14.12.2011)

czwartek, 15 września 2011

Rozdział 24: Wola cytadeli


Pod nogami Draxa trzeszczały uschnięte gałęzie, słońce leniwie przebijało się przez korony drzew, które powoli zrzucały pierwsze jesienne liście. Las powoli nabierał złotawo-miedzianej barwy a chłodny jesienny wiatr powiewał miedzy drzewami. Po raz pierwszy dane mu było przechadzać się lasami Casia-Magny w porze jesiennej. Oczarowany złocistym widokiem i śpiewem ptaków szedł przed siebie, nie myśląc o swoim zadaniu. Kroczył przed siebie niczym zahipnotyzowany śpiewem syren, gdy w końcu ujrzał murszejącego trupa przy rozdartym drzewie. Natychmiastowo rozpoznał to miejsce, oraz przypomniał sobie, że nie wybrał się na wycieczkę krajoznawczą. Przycupnął na kamieniu obok pokiereszowanego szkieletu i pogładził po czaszce.
- Requiem usuwa wszystkich niewygodnych ludzi, co? – powiedział w duchu, po czym wyciągnął zza pazuchy dokument z danymi Tryshota.
            Dane na jego temat nie były dość precyzyjne. Wiadome było w zasadzie tylko to, ze przed dwoma laty pojawił się w półświatku przestępczym, jako wódz Wężowej Gwiazdy.Z kolei ta organizacja powstała na wskutek połączenia Bandy Widma i grupy znanej, jako Wesoła Czaszka. Według tego, co było napisane, głownie dało się ich spotkać na terenie Magna-Casia, nie mieli jednak stałej siedziby. Dokument nie zawierał nawet dokładnego rysopisu Tryshota, wspominał jedynie o długich falowanych czarnych włosach i przystrzyżonym zaroście.
- Pieprzony tydzień na znalezienie igły w stogu siana – rzucił pod nosem, gdy nagle coś mu zaświtało w głowie.
            Drax stwierdził, że skoro Tryshot jest obdarowanym to może uda mu się go namierzyc przy pomocy Globalnej Percepcji. Odłożył dokumenty, przykucnął na ziemi i przyłożył do niej rękę, po czym skupił się z całych sił. Pole percepcji rozszerzało się z sekundy na sekundę w końcu objęło obszar o promieniu niemalże siedmiuset metrów.
- Czworo ludzi, bez daru i zwierzyna. – pomyślał. – Lepsze to niż kluczenie bez celu.
            Zerwał się na równe nogi i popędził w kierunku zachodnim, z którego to dochodziły zaburzenia percepcji. Drogę skracał sobie przez gąszcz, chcąc jak najszybciej dostać się do celu. Skakał miedzy drzewami niczym małpa, płynnie, bez trudności czy chwili zastanowienia, co może się czaić za kolejnym zakrętem. W końcu skoczył przez krzaki i ku jego zdziwieniu zauważył, że niema gruntu pod nogami. Urwisko miało może trzy metry wysokości, nie więcej, co nie sprawiło większego problemu gwardziście. Przy lądowaniu natychmiast rzucił się do przodu i przewrócił przez ramię w celu zamortyzowania upadku. Gdy tylko podniósł wzrok zobaczył jak cztery zdziwione twarze gapią się prosto na niego, u ich stóp leżała krwawiąca sarna.
- Ty… - odezwał się jeden z myśliwych. – Skądś kojarzę twoją facjatę.
            Drax przyjrzał się mu dokładniej, w jego głowie też malowały się pewne wspomnienia, jednak były one zbyt zamglone by mógł pewnie stwierdzić, że kiedyś spotkał już ową osobę.
- Tak pamiętam, nie miałeś wtedy tej blizny, była z toba wtedy też taka dziewczyna, która rozbiła całą naszą grupę w pojedynkę.
            W tym momencie Draxowi przypomniało się całe zajście.
- To ty, wyprowadziłeś nas wtedy z lasu. Banda widma czy tak? – spytał
- Banda… banda to była nim pojawił się ten skurwysyn Tryshot.
            Drax szeroko się uśmiechnął na dźwięk tego imienia.
- Czego się uśmiechasz?! Została nas raptem garstka, i teraz kurwa jesteśmy myśliwymi, reszta zabrała dupę w troki i nie możemy nawet napaść na… - urwał drugi myśliwy, gdy zobaczył na piersi Draxa znak elitarny Requiem.
- Szczerze, to mnie to cały chuj obchodzi co wy robicie – westchnął Drax – Interesuje mnie raczej wspomniany jak go wcześniej określiłeś kolego „skurwysyn”.
- Ale nie masz zamiaru na nas donosić straży? – spytał bojaźliwie pierwszy z nich.
            W tym momencie Draxowi zaburczało w brzuchu.
- A podzielicie się jedzeniem? – roześmiał się.
- Seth, naprawdę można mu ufać? – spytał jeden z myśliwych.
- Kiedyś mu zaufałem i dalej stąpam po tym świecie. – odpowiedział - W zasadzie jakoś nie przedstawiliśmy się tamtego razu. – dodał po chwili.
- Jestem Drax – powiedział i podał dłoń rozbójnikowi. – Mam szczęście, że trafiłem akurat na ciebie.
            Seth uśmiechnął się lekko i nakazał pozostałym zabrać zdobycz do kryjówki. Jama w której obozowali znajdowała się nie spełna kilometr na północ od miejsca w którym się znajdowali.
- Całkiem, całkiem tutaj macie. – stwierdził Drax podziwiając rozmiar groty.
- W tym lesie pełno jest jaskiń, a teraz powiedz czego chcesz od Tryshota?
            Drax rozejrzał się po grocie nie kryjąc zdziwienia tym jak się tu urządzili.
- Zlecenie z góry. – odpowiedział po chwili.
- Kolejna wasza tajemnica co? – wtrącił jeden z myśliwych który właśnie rozpalił ognisko.
            Drax wstał z ziemi i ruszył w jego kierunku obnażając Moonglow. Bandzior zamarł, w jego głowie już pałętało się widmo końca, gdy ku jego zdziwieniu białowłosy minął go i dobył jakieś papiery z wnętrza pochwy, po czym cisnął nimi w ogień. Papier zwijał się i rumienił aż w końcu obrócił się w proch. Wtedy ponownie schował swoją broń.
- Wybacz nie chciałem cię nastraszyć. – odpowiedział spokojnie i wrócił na swoje miejsce.
- Co to było? – spytał Seth.
- Im mniej wiesz, tym mniejsza szansa, że stanie ci się krzywda. – zripostował Drax – A teraz, co wiesz o Tryshocie?
- Jutro się mamy z nim spotkać, wynegocjować z nim naszą wolność.
- Idealnie, w którym miejscu? – spytał z błyskiem w oczach.
- Nie możesz tam iść, wtedy pozabija nas wszystkich.
            Drax zamilkł na chwilę i zamyślił się głęboko.
- Nie możesz tam iść, jako Requiem, ale jako bandyta… - rzucił jeden z zebranych.
- Będę miał za to przejebane, ale trudno. – rzucił Bloodpledge – Macie jakiś wolny strój podobny do waszego?
            Rozbójnicy spojrzeli na młodego z zaciekawieniem.
- Dokonamy pewnej wymiany, wy uratujecie swoje tyłki, a ja załatwię swoją sprawę.
            Seth natychmiast wstał i przyniósł Draxowi jeden ze zbójnickich strojów, po odejściu ludzi z szeregów Widma, zostało się ich sporo. Drax natychmiast przebrał się zasiadł z resztą przy ognisku.
- Zróbcie tak jak wam powiem, inaczej skończycie marnie. – zagroził.
            Wszyscy ponownie spojrzeli an chłopaka.
- Użyjecie mojego munduru, aby dostać się w Lethe na statek, popłyniecie na kontynent i dalej zrobicie co wam się będzie podobać. Azarath, nie jest bezpieczne.
- A ty?
- Mnie teraz interesuje Tryshot. Nic innego.
- Uparty jesteś, ale niech ci będzie, spotkanie jutro w samo południe, tuz nad morzem przy osmolonej grocie z dwiema mogiłami. Na pewno trafisz.
Drax spojrzał na Setha, z wyraźnym smutkiem w oczach.
- Dobrze znam tamto miejsce. – odpowiedział ponuro, po czym wziął do ręki kawał pieczonego mięsa.
Posilił się, napił i natychmiast wyruszył zostawiając zbójników samych sobie. Ponownie gnał przed siebie nie zważając na chaszcze, cierniste zarośla czy urwiska. Noc także nie stanowiła przeszkody, jaskinia, w której zginął Urgash nawet po dwóch latach emanowała magią, która bez trudu mógł wyczuć przy pomocy globalnej percepcji. Technika ta ukierunkowana w jedną stronę ma znacznie większy zasięg niż używana globalnie. Drax po trzech latach od jej opanowania wiedział już o niej wszystko. Teraz pozostało już tylko dotrzeć na miejsce. Tej samej nocy Delana dotarła posiadłości Burstonów znajdującej się na południu na skraju lasu okalającego Blackrose. Delana zapukała energicznie w drzwi posiadłości, nim jednak ktoś otworzył, dziewczyna zdążyła rozejrzeć się po ogrodzie. Widać było, że Burstonowie nie prosperują już tak dobrze jak kiedyś. Żywopłoty zarosły, trawniki były całkowicie zaniedbane, pomniki lwów przy wejściu porośnięte mchem, a zawiasy w furtce przeżarte rdzą. W końcu drzwi się otworzyły a w nich stanęła złotowłosa dziewczyna. Twarz miała delikatna jak płatki kwiatów, chociaż podkrążone oczy świadczyły o kilku nieprzespanych nocach.
- W czym mogę pomóc panience? – spytała
- Ewa Burston? – odpowiedziała pytaniem na pytanie Delana.
- Tak, coś się stalo?
- Requiem mnie po ciebie przysłało, masz stawić się do ośrodka rekrutacyjnego.
            Dziewczyna spuściła wzrok.
- Ale ja nie mogę… - zaszlochała i zaprosiła Delanę do środka. – Widzisz, mieszkam z dziadkiem, on jest umierający, chcę być z nim do końca jego dni, proszę tylko o tyle.
- Czy mogłabym się z nim zobaczyć? – spytała
- Dziadek teraz śpi, ale może panienka zostać na noc.
            Delana przystała na propozycje dziewczyny, obie skierowały się do kuchni i zasiadły przy stole. Na jednej ze ścian wisiał obraz, który zaabsorbował całą uwagę rubinoowokiej. Przedstawiał on czworo ludzi w mundurach, które dobrze znała.
- Ten obraz. – napomknęła Delana.
- Został namalowany dawno temu, dziadek mi kiedyś opowiadał. Te osoby od lewej to…
- Carlos Burston, Denis Hagat, Oliwer Saltbay i… - wtrąciła Delana
- I Delana Shadowstep. – dodała ostatnia spadkobierczyni Burstonów.
            Delanie pociekły łzy po policzkach, gdy tylko dotknęła płótna.
- Coś się stało panienko? – spytała zaintrygowana.
            Wtedy to Delana spojrzała dziewczynie głęboko w oczy a ta wzdrygnęła się. Rzuciła jeszcze jedno spojrzenie na obraz i znowu na Delanę.
- Ty jesteś do niej bardzo…
- Nie, ja jestem Delaną Shadowstep. – wtrąciła nie mogąc pohamować łez.
- Ale jak to?! – Zdziwiła się młoda Burston. – Przecież to tyle lat…
- Długa historia, bardzo długa historia. – odpowiedziała i przytuliła do siebie Ewę. – Jeżeli pozwolisz, zostanę z tobą do czasu aż nie pożegnasz się z dziadkiem.
            Ewa natychmiast się zgodziła, pomyślała również, że jej dziadek może być zainteresowany spotkaniem. Zaprowadziła Delanę do sypialni, a sama udała się do swojego pokoju. Kolejne kilka dni Delana miała spędzić pomagając Ewie w opiece nad umierającym dziadkiem. Za Draxem była pierwsza zimna jesienna noc, słonce ponownie wzniosło się nad horyzont lekko muskając ciepłymi promykami twarz młodego Bloodpledge’a. Wraz ze świtem jego oczom ukazały się dwie dobrze znane mogiły, a właściwie to, co z nich zostało. Kopce obrosły trawą a drewniane, wbite pionowo w ziemię, deski spróchniały. Drax pochylił się nad mogiłą Selene i z kłuciem w sercu pogładził ziemię, w której leżało ciało jego przyjaciółki. Odwracając się ujrzał poczerniałe kamienie groty, które przez lata służyły Illiathowi, jako dom. W jego głowie pojawiły się wspomnienia z czasów, gdy jeszcze przed trzema laty uczyli się podstaw magii i kunsztu miecza. Gdy spojrzał na północ wydawało mu się, że ciągle widzi idącego w tamtym kierunku Melfice’a. Poczuł ból zmieszany z satysfakcją, to tutaj w końcu stracili coś tak cennego jak przyjaciół, ale zarazem to tu stoczyli pierwszą poważną potyczkę w swoim życiu, potyczkę, w której byli zdani wyłącznie na siebie.
- To miejsce jest pełne wspomnień. – westchnął i rozejrzał się dookoła.
- Bandyta z sentymentami? – zawołał głos dochodzący z jaskini.
            Wkrótce potem pojawiła się sylwetka mężczyzny, zgadzał się on z opisem, długie falowane włosy, przystrzyżony zarost. Twarz na wskroś przecinała stara blizna. Na plecach miał kołczan strzał oraz łuk, u boku lewej nogi przymocowany był długi miecz. Sam osobnik odziany był w skórzany strój i ciężkie buty, typowe dla żołnierza. Drax chciał się jeszcze upewnić, co do jednej rzeczy, skupił się na chwilę i posłał wiązkę energii w kierunku owego osobnika. Gdy ten tylko postawił kolejny krok, Bloodpledge był już pewien.
- Tryshot jak mniemam.
            Mężczyzna uśmiechnął się szyderczo.
- Przyszedłeś pertraktować zamiast tego tchórza Setha? – zadrwił
- Plany się zmieniły nieco. – odrzekł i dobył Moonglow – Skoro się pojawiłeś, to może zechcesz ze mną pójść.
            Tryshot odpowiedział śmiechem szaleńca chwycił za łuk i bez mierzenia wystrzelił pocisk w kierunku Draxa. Ten jednak przytomnie odskoczył na bok a drakolityczny grot rozłupał „tablicę” nagrobkową.
- Teraz to przesadziłeś. – warknął siwy i rzucił się w stronę Tryshota.
            Rozbójnik natychmiast upuścił łuk oraz kołczan i chwycił za oręż. Uderzenie Draxa zostało sparowane, ale wyraźnie zachwiało Tryshotem w nogach. Chwilę siłowali się przepychając to w jedną to w drugą stronę oręż, wtedy to Drax dostrzegł znajomy znak na klindze broni. Tryshot wykorzystał rozproszenie chłopaka i posłał mu potężnie kopnięcie w brzuch, pozwoliło mu to przejść do ofensywy. Atakował wściekle niczym rozjuszany byk, zmuszając Draxa do wykonywania serii uników i bloków. W końcu i Drax dojrzał swoją szansę, wypuścił z rąk Moonglow i gdy Tryshot wykonał zamach, ten odsunął się na bok i chwycił swoimi rękami za nadgarstki Tryshota. Rozsunął jego ręce na boki i trafił kolanem tuz pod mostek. Zbójnik zwinął się z bólu i upuścił swój oręż, Drax powalił przeciwnika na ziemię i przydusił jedną ręką.
- Gadaj kurwa! Skąd masz broń sygnowaną nazwiskiem Hammersmitha?! – warknął wlepiając ślepia w facjatę Tryshota.
- Ze trzy lata temu pożyczyłem sobie. – odwarknął i splunął młodemu w twarz.
            Gdy Drax zmrużył oczy szale zwycięstwa znów przechyliły się na korzyść Tryshota, który czując luźniejszy uścisk przewrócił chłopaka i teraz to on znajdował się na górze. Błyskawicznym ruchem dobył noża, który nosił przy prawym udzie i wycelował w gardło młodego. Jednak Drax zdołał ponownie chwycić go za rękę i zatrzymać ostrze tuż przed nim.
- Byłeś wtedy w Peacebloom, prawda?! To ty włamałeś się do kuźni Hammersmitha! – wykrzyknął przyparty do ziemi Drax.
- Tak byłem i co?! Nawet tym mieczem zabiłem Requiem, który próbował mnie zatrzymać! – zaczął się przechwalać.
            Drax szarpnął mocniej i przy pomocy kopniaka powalił ponownie Tryshota, tytm razem jednak nie czekał i gdy tylko siadł na nim wymierzył mu dwa mocne sierpowe. Nie zwarzając na ból Tryshot spróbował pchnąć młodego nożem ten jednak przytomnie doskoczył i walka znów przeniosła się do stójki. Siwy nabrał piasku w garść i sypnął w oczy nacierającemu Tryshotowi, po czym chwycił go za rękę i założył ja na plecy. Rozbrajając go w ten sposób ponownie położył go na ziemi, tym razem twarzą w piasek.
- Gdyby nie ty Peacebloom mogło by dalej istnieć! – wrzasnął Drax
- Ja tylko ukradłem ten pierdolony miecz, i zabiłem jebanego Requiem! – wydarł się czując coraz większy ból w ręce.
- Ten Requiem prawdopodobnie miał powstrzymać rytuał przywołania Behemotha! Przez ciebie straciłem rodziców po raz drugi! – wrzasnął i wbił jego głowę w piasek. – Miałem cię z przyprowadzić żywego z rozkazu Soulrippera, ale chyba moje plany się zmienią. – dodał przez zęby.
- Chcesz powiedzieć, że jesteś… - urwał gdyż Drax ponownie wbił jego głowę w piasek.
- Gwardzistą Requiem.
- Nie czekajcie! – wrzasnął Tryshot, ale było już za późno.
            Groty strzał zmierzały w kierunku Draxa, przynajmniej jeden z nich wycelowany był w głowę. Gdy wszystko wydawało się skończyć koszula Draxa postrzępiła się a pociski zmieniły nieznacznie tor lotu. Lekki podmuch wiatru rozrzucił ziarna piasku wokół, a groty strzał minęły Draxa wbijając się w ziemię tuz za nim. Z pobliskich zarośli wyłoniło się kilak sylwetek i złożyło broń.
- Jeszcze musiałem rozpieprzyć dobrą koszulę. Naprawdę mam ochotę cię zabić. -  warknął
- Teraz rozumiem, że nie mam większych szans.
- Teraz to możesz iść pod piach. – zripostował Drax.
- Nie wiedziałem, nie chciałem zniszczenia twojej wioski. – odrzekł pokornie. – Ale nie zostawie tutaj moich ludzi, oni zginą., tym bardziej, że jesteśmy poszukiwani za liczne mordy na cywilach. Prędzej zginę niż przyłączę się do oprawców.
            Drax puścił Tryshota i pozwolił mu wstać.
- Mój ojciec kroczył drogą zemsty, teraz jest martwy. Dlatego ja załatwię to inaczej.
- Jaką masz propozycję?
- Dołączając do nas uchronisz twoich ludzi przed atakami ze strony Requiem. Jednak nie możemy wpłynąć na listy gończe cesarstwa.
- Słowa w tym świecie nic nie znaczą.
- Słowa nie, ale to co na piśmie, ma realną moc. – odrzekł i wyciągnął nieco pomięty dokument z danymi Tryshota.
Do niego załączony był drugi dokument sygnowany przez samego Arcymistrza Requiem. Podał go Tryshotowi, a ten po przeczytaniu przetarł oczy ze zdumienia.
- Przystajesz na ten warunek? – spytał ponownie
- Co jeśli nie przystanę?
- Zabiję najpierw twoich ludzi. Wtedy zostaniesz się sam, jeśli wtedy odmówisz zabiję i ciebie.
- Wtedy Requiem i ciebie wykończy.
- Co nie zmienia faktu, że ty i twoi ludzie też będziecie pod piachem. – odpyskował.
            Tryshot spojrzał jeszcze raz na requiemski immunitet, po ten rzucił spojrzenie swoim ludziom.
- Chłopaki, byliście najbardziej popapraną ekipą, jaką znałem, ale jako dobry wódz, muszę dbać przede wszystkim o bezpieczeństwo podwładnych.
- Szefie! - wykrzyknęli chórem.
- Nestorze, przejmujesz dowodzenie, z cesarskimi sobie damy radę, z Requiem nie mamy szans. – odpowiedział – Jak masz na imię chłopcze – zwrócił się do siwego.
- Drax Bloodpledge. – odrzekł
- Zatem prowadź, do Requiem!
            Drax spojrzał raz jeszcze na Tryshota, zacisnął zęby, dłonie złożył w pięści i głęboko westchnął. Na jego twarzy malował się gniew, który dla dobra wszystkich musiał pohamować. Podniósł z ziemi Moonglow i ruszył przodem, zaraz za nim podążał także w nienajlepszym nastroju Tryshot. Nie śmiał jednak podnieść wziąć swojego przewodnika z zaskoczenia. Przegrał w uczciwym pojedynku, a nawet bandyci posiadają swój honor, który nie pozwala podnosić ręki podstępnie na kogoś, kto w uczciwej walce okazał się lepszy. W ten sposób Draxowi jako pierwszemu z trójki udało się wypełnić zadanie zlecone przez Cytadelę.

środa, 14 września 2011

Rozdział 23: Projekt Fenix


Krew, jęki, ból i widmo nadchodzącej klęski panoszyły się po dziedzińcu. Ranni zwijali się z bólu, a ich krzyki niosły się z podziemi w górę fortecy. Gustaw do końca dnia nie wychodził ze swojego biura, gdzie dokładnie przeglądał wszystkie dokumenty i liczył straty. Nie raz załamywał ręce i drapał się po łysinie, próbując znaleźć wyjście z tej niezręcznej sytuacji. Czerwona łuna spowiła całą cytadelę i wymieszała się dymem z kominów krematoryjnych, kiedy to drzwi do kwatery Gustawa stanęły otworem.
- Ludzie zbierają się na dziedzińcu. – powiedział Ascaron.
            Gustaw uniósł wzrok i spojrzał mu prosto w oczy, tak, że ciarki przeszły po jego plecach. Jego spojrzenie było inne niż zwykle, tajemniczo chłodne a zarazem spokojne, tak spokojne, że prawie martwe. Jego wyraz twarzy był inny niż przed kilkoma godzinami. Ascaron szybko go rozpoznał, to był ten wyraz twarzy, jaki przyjmuje dowódca by pociągnąć za sobą ludzi do walki, nieważne w jak beznadziejnej sytuacji się znaleźli. To maska, której przybieranie Gustaw opanował do perfekcji. Soulripper odparł się rękami na biurku i podniósł się. Odchodząc zabrał ze sobą dokumenty skrzętnie spakowane w cztery foldery. Zatrzymał się w drzwiach i poklepał swojego podopiecznego po ramieniu, jednocześnie posyłając mu te same martwe spojrzenie. Bez słowa wyjaśnienia wyszedł a za nim podążył Ascaron.
- Wiesz, Requiem nie przegrało jeszcze nigdy. – stwierdził zatrzymując się na końcu korytarza.
- O moją posługę nie musisz zabiegać, dobrze wiem, w co grasz. – odburknął Steelstrike.
- Nie wiesz, w tym wypadku nie wiesz.
            Ascaron oparł się plecami o ścianę i spojrzał z zaciekawieniem na Arcymistrza.
- Requiem nigdy nie przegrało. – powtórzył Gustaw – I nigdy nie przegra.
- Jesteś bardzo pewny siebie.
            Gustaw spojrzał po raz kolejny na Ascarona, na jego twarzy malował się szatański uśmiech, a atmosfera wydawała się gęstnieć. Gdy tylko Arcymistrz zrobił krok w kierunku Ascarona ten poczuł dziwny chłód bijący od niego, chłód, którego nie wyczuł wcześniej. Dostrzegł wyraźne zmiany w swoim przełożonym, biła z niego dziwna energia, której nie był w stanie opisać, ale całym ciałem wyczuwał, że arcymistrz przekroczył pewną granicę, Granicę, która stawia obdarowanych ponad ludźmi, lecz pod bogami. Nie osiągnął on statusu boga, ale mistrz ofensywny mógł śmiało stwierdzić, że Gustaw jest czymś pomiędzy Requiem a Bogiem. Wtem poczuł na swoich ramionach mroźny uścisk Gustawa a ich spojrzenia spotkały się. Teraz białe tęczówki niemalże błyszczały. Ascaron poczuł się niesamowicie mały w porównaniu do Gustawa, niegdyś wydawał się bratem teraz, czymś zupełnie ponad ludzkie pojęcie.
- Kim teraz dla ciebie jestem? – spytał Gustaw.
- W moich oczach, jesteś olbrzymem. – usłyszał w odpowiedzi.
            Gustaw natychmiast puścił swojego przyjaciela i skierował się w stronę wyjścia z kompleksu.
- Chodźmy, wojna czeka. – rzucił znikając za rogiem.
            Ascaron natychmiast pośpieszył za nim i w mgnieniu oka dołączył do niego. Oczy wszystkich zwróciły się na Gustawa. Na dziedzińcu stała zaledwie garstka ludzi, wśród nich Maya z zabandażowaną głową. Gustaw zbadał wszystkich wzrokiem następnie zwrócił się do Mayi.
- Jesteś na pewno w stanie walczyć, dziewczyno?
- To tylko gorzej wygląda niż jest naprawdę. – odpowiedziała.
            Wtedy Gustaw uniósł do góry foldery zawierające dotąd nieznane dokumenty.
- Została nas garstka, ale to się zmieni. – ryknął – Odbudujemy potęgę Requiem i raz na zawsze wyślemy piekielne sługi do ich świata.
            W tłumie zapanowało poruszenie podniosły się głosy zadowolenia jak i te, wytykające niespełnione obietnice.
- Teraz zacznie się zabawa. – powiedział Aeon stojący obok Draxa i podał mu bukłak.
- Piwo?
- Przecież nie woda.
            Drax bez większego namysłu chwycił za pojemnik i wziął głębokiego łyka.
- Myślałem, że będę musiał tego słuchać o suchym pysku.
            Aeon parsknął śmiechem i spojrzał w stronę Arcymistrza, który w niespotykany dotąd sposób uciszył zebranych. Jedno warknięcie wystarczyło, aby wszystkim po plecach przeszedł dreszcz, a jadaczki zamknęły się na trzy spusty.
- Foldery te zawierają dokumenty o obdarowanych niewcielonych w szeregi Requiem. Owi obdarowani znajdują się na terenie Azarath i jest ich ponad setka. Powinni oni skutecznie zasilić nasze szeregi. Macie ich zwerbować w przeciągu tygodnia, nie ważne, kogo będziecie musieli w tym celu zabić. Zrozumiano?! – krzyknął a następnie cisnął folderami o ziemię.
            Ludzie stali zszokowani, nie pamiętali, lub też nie byli poinformowani o takich praktykach, odkąd Soulripper zasiadł na najwyższym miejscu. Zaledwie kilkoro z nich wiedziało, że Arcymistrz jest zdolny do tego samego, co Archon.
- Nie interesuje mnie, kogo wybierzecie, macie ich tu sprowadzić. – dodał po chwili.
- A co z bramą?! – wykrzyknął ktoś z tłumu.
- Bramą? Spotkałem się z pewnym magiem, znającym się na pieczęciach Thanatosa, zaklęcie będzie niebawem gotowe, ale demony nie zostawia tego tak po prostu. Cała nadzieja w was! – odrzekł i pozostawił zebranych samym sobie.
            Przez dłuższa chwilę nikt nie podchodził od leżących na ziemi dokumentów. Ludzie obawiali się, że mogą zobaczyć w nich osobę bliską, co będzie znaczyło, że muszą ją wciągnąć w wojnę, przed która chcieli ją ochronić. Spoglądali to raz na siebie to znów na leżące dokumenty.
- Wypiłeś już całe piwo? – spytał Drax
- Nie, chcesz? – odpowiedział podając bukłak.
            Drax wziął go do ręki i przyssał się jak za młodu do piersi Anae. Pił tka łapczywie, że w pewnym momencie piwo pociekło mu po policzkach. Po kilkudziesięciu sekundach zwrócił Aeonowi wysuszony do spodu pojemnik.
- No to idę. – powiedział lekko podpitym głosem i wysunął się przed zebranych.
            Podszedł i mętnym wzrokiem spojrzał na leżące dokumenty. Chwilę chwiał się nad nimi z zamkniętymi oczyma, po czym runął na ziemię jak worek ziemniaków. Strażnicy nieco się przerazili i gdy mieli podbiec pozbierać chłopaka ten, wstał o własnych siłach.
- O kurwa, przysnęło mi się. – mruknął
            Delana widząc całe zajście jedynie ze wstydu skryła twarz w dłoniach i z rezygnacją pokręciła głowa na boki. Drax otrzepał się i wziął pierwszy lepszy papier, po czym ruszył w stronę swojej kwatery. Następnie podszedł Aeon wraz z Mayą, po nich Delana, Zheroo oraz Acran. Takie poruszenie zainspirowało resztę. W przeciągu dwudziestu minut każdy miał już wyznaczonych rekrutów.
- Odwaliłeś ładną maniane. – zaśmiała się Delana wchodząc bez pukania do kwatery Draxa.
            Drax nie odpowiedział, zamiast tego przyglądał się karcie, którą wziął. Tak to przynajmniej wyglądało z perspektywy Delany. Jednak gdy tylko podeszła bliżej okazało się, że oczy Draxa są zamknięte a jego dłoń bezwładnie trzyma dokument. Shadowstep usiadła przy nim i pogładziła po czuprynie.
- Ghald musiało dać ci w kość. Spij dobrze. – szepnęła i wyciągnęła kartę z jego ręki, po czym położyła ją na biurku i wyszła. Swoja własną otworzyła dopiero po powrocie.
- Ewa Burston, czyżby ród Burstonów jeszcze się trzymał? – mruknęła pod nosem przeglądając swoja kartę – Miło będzie odwiedzić stare śmieci.
            Odłożyła karte i z uśmiechem na twarzy, oraz wygłupem Draxa w myślach uległa sennym duchom. Aeon wraz z Mayą i Zheroo siedzieli na schodach i gapili się w swoje karty.
- Kogo masz? – spytała Maya.
- Lary von Fiuczeli… - westchnął Aeon.
- Ciekawe nazwisko! – roześmiał się Zheroo.
            Aeon spojrzał w nocne niebo i głęboko westchnął. Wszak nazwisko Fiuczeli było mu znane lepiej, niż komu innemu.
- Wyglądasz jakbyś go znał. – stwierdził Zheroo
- Powiedzmy, ze trochę. A wy, kogo macie?
- Niejaki Barney Neuron. Według tego, co tu pisze, był karany za rozboje i wszczynanie bójek.
- Czyli tylko ja trafiłem na jakiegoś szaraczka.
- Kogo masz?
- Jakiś Bartek Hash… syn ogrodnika z Veymardu.
- Veymard, to przecież północny kraniec kontynentu, co on tam sadził sople lodu?
- Nie mam pojęcia, ale chyba jasne, że fortuny się nie dorobił skoro jego syn spieprzył aż na Azarath.
- Coś wiecej o nim?
- Nie bardzo, prowadzi wynajem koni, w Keleth.
- Biznes z dupy na zadupiu… ciekawa perspektywa. – wybuchł śmiechem Aeon.
- Stary ja nawet nie wiem gdzie to Keleth leży.
- Może i dobrze, chociaż nie budziłeś się w nocy z krzykiem, gdy ci się przyśniła ta wiocha. – wtrąciła Maya.
- Jak myślicie, co z reszta dokumentów? – spytał Zheroo
- Pewnie dostaną je przydupasy Soulrippera i będą zapieprzać jak Bastańczycy po wojnie z Nemezją. – zadrwił Aeon
- Dwadzieścia pięć godzin na dobę, osiem dni w tygodniu! – roześmiała się cała trójka.
- To, co? Po piwku na sen i lecim w kime? – zaproponował Aeon.
            Pozostała dwójka zgodziła się bez dalszego namawiania. Sandspell zaprosił ich do siebie, odkręcił kurek i napełnil kufle po brzegi.
- Za jutrzejszą, jebaną, rekrutacje! – wzniósł toast i wszyscy stuknęli się kuflami. – Pieprzony Lary.. – westchnął raz jeszcze pod nosem i duszkiem opróżnił kufel.
            Pozostali także nie mieli z tym problemu. Po wypiciu pożegnali się i ruszyli do swoich kwater. Aeon długo nie mógł jeszcze zasnąć, zastanawiał się jak będzie wyglądało jego spotkanie z kuzynem, którego nie widział ładny kawał czasu. Koło drugiej w nocy już nie wytrzymał, wstał, nalał sobie kolejny kufel piwa, po nim drugi, w końcu szósty i padł na łóżko jakby trafiony pociskiem z katapulty. Tej samej nocy Heyscent powrócił do Requiem. Stan, w jakim zastał cytadelę przeraził go. Cały mur patrolowany był raptem przez dwóch strażników. Przy bramie jeden strażnik, na dziedzińcu pusto jak na cmentarzu o północy. Bez zwłoki postanowił zaciągnąć informacji od Gustawa. Jak burza wpadł do jego gabinetu i zastał go siedzącego przy jakichś dokumentach.
- Co tu się stało? – spytał Heyscent.
- Musimy jak najszybciej uzupełnić braki w ludziach. Masz weź to. – powiedział podając mu folder dokumentów.
- Co to jest?
- Ludzie, których chcę, żebyś sprowadził. Sulfurus już ruszył, Ascaron rusza z samego rana, podobnie jak reszta jego oddziału i Zheroo.
- Co ze strażą?
- Niema teraz czasu na pilnowanie fortecy, po Ghald przeklęci się nie pozbierają tak szybko, a my potrzebujemy ludzi natychmiast! – zdenerwował się.
- Czyli zostaje się służba oraz ty?
            Gustaw pokiwał głową.
- Idź już sprowadź mi tych ludzi.
- Więc po to ci były kontakty, za które tak słono płaciłeś.
- Miałem nadzieję, że zostanę jedynie przy ich opłacaniu.
- A więc odradzamy się z popiołów.
- Nie inaczej, teraz śpiesz się, czas nagli.
            W mgnieniu oka Heyscent rozpłynął się w powietrzu razem z otrzymanymi dokumentami i zatrzasnął za sobą drzwi niczym przeciąg w mieszkaniu. Gustaw przez całą noc nie zmrużył oka, nie czuł takiej potrzeby, nie czuł też głodu, zimna czy strachu. Nie czuł niczego. W głowie kołatały mu się słowa nekromanty. Ciągle słyszał jak mówi „uśpiony”, jego dłoń pieściła delikatnie rękojeść sztyletu, który miał uwolnić jego prawdziwą moc. Szybko jednak przypominał sobie, ze ta zmiana będzie nieodwracalna, nie wiedział jednak, na czym ma owa zmiana polegać. To go kusiło, a jednocześnie odpychało, czuł, że już teraz jest bliżej swego celu, pozostał jeszcze tylko jeden problem, nekromanta. Jedyna osoba na świecie, której nie mógł nawet lekko zranić, nawet zadrapać i jedyna, której był całkowicie uległy, jego słowa były jak rozkazy, które słyszysz pomimo zatykania uszu, których nie możesz zignorować. One po prostu w tobie tkwią, gdzieś wyryte głęboko w kręgosłupie, słowa, które napędzają i hamują jednocześnie. Jego chore pragnienie władzy doprowadziło go do stanu, w którym nie mógł przestać myśleć o uwolnieniu się i nie poniesieniu żadnych konsekwencji. Stał się czymś, czym był Archon, więźniem samego siebie, własnych chorych ambicji. Wraz ze świtem, na jego twarzy pojawił się demoniczny uśmiech. Wyszedł on ze swojej kwatery by odprawić wszystkich, którzy ruszali po nowych rekrutów. Bramy stanęły otworem, a w nich minęli się strażnicy oraz pierwsi rekruci przyprowadzeni przez Sulfurusa. Nie wyglądali oni na takich, którzy mieliby doświadczenie w walce, niektórzy nie wyglądali nawet na takich, którzy stoczyli w życiu choć jedną bójkę, ale nie to się teraz liczyło, ciągle mieli chwilę aby wprawić ich w podstawowe tajniki rzemiosła wojennego. Tym, na co stawiał Gustaw, była mana, to właśnie ta energia miała sprawić, że staną się użyteczniejsi niżeli cesarska gwardia.
- Tutaj się rozstajemy. – stwierdził Drax
- Ahaa.. – mruknął Aeon trzymając się za głowę.
- Wróć cały zachlańcu – zażartowała Delana
            Aeon jedynie powtórzył dźwięk, jaki wydał przed chwilą i chwycił za bukłak.
- Czym się strułeś, tym się lecz. – burknął i ruszył w drogę.
- A ty, kogo masz Drax? – spytała Delana.
- Tryshot. Po prostu Tryshot.
- Jakiś specjalny ten koleś?
            Drax pojrzał na dziewczynę.
- Podobno, zabił jednego z Requiem.
- Nie dasz się zabić, nie? – zmartwiła się.
            Drax odpowiedział uśmiechem, poprawił pas trzymający pochwę Moonglow i ruszył w stronę Casia-Norda. Po raz pierwszy od bitwy w Ghald poczuł, że może jest jeszcze jakaś nadzieja na uratowanie Azarath. W końcu nie każdy, może zabić strażnika Requiem