Regulamin Chatango

Postanowiłem pomóc znajomemu w promocji jego... "opowiadania parodyjnego" Głupie, bez sensu, nie klejące się kupy. Po prostu osiąga perfekcję podchodząc do niej od drugiej strony ;d
Oto link: Księga Szyby

Poza tym bonus, krotkie opowiadania, które napisałem w przerwie od ROSC.

Krótkie opowiadania: Taniec Nekromantów, Serce Diabła, Władca Chwil, Za ścianą śmiechu głupców
(update 14.12.2011)

czwartek, 23 czerwca 2011

Rozdział 19: Piaski przesiąknięte krwią. (Koniec rozdziału)

Dość długo męczony ale nie chciałem już dzielić na więcej części.
Oto ostatnia część 19 rozdziału.
----------------------------------------------------------------------------------------------------


Pod wieżę natychmiast zlecieli się strażnicy, którzy zauważyli tajemniczy blask z dachu. Wśród nich była także Delana oraz Ascaron. Z korytarza doszedł wszystkich odgłos kroków i skrzypiących schodów, w końcu dwie sylwetki stanęły u drzwi wieży zegarowej. Aeon ciężko dyszał i wspierał się na ramionach Draxa, lecz z jego ust nie znikał uśmiech, pijacki uśmiech.
- Aeon, ciebie chyba bogowie opuścili, co? – zawołał szyderczo Ascaron.
- Pewnie go opuścili, ale będziesz mu za to dziękował jeszcze. – odszczeknął Drax.
- Co tam robiliście? – spytała Delana.
            Aeon uniósł głowę i spojrzał na koleżankę, nim zdążył wykrztusić słowo dopadła go nieustępliwa czkawka. Wymruczał pod nosem kilka ledwie słyszalnych słów i pomimo że Drax nastawiał ucha ciężko było cokolwiek zrozumieć. Nieudolną próbę skontaktowania się z innymi skwitował haftując swojej „podporze” na buty. Strażnicy cesarscy czuli się nieco zmieszani. Raz, że mieli pokładać swój los w rękach zarzygańca, dwa cała sytuacja wydała im się tak komiczna, ze zaczęli zachodzić się ze śmiechu.
- Ja pierdole… - rzucił pod nosem siwy. – Ascaron weź go zabierz ja ogarnę ubranie u wszystko wytłumaczę.
- Tak, i jeszcze mi zafarbuje mundur. – zripostował
            Jednak mimo to Ascaron zabrał Aeona do gospody i ułożył w łóżku. Delana przyniosła chłopakowi wody by ten obmył sobie buty.
- No chuj wielki i szelki… - cisnął po raz kolejny Bloodpledge oglądając swój rękaw.
- Co się stało? – spytała Shadowstep.
- Zarzygał skubaniec mi cały rękaw.
            Rubinowooka jedynie zachichotała pod nosem, nie odezwała się ani słowem gdy Drax zrzucał z siebie górną część stroju. Nagle poczuł na swojej skórze gorące powietrze. Wszak było mu wystarczająco ciepło w uniformie, ale gdy go zdjął wydawało mu się, że temperatura wzrosła przynajmniej o 10 stopni.
- Z tego to już gówno będzie – mruknął i cisnął płaszczem w ognisko.
            Ku jego zdziwieniu, płaszcz nie zajął się a ogień zgasł. Chłopak nieco zdziwiony podszedł i podniósł go. W dotyku był taki sam jak przed wrzuceniem go w ogień, jego temperatura  nie zmieniła się pod wpływem płomieni.
- Nie rzucaj tym jak zwykłą szmatą. – zawołał z oddali Ascaron.
- Z czego on jest zrobiony?
- Ze skóry, wypranej w krwi płomiennych.
- To płomienni jeszcze istnieją? – wtrąciła Delana.
- Istnieli, przed bitwą o bramę. Płaszcz który należy do Draxa należał niegdyś do jego ojca. To jeden z niewielu ognioodpornych płaszczy jakie jeszcze istnieją.
            Drax włożył go powrotem, rzygowiny jakimś trafem wypaliły się w ogniu i nie było po nich śladu, chociaż smród pozostał. Buty udało mu się doszorować dopiero po kilkunastu minutach.
- Więc co z inwazją? – przerwał milczenie przełożony.
- Aeon spowolnił ich pochód, na tyle, że posiłki z Requiem dotrą na czas.
- Ten pijaczyna?
- Nie doceniacie go – wtrąciła się Jane.
            Ascaron rzucił jej przenikliwe spojrzenie.
- Wiem, że był upierdliwy i zawsze mówił to co myślał, nie znam szczegółów ale był wyraźnie niewygodny dla Archona. A teraz kiedy został gwardzistą nadal ludzie widzą w nim tego samego Aeona, ciężko jest im zmienić swój sposób patrzenia, na kogoś o kim mają wyrobioną taką a nie inną opinię.
- Nie dało się tego lepiej ująć. – skwitował Drax
- Dobra… rozumiem, ale na cholerę uwalić się w deskę?
- Nie wypił dużo, ale był tak padnięty, że ostro mu dało w łeb. – odpowiedział
`           Ascaron nie odpowiedział już nic, odwrócił się i poszedł do gospody. W jego zachowaniu dało się odczuć pewną zazdrość. Jego duma cierpiała niepojęte katusze, człowiek który stoi nawet ponad innymi mistrzami, nie zrobił nic, a gość którego nienawidził dokonał niemal niemożliwego. Niemożliwego dokonali też obozujący w Jagnes żołnierze.
- Zbierać się zafajdańce! – wykrzyknął człowiek o czarnych, splecionych w warkocz włosach.
            Jego twarz zakrywała czarna chusta, a z oczu biła nieopisana surowość i gniew. Cały jego strój był czarnej barwy. Rękawice nie były oprawione ćwiekami a buty nie były tak ciężkie jak u większości żołnierzy. Do pasa przymocowane były dwie czarne pochwy w których kryły się ostrza długości około czterdziestu centymetrów. Na plecach miał niewielki plecak w którym było coś skrzętnie zapakowanego. Do lewego uda przymocowana była kolejna pochwa, niewielkich rozmiarów z której wystawała rękojeść noża. Natomiast prawa ręka owinięta była cienkim czarnym łańcuchem.
- Wstawać zajebańce! – wykrzyknął ponownie, głosem jakiego nie powstydziła by się sama śmierć.
            Wtedy w obozie rozległy się krzyki „Wstawać! Sulfurus przyszedł!” i w ciągu pół godziny wszyscy byli już na nogach. Sulfurus był przywódcą oddziału zabójców, ci którzy go znali powiadali, ze codziennie rano musi wypić szklankę jadu żmii, żeby dość do siebie. Nikt nie wie, ile było w tym prawdy, ale jednego mogli być pewni, Jax Sulfurus był tym, który ze śmiercią jadł z jednego talerza. Do godziny dziesiątej wieczorem cały obóz zwinął się i jedynie butelki po winie, piwie i gorzale przypominały o tym co tutaj się działo. Pas równin przekroczono w mgnieniu oka i około jedenastej całe siły wsparcia stanęły na skraju nieprzyjaznej Shilenor.
- Wieje pustynnym trupem, co? – odrzekła osoba która wzięła się ni stad ni zowąd przy boku Kaaya.
- Hayscent. – mruknął – też tutaj jesteś jak widzę.
- Otrzymałem swoje rozkazy i ruszyłem zaraz za Sulfurusem, im mniej osób wie o istnieniu moim czy Sulfurusa tym lepiej.
- W zasadzie wie tylko stara gwardia.
- I tak niech zostanie.
            Hayscent był zaraz po Sulfurusie ulubieńcem arcymistrza, jednak w przeciwieństwie do Sulfurusa nie posiadał prawdziwego imienia i nazwiska. Ludzie mówili że rodzice porzucili go gdy był jeszcze niemowlęciem. Znalazła go rodzina rolników w swojej stodole, gdzie leżał w sianie wśród innych zwierząt. Pomimo nadania mu imienia przez ową rodzinę, tuz po opuszczeniu domu porzucił je i przybrał pseudonim Hayscent.
- Ty jak zwykle spokojny jakbyś zamiast na wojnę szedł na piknik. - odezwał się jadowity głos z cienia.
- Jax, kwartałowcy znów będą walczyć w komplecie, po raz pierwszy od dłuższego czasu, powinieneś się cieszyć na taką rozrywkę.
- Prawie w komplecie… - odszczeknął się Jax.
- W sumie racja, ale Gustaw zasłużył na fotel w cytadeli. – odpowiedział ze spokojem w głosie i schylił się sprawdzić temperaturę piasku. – Myślę, że ludzie to przeboleją, ruszajmy. – dodał po chwili i podobnie jak Sulfurus rozpłynął się w powietrzu.
- Ruszamy! – rozkazał Lester i wszyscy rzucili się w gorące piaski Shilenor.
            Ramię w ramię, krok w krok gnali poprzez parzące ziemie. Niektórzy wykrzywiali twarze z bólu, inni ociekali potem jakby dopiero co wyszli z sauny, ale niestrudzenie pędzili ku przeznaczeniu. Teren nie wydawał się przeszkodą tylko dla dwóch zabójców. Ukryci w cieniu stawiali kroki tak lekko jak było to tylko możliwe. Piasek jedynie nieznacznie odskakiwał na boki pod naciskiem ich stóp i to oni dotarli do warownego miasta Ghald jako pierwsi zostawiając pozostałych jakieś czterdzieści minut z tyłu. Przemknęli przez bramę niezauważeni przez lokalną straż i pod osłoną płaszcza nocy zbadali całe miasto. Sulfurus skierował się wtem do karczmy w której siedział od kilku godzin Ascaron. Wychodząc z ukrycia turzy jego stoliku natychmiast zwrócił na siebie uwagę.
- Przyszliście już wszyscy? – spytał lekko zaniepokojony mistrz ofensywny.
- Na razie ja i Hayscent.
- A reszta?
- Będą za niespełna godzinę.
- Ilu?
- Ponad setka.
            Ascaronowi widocznie ulżyło.
- Powiedz, jak udało wam się opóźnić marsz wroga? – spytał zaciekawiony Jax i usiadł naprzeciwko swojego druha.
- Jest gość, którego nie docenialiśmy, a który przyczynił się do przewrotu. Wydaje się nie pozorny, ale spowolnił wroga o dobre kilka godzin. Sam nie bardzo wiem jak to możliwe.
- Czyli w nowej gwardii też można znaleźć perełki, co?
            Steelstrike jedynie pokiwał głową.
- Powiedz mi jeszcze jak mamy zamiar się bronić?
- Zaatakujemy pierwsi. – odparł Ascaron.
- Jakieś szczegóły?
- Zbiorę kilku ludzi ze starej gwardii i postaram się wbić jak najgłębiej w linie wroga.
- „Rzut młotem”?
- Nie inaczej. Natomiast muszę was prosić jako zabójców o dywersję.
            Sulfurus jedynie nadstawił ucho.
- Weźmiesz ze sobą młodego Bloodpledge’a i pozostałych zabójców. Chłopak polega na szybkości i precyzji, bardziej niż na sile więc się nada. Chciałbym żebyście rozciągnęli kolumnę wroga najbardziej jak się da i przy okazji znaleźli kogoś kto tym dowodzi. Zheroo zaatakuje lewą stronę kolumny razem z łucznikami, przy odrobinie szczęścia odetnie ich ode mnie.
- Co z reszta ludzi?
- Poprowadzi ich Delana Shadowstep. Może wygląda delikatnie jak kobietka z rodziny szlacheckiej, ale uwierz mi, jeśli trzeba się tłuc to jest skora to wywleczenia flaków na wierzch. Uderzą gdy kolumna zacznie się zamykać po Rzucie młotem, część z nich  z pewnością odsłoni plecy i efekt będzie miażdżący.
- W każdym razie, gdzie znajdę Draxa? Wolałbym sprawdzić czego się nauczył od potyczki z Arcymistrzem.
- Trzeba było brać udział w bitwach a nie grzać miejsce w Requiem. – roześmiał się Ascaron – Ostatnio widziałem go z Delaną na rynku.
            Wtedy niczym duch, Sulfurus zniknął a drzwi gospody trzasnęły za nim jakby zamknął je przeciąg. Faktycznie, po środku rynku siedział Drax z Delana i gapili się w gwiazdy. Romantyczny nastrój nagle przerwał zabójca.
- Bloodpledge, dawnośmy się nie widzieli.
            Drax odwrócił głowę i spojrzał na Jaxa, nie mógł on sobie jednak przypomnieć jego twarzy.
- A ty jesteś? – spytał
- Jax Sulfurus, pamiętam jak obity spałeś w jednej z chat w Mymur. – odrzekł ponuro.
- Mymur.. nie dziwne, ze nie kojarzę twojej facjaty, ale mów czego chcesz bo jak widzisz przerwałeś nam romantyczne gapienie się w gwiazdy.
- Chcę zobaczyć jakie postępy poczyniłeś od czasów walki z Gustawem. Walczymy bez uzycia broni, nie chcę cię zabić.
            Draxa podirytowała gadka Sulfurusa i natychmiast wstał z ziemi. Zostawiając jednocześnie Moonglow u stóp Delany. Do owej trójki dołączył także Hayscent, któremu to Jax powierzył swoje uzbrojenie.
- Zapowiada się ciekawie – powiedział przysiadając się do koleżanki siwego.
- Dość rozmowny jesteś jak na zabójcę. – stwierdziła
- Taka już moja natura.
            Drax oraz Jax stanęli naprzeciwko siebie w odległości nie większej jak pięć metrów.
- Daj znak jak będziesz gotów – powiedział zabójca.
- Dawaj… - mruknął
            Wtedy Sulfurus zniknął w cieniu. Tą sztukę miał opanowaną lepiej niż ktokolwiek inny, bezszelestnie zbliżył się do białowłosego i wymierzył mu cios w brzuch, po nim nastąpił kolejny i cała kombinacje uwieńczył kopniak z półobrotu w twarz. Drax runął na ziemię niczym worek kartofli.
- To tyle? – spytał szyderczo zabójca
- Trzy do zera dla Sulfurusa – zawtórował Hayscent.
            Delana nie odezwała się ani słowem.
- Jeszcze raz… - rzucił Drax zbierając się z ziemi.
- Nie winie cię, że przegrałeś, niema możliwości, żeby walczyć z czymś czego nie widać ani nie słychać.
- Tym razem cię zaskoczę. – odpyskował.
- Dawaj więc.
            Drax na chwilę zamknął oczy i skupił się najlepiej jak mógł, a gdy je otworzył jego wzrok był nieco inny, bardziej pewny siebie, oddech ustabilizował się a ciało zupełnie się rozluźniło.
- Dawaj – krzyknął.
            Sulfurus ponownie zniknął w mroku, jednak tym razem nie ruszył frontalnie a zakradł się za plecy Draxa i wyprowadził kopnięcie w tył głowy.
- Czuje cię. – szepnął Bloodpledge i odparował kopniaka.
            Jax ponownie odskoczył i ukrył się w cieniu, próbował na różne sposoby zajść chłopaka, jednak tym razem nie udawało się. Każde uderzenie zostało odparowane, żaden kopniak nie trafiał celu, jednak Drax także nie mógł znaleźć na niego sposobu. Przepaść miedzy umiejętnościami Draxa a Sulfurusa była znaczna. Jasne było, ze w tej walce sciera się technika której nie potrafi nikt inny prócz Draxa oraz gigantyczne doświadczenie zabójcy. Sulfurus wyraźnie podirytowany całą sytuacja postanowił zagrać nieczysto i wykorzystując moment sypnął białowłosemu piaskiem w oczy. Drax jednak bez pomocy wzroku był w stanie obronić się przed kolejna seria kopniaków i uderzeń. Po kilku długich minutach wymiany ciosów Sulfurus chwycił za swój łańcuch i ukrywając go w mroku cisną nim niczym biczem w stronę Draxa. A jakież było jego zdziwienie gdy chłopak ów łańcuch złapał. Wtedy to walkę uznano za zakończoną. Hayscent wpatrywał się w Draxa jak w obrazek, próbował zrozumieć w jaki sposób możliwe było uniknięcie czegoś, czego nie da się uniknąć.
- Panienko racz mi wyjaśnić co to było? – spytał Hayscent.
- Na całym Azarath jedynie Drax potrafi korzystać z globalnej percepcji.
- Globalnego czego?
- Wychwytuje zakłócenia many w moim otoczeniu – wtrącił Bloodpledge usłyszawszy rozmowę. – Nawet oślepiony jestem w stanie „dostrzec” przeciwnika, a im dłużej znajduje się w pobliżu tym dokładniejszy mam jego obraz.
- Ciekawe, muszę przyznać. Kto cię szkolił? – spytał Sulfurus.
- Mój ojciec Elias, Illiath Blackfaith oraz ta oto tu dziewczyna, Delana Shadowstep.
            Jax był pod wrażeniem, szczególnie gdy wspomniał o Illiacie, jednak po jego twarzy było widać, że części z Eliasem nie za bardzo zrozumiał. Nie odezwał się jednak już słowem, posłał jedynie chłopakowi krótkie spojrzenie i zniknął w ciemnościach. Hayscent także długo nie posiedział ruszył w ciemność za swoim przyjacielem.
- Jeszcze mi czegoś brakuje. – mruknął Drax zaciskając pięści.
- Daj spokój, jest między wami znaczna przepaść doświadczenia. – uspokoiła go Delana.
            Chłopak przez chwilę stał patrząc się w nieprzeniknioną ciemność. Chwila ciszy wydawała się drażnić jego partnerkę.
- Twoja broń – powiedziała podając Draxowi Moonglow.
            Gwardzista odwrócił się i chwycił za oręż.
- A ty? - zapytał
- Co ja?
- Byłabyś w stanie go zabić?
- Sulfurusa? Wątpię, widziałeś jak szybko potrafi zlewać się z otoczeniem.
- Czyli nie jesteśmy na szczycie.
- O czym ty mówisz? – spytała troskliwie.
- Requiem wyznaje kult siły, jeżeli chcesz coś znaczyć i mieć na coś wpływ musisz być ponad innymi. – odpowiedział szorstko.
- Jeżeli zamierzasz zrobić wszystko tylko po to by zdobyć władzę w Requiem. Nie licz na moją pomoc.
            Drax spuścił wzrok.
- Obiecałaś Kroczyc moją ścieżką, pamiętasz?
- Tak, pamiętam, ale ścieżka na która teraz wkraczasz nie jest twoją. Obiecałam iść za tobą nie za Ascaronem!
            Siwy jedynie parsknął pod nosem i ruszył przed siebie. Czuł się zdradzony przez najbliższą mu osobę. Spacerował tak w samotności bijąc się z własnymi myślami przez kilkanaście minut. Światła w domach były pogaszone ale na ulicach było dość tłoczno, głównie z powodu strażników requiemskich, jak i cesarskich. Tu i ówdzie dało się słyszeć jak jedni przekomarzają się z drugimi, dopiero obserwując to wszystko z boku, dało się zauważyć, że pomimo wkładu Requiem w ochronę Azarath cesarscy nie darzyli ich zbytnim szacunkiem. Z kolei requiemscy wojacy szydzili ze słabości i nieudolności cesarskich strażników. To było zupełnie jak starcie dwóch przesiąkniętych egoizmem dum. Spacerując tak wzdłuż jednej z ulic uszu Draxa doszły płacze dzieci. Nie zastanawiając się ani chwili wszedł w zakamarek sprawdzić co się dzieje. Stał tam człowiek po czterdziestce, dopinał on swoje pasy w butach i co chwilę spoglądał na stalowy miecz oparty o ścianę izby.
- Przecież nie musisz iść.
- Requiem nakazało aby każdy kto potrafi posługiwać się bronią wsparł ich w boju.
- Tatusiu, ale ty nie jesteś z Requiem nie musisz ich słuchać! – zapłakał mały chłopczyk.
- Nie możesz iść! – zawtórowała dziewczynka.
            Człowiek przyklęknął i z uśmiechem pogładził dzieci po głowie. Widząc to wszystko Drax natychmiast przywołał obrazy z dzieciństwa, które mieniły się w krwisto czerwonych barwach.
- Twoja rodzina ma rację! – zawołał gwardzista i podszedł bliżej. – nie jesteś Requiem, masz rodzinę, nie powinieneś brać udziału w tej bitwie. – dodał.
            Mężczyzna spojrzał na chłopaka badawczym wzrokiem.
- A ty jesteś? – spytał po chwili
- Drax Bloodpledge, gwardzista z oddziału Ascarona Steestrike’a, jeden z dwunastu wicemistrzów requiemskich.
- Wicemistrz, czyli w zasadzie masz niewiele do powiedzenia.
            Draxa uderzyły te słowa niczym młot ciśnięty przez samego diabła.
- Ale tu nie o to chodzi chłopcze, swoje wysłużyłem lecz ciągle jestem częścią strażników cesarza. Jeżeli zginę, to będzie to piękna śmierć w obronie cesarstwa.
            Słysząc te słowa dzieci rozpłakały się, a żona wojaka z trudem powstrzymała łzy. Wtedy Drax podszedł do płaczących dziatek i przyklęknął.
- Sprowadzę waszego ojca z powrotem. – powiedział ciepło.
- Obiecujesz? – wykrztusiły dzieci przez łzy.
            Chłopak chwycił za swój wisiorek i zacisnął go w pięści.
- Przysięgam na krew moich ojców.
            Gdy tak klęczał przy dzieciach na placu pojawili się inni strażnicy i przekazali wiadomości od Ascarona.
- Na nas już pora. - powiedział mężczyzna i opuścił podwórze, a Drax udał się w jego ślady.
            Wszyscy zebrali się na placu targowym z którego wyprawiane były karawany ze szkłem. Pomimo niemałych rozmiarów było tam tłoczno i duszno. Posiłki z Requiem zdążyły dotrzeć na czas i teraz Ascaron miał przedstawić plan działania. Nim to jednak nastąpiło pokwapił się o krótką mowę na temat współpracy i wzajemnego szacunku. Ciężko było powiedzieć ile tak naprawdę ludzie przyjęli do świadomości, ale na pewno ulżyło to na duchu samemu mówcy. Następnie wyznaczył ludzi do poszczególnych zadań. Aeon nie był w najlepszej kondycji jednak zgodził się stanąć na murach z łukiem w ręku. W rzeczywistości miał inne zadanie, obserwację. Sulfurus został wyznaczony na przywódcę dywersji, dołączyli do niego wszyscy zabójcy oraz Drax, którego styl walki pasował do tego typu działań. Ascaron pośród starej gwardii wyznaczył dwudziestu ludzi którzy mieli razem z nim wbić się w szeregi wroga. Zheroo miał poprowadzić jak zakładano wcześniej ostrzał z murów na część kolumny wroga. Natomiast Delana miała dowodzić druga fala uderzeniową, która rozbiłaby szyk frontalny wroga. Po niekończących się pytaniach i wyjaśnieniach wszyscy zajęli stanowiska. Ascaron czekał tuz przed bramą, za bramą gotowi do zmasowanego ataku czekała grupa Delany. Na murach ludzie zostali poustawiani przez Zheroo, strażnicy cesarscy na punktach z których ostrzał był bardziej dogodny, na dalszych pozycjach strzelcy Requiem, którzy mogli posyłać, dzięki magii, pociski znacznie dalej. Za południowymi murami czaili się zabójcy, dając ostatnie instrukcje Draxowi. W końcu zaczęło świtać a świt odkrył położenie nadchodzącej armii. Temperatura sięgała już okolic czterdziestu stopni Celsjusza. Każda stal nawet drakolityczna, która nie najlepiej przewodzi ciepło dosłownie nim emanowała. To też nikt nie miał najmniejszego zamiaru zakładać ciężkich pancerzy, byli nawet i tacy, którzy zrzucili z siebie skórzane zbroje i nie mieli zamiaru ich dotykać. Niemalże dwu tysięczna armia maszerowała w stronę pustynnego miasta i z każdym krokiem budziła większy strach w obrońcach. Nic dziwnego, cesarscy żołnierze nie parali się zabijaniem demonów i być może uciekliby już dawno gdyby nie fakt ze trzy drużyny gwardzistów i prawie setka strażników requiemskich miała walczyć z nimi ramie w ramie. Z każda chwilą jednak było widać, że coraz większy niepokój maluje się na twarzach ludzi. Co chwila któryś z nich chciał już chwytać za miecz czy za łuk i posłać śmiercionośny kawałek stali w kierunku nadchodzącego wroga, ale ich zapał natychmiast był studzony przez Ascarona.
- Jeszcze chwila, jeszcze nie teraz.
- To kiedy do cholery?! – wykrzyknął jeden z cesarskich żołnierzy.
Zheroo odwrócił się w jego stronę i posłał mu gniewne spojrzenie.
- Ascaron to dowódca ofensywny sił Requiem, jeżeli mówi żeby czekać to masz czekać – powiedział spokojnie, ale dał do zrozumienia wszystkim, że to rozkaz.
Steelstrike spojrzał w prawo i zauważył Draxa sygnalizującego gotowość, następnie rzucił spojrzenie za siebie i zobaczył, ze Aeon jest już na pozycji. Wojska przeklętych zbliżyły się na tyle, aby zjednoczone siły Requiem i cesarstwa mogły wyprowadzić ofensywę, bez narażania się na poparzenia słoneczne.
- Nie znam się na obronie jak Galahad – powiedział Ascaron spoglądając na zebranych przy nim żołnierzy – Ale za to umiem wybić parę zębów.
Chwycił za broń i z metalicznym brzękiem wydobył ją z pochwy. Reszta poczyniła tak samo wiedząc już jaki będzie kolejny rozkaz dowódcy ofensywnego.
- Wyrżnąć w pień – krzykną.
Przeklęte wojska nagle zatrzymały swój marsz widząc jak główna brama miasta staje otworem oraz jak lawina ludzi wysypuje się przez nią mierząc w sam środek demonicznego oddziału.
- Ognia! – wykrzyknął Zheroo dopiero co wbiegłszy na mury.
Rozżarzone groty strzał przecięły powietrze i spadły niczym wulkaniczny pył na lewą cześć diabelskiej machiny zniszczenia. Ostrzał nie ustawał ani na chwilę, długie łuki spisywały się na medal. Nieco pogrążona w chaosie armia nieprzyjaciela doświadczyła kolejnego uderzenia, tym razem od strony Ascarona. Strategia jakiej używał znana była w Requiem jako „Rzut Młotem” i działała w bardzo podobny sposób. Tak jak młot zaraz po wyrzuceniu nabiera szybkości i wędruje coraz to dalej i dalej tak żołnierze z wielkim impetem wbijają się oddziały wroga, młot jednak z czasem traci swoją szybkość tak samo jak i wojacy. Im głębiej w polu bitwy tym wolniej taki oddział posuwa się do przodu. Ascaron wgryzając się w sam środek wymusił na wrogu, aby ten go otoczył, jednak ma to pewną zaletę. Doszedł, bowiem wystarczająco głęboko, aby dorwać wrogie jednostki strzelające, które znacznie gorzej radziły sobie w walce w ręcz niż ich kompani z pierwszych linii ataku. Ciągły deszcz rozgrzanych grotów dawał się we znaki lewej stronie kolumny przeklętych. Zmuszając ja do odłączenia się głównego oddziału. Z prawej strony Drax razem z kilkoma ludźmi rozpoczął delikatne ale drażniące ataki. Co chwila kąsał niczym komar zabijając dwóch czy trzech przeciwników i wycofywał się na kilka metrów. Wydawało by się, że nie jest to wielką przeszkodą jednak pogrążone w chaosie oddziały przeklętych co chwila musiały odpierać irytujące insekty. Wycofując się Drax próbował odnaleźć jakiś punkt zaczepienia w armii wroga, coś co wskazywało by na miejsce z którego cała ta machina wojenna jest kontrolowana. Zdarzyło mu się dostrzec kilka razy chorągiew wroga jednak nie miał wystarczająco czasu aby ustalić jej dokładne położenie.
- Wiem, że jesteście zabójcami, chłopaki – mruknął – ale musimy wbić się nieco głębiej, może wtedy…
- Drax – wtrącił jeden z kamratów – żaden problem, jesteśmy zabójcami ale potrafimy sobie radzić także bez osłony nocy.
Chłopak spojrzał na nich z uśmiechem i mocno zacisnął dłonie na rękojeści. Zapierając się na wysuniętej w tył prawej nodze wyglądał jakby miał wystrzelić niczym pocisk z balisty. Zamiast tego jednak wyszeptał krótka formułkę i zerwał się lekki wiatr, który z sekundy na sekundę gęstniał aż światło Moonglow stało się wyraźnie widoczne. Rozpraszało się we wszystkich możliwych kierunkach na każdym centymetrze ostrza. W jednej sekundzie chłopak zerwał się i pomknął jak strzała w kierunku wroga. Tym razem ukąszenie komara było najmniej odpowiednim określeniem tego co stało się w szeregach przeklętych. Niczym nóż w masło ostrze Moonglow wbiło się w ciało jednego z przeklętych, tarcza która chciał zablokować nadchodzący atak rozpadła się na pół. Jakby tego było mało szaleńczy wiatr nie tylko rozpłatał demona wzdłuż ale i rozszarpał jego ciało od wewnątrz. Opierając się na jednej nodze Drax natychmiast wykonał zamach uderzając ostrzem niczym wachlarzem. Wyzwoliło to podmuch wiatru który rozerwał klaki piersiowe i czaszki stojących w pobliżu i powędrował kilkadziesiąt metrów w głąb walczącego motłochu. Ci stojący blisko kończyli z wnętrznościami na wierzchu, ci stojący na granicy zasięgu morderczego wiatru tracili części kończyn, ich bronie i zbroje pękały a odłamki wrzynały się w ciało na głębokość kilku centymetrów. Jeśli któryś z nich przeżył to nie był w stanie dłużej walczyć, można by powiedzieć, że mógł jedynie zazdrościć tym którzy zginęli. To pojedyncze uderzenie pochłonęło blisko trzydziestu przeklętych a co najmniej drugie tyle poważnie okaleczyło. Wyrwa z prawej strony kolumny była znaczna, i pozwoliła Draxowi spojrzeć w głąb pola bitwy, jednak widok który ujrzał nie był tym który by chciał ujrzeć. Jeden z gwardzistów requiem widząc pędzący w jego stronę pocisk chwycił za stojącego obok niego człowieka i zasłonił się nim niczym tarczą, po czym odepchnął go od siebie jakby wyrzucał zużytą ścierkę. Upadając na ziemie człowiek odwrócił głowę w stronę Draxa, jego gasnące oczy wydawały się krzyczeć „Obiecałeś!”. Bloodpledge rozpoznał twarz tego człowieka i natychmiast setki myśli wdarły mu się do głowy. Miedzy nimi wydobywał się krzyk samego Draxa nawołujący do skupienia się na walce, gdy nagle ustąpił miejsca straszliwemu bólowi. Ciężka dłoń uzbrojona w ćwiekowaną rękawice uderzyła młodzieńca w głowę. Jeden z ćwieków wbił się lekko w skórę i rozszarpał ją w dość nie estetyczny sposób. Ogłuszony potężnym ciosem gwardzista upadł na gorący piach, gdy jego twarz zanurzyła się w pustynnym prześcieradle ten wydobył z siebie bolesny krzyk. Sól wysypana na ranę nie mogła równać się z tym co czuje człowiek gdy do otwartej rany dostanie się rozgrzany do temperatury niemalże pięćdziesięciu stopni piasek wymieszany z potem. Z wielkim trudem Drax odwrócił się na plecy ciągle przykładając rękę do krwawiącego czoła. Jednym okiem dostrzegł stojącą nad nim gigantyczną sylwetkę. Kiedy ta schylała się by unieść leżący obok Draxa oręż, chłopak dostrzegł jej zniekształconą twarz, pokrytą niezliczonymi bliznami, dwa duże kły wystające z dolnej szczęki i oczodół który świecił pustka. Nie była to jednak świeża rana, wyglądała raczej na zagojoną kilkadziesiąt może nawet kilkaset lat temu. Bez większego wysiłku postać uniosła Moonglow w jednej ręce i wymierzając koniec ścieżki, która kroczył leżący przed nim człowiek wyprowadził szybkie i potężne cięcie. Ascaron nie wdział co dzieje się z jego ludźmi, co chwila cofał się o krok zacieśniając okrąg. W końcu wszyscy ludzie z „rzutu młota” ocierali się o siebie ramionami.
- Ani kroku w przód – rozkazał głosem jakiego nie powstydził by się nie jeden dowódca. – Jeden krok w przód i jesteście trupami rozumiecie? – dodał po chwili.
Wojska przeklętego legionu ostrożnie zbliżały się ku stojącym w kręgu żołnierzom, zbyt ostrożnie aby zauważyć, że Ascaron inkantuje zaklęcie. Kiedy skończył spojrzał w górę a szyderczy uśmiech namalował się na jego twarzy, zaintrygowani napastnicy także spojrzeli w niebo odrywając tym samym wzrok od dowódcy ofensywnego. Ten szybko schował za siebie swój miecz który z kolei rozpadł się na małe kawałki. W ręku pozostała jedynie rękojeść oraz niemalże niewidoczna metaliczna nic uczepiona do niej, cała reszta ostrza zniknęła w pustynnym piasku.
- Zabić! – zawyły demony i rzuciły się w stronę już nieco przerażonych ludzi.
- Zabić… - powtórzył cicho Ascaron i w mgnieniu oka dziesiątki szpikulców wystrzeliły z piasku przeszywając ciała niczego niespodziewających się potępionych. Kolejne potężne uderzenie zostało wymierzone w przeklęte wojska, pozostawiając krwawy ślad na i tak już zbrukanej krwią ziemi. Odzyskawszy ducha walki żołnierze rzucili się do walki ze zdwojoną siła. W zamęcie wojny Steelstrike znalazł chwile by spojrzeć w stronę wieży z której Aeon wypatrywał dowódców wroga. Jednak wyglądało na to, ze jego uwagę przykuło coś zupełnie innego niżeli sztandary wroga, zapatrywał się on bowiem w miejsce gdzie powinien walczyć Drax. Moonglow zawisł nad Draxem zatrzymany przez znajoma mu osobę.
- D-dzieki… - wyjąkał przerażonym głosem.
Nogi Delany trzęsły się pod naporem siły olbrzyma który cały czas dociskał oręż jakby próbował wbić dziewczynę w ziemie. Ta jednak odważnie spoglądała mu w twarz, jej rubinowe oczy wydawały się pożerać bestie żywcem, a dziwny, tajemniczy uśmiech pojawił się na jej ustach.
- Ile to lat Gordon? – powiedziała nie tracąc czujności
Gigant spojrzał na nią badawczym wzrokiem.
- Nie poznajesz? Może jak wyłupie ci drugie oko to sobie przypomnisz!
- Delana… więc teraz jesteś psem ludzkim, myślisz, że bez swojego diabelskiego ciała też dasz mi radę?
Nie odzywając się słowem zmieniła kąt nachylenia broni tak, że pod naporem siły Gordona Moonglow zsuną się bezładnie zatapiając się w piasku nie robiąc krzywdy leżącemu Draxowi. Shadowstep wykonała szybki obrót przesuwając ostrzem po ziemi. W ten sposób nabrała nieco piasku na klingę swojego dwu-ręczniaka i natychmiast sypnęła nim w jedyne oko Gordona. Diabeł upuścił broń i obiema rekami chwycił się za piekące oko, odsłaniając tym samym gardło przez które chwile później przebił się Abyss. Lekko ranny Drax podniósł się w końcu z ziemi i chwycił za Moonglow, by odpłacić się Delanie, ratując tym razem jej skórę przed demonem który w dzikim szale rzucił się jej na plecy.
- Wracaj, do miasta, zrobiłeś już swoje – rozkazała
Nie dyskutując więcej, „siwy” pomknął w stronę bram miejskich co chwila ocierając krew z twarzy.
- Delana! Chorągwie! Jakies trzysta metrów na wschód od ciebie! – wykrzyknął co sił w płucach Aeon mając nadzieję, że może usłyszy.
Nie dając znaku potwierdzenia, czy chociażby zaciekawienia ową informacją Delana rzuciła się przed siebie, wycinając w pień każdego kto stanął jej na drodze. Od samego początku chaotycznie poruszała się po polu bitwy i tylko przypadkiem znalazła się w miejscu w którym Drax miał dokonać żywota, to też Aeon nie wiedział do końca czy go usłyszała czy po prostu pomknęła w odpowiednim kierunku. Nie wiedział też czy za chwilę nie skręci w druga stronę i nie upatrzy sobie innej ofiary. Pewne było jedno, na polu bitwy wpadała w szał, dla niej wyznacznikiem skuteczności nie było poniesienie jak najmniejszych strat, ale zadanie jak największych. Przebyła jednak sto metrów, dwieście, dwieście pięćdziesiąt by w końcu niczym wprawiony zabójca niezauważalnie wyłonić się z tłumu tuz przy chorągwi. Jedno poprzeczne cięcie załatwiło sprawę i plugawiec trzymający chorągiew położył się do wiecznego snu. Sam dowódca też nie miał zbyt wiele czasu na reakcję, dla niego czas niemalże stanął w miejscu. Widząc przed sobą pochyloną sylwetkę kobiety mierzącej do niego mieczem gotowym do przebicia jego spaczonego ciała. Jej czarne długie po pas włosy ociekające krwią jego pobratymców. Czerwone oczy spragnione krwi wbijające się głęboko w głąb duszy, życzenie śmierci ściskające w gardle i mącące umysł paraliżowały całe ciało. Pani wojny, Archanioł śmierci, Prorok zniszczenia, żadne z tych określeń nie mogło by oddać tego co myślał herszt potępionych patrząc na spragnioną krwi Shadowstep. W końcu czas ruszył a nagrzana od słońca stal zatopiła się w ciele wodza, wychodząc plecami roztrzaskała kilka kręgów kręgosłupa. Szatan zatrzymał się na ramieniu, a zbrukana krwią dziewczyna odetchnęła z ulgą.
- Zdrajczyni – wyszeptał umierający diabeł
- I to podwójna – odpowiedziała szorstko i z nie bywała gracją szarpnęła za rękojeść Abyssa jednocześnie odpychając lewą ręką konającego herszta do tyłu. Chrząknięcie jakie dało się usłyszeć było ostatnim dźwiękiem jaki wydał, upadając na ziemie zdążył jeszcze tylko utoczyć nieco krwi z ust. W legionie zapanował totalny chaos, pozbawieni dowódcy przeklęci nie byli w stanie skutecznie się bronić nie wspominając już o wyprowadzeniu jakiegokolwiek sensownego i zgranego ataku. Cała machina wojenna zaczęła się rozpadać w oczach. Pomimo przewagi fizycznej nad śmiertelnikami, żaden z pomiotów piekielnych nie był w stanie bez dowódcy przebić się przez dobrze zorganizowane szyki słabych i głupich, jak o nich nie raz mówili, ludzi. Wraz z ostatnimi promieniami słońca ostatnie z pozostałych przy życiu demonów uciekały gdzie tylko było to możliwe, jednak ich śladem wyruszyła grupa pościgowa Zheroo, by w wraz z końcem dnia zakończyć ich żywot.

środa, 15 czerwca 2011

Rozdział 19: Piaski przesiąknięte krwią. (Część druga)

Po długiej przerwie, związanej z pewnymi problemami natury ludzkiej oraz artystycznej wróciłem.
a teraz do rzeczy kolejna część 19 rozdziału do waszej dyspozycji. Przypominam ze opowiadanie tutaj pojawia sie w wersji surowej, bez poprawek, zaraz po napisaniu. Ale jesli nadal ktos tu zaglada to chyba nie ma tragedii ; d
----------------------------------------------------------------------------------------------


Gdy tak rozmawiali czas upływał a piaski straciły swój żar.
- Wydaje mi się, że możemy już przekroczyć pustynię. – zawołała Jane wypuszczając piasek z dłoni.
- Pamiętajcie, to stary świat, z znikąd mogą pojawić się burze piaskowe i inne anomalia. – ostrzegł Aeon.
            Wtem wszyscy ruszyli, ziarna piasku nadal były gorące ale dało się znieść ich temperaturę. Na horyzoncie, tuz pod księżycową tarczą malował się niewyraźny kształt. Ślady dziesiątki tonęły w piasku, ile drogi już przebyli, tego nie wiedział nikt. Natomiast Ghald wydawało się tak odległe jak w momencie wkroczenia na pustynię.  Nagle cos upadło na piasek, Aeon odwrócił się i zobaczył leżącą Lilly.
- Wstawaj – powiedział podając jej rękę.
            Dziewczyna z jego pomocą podniosła się z ziemi,  ale jej oddech był ciężki.
- Szybko nie mamy czasu, niedługo będzie świtać a wtedy się tutaj usmażymy. – wykrzyknął Ascaron.
- Przeze mnie musicie zwalniać. – Mruknęła pod nosem dziewczynka.
- Nie gadaj głupot i wskakuj mi na plecy. – rozkazał stanowczo Aeon.
Dziewczyna zastosowała się do owej rady i resztę drogi spędziła na plecach swojego towarzysza. W tym całym wyścigu z czasem, Aeon znalazł chwile na łyk piwa i pogawędkę ze swoim „balastem”.
- Fiuczelli? – zachichotała dziewczyna.
- Miałaś się nie śmiać.
- Ale to jest śmieszne, jak na ciebie wołali koledzy? Filutek? Penis? Kut…
- Daj spokój. – przerwał jej Aeon i lekko się uśmiechnął. – Dlatego przybrałem nazwisko Sandspell. I niech to zostanie miedzy nami, ok.?
            Dziewczyna nic nie odpowiedziała, a jedynie ułożyła się w możliwie najwygodniejszej pozycji. Wszystko wskazywało na to, ze sen zapukał do jej drzwi. Nie było to jedyne pukanie jakie rozległo się tej nocy. Potężna uzbrojona pięść uderzała o drzwi gospody.
- Ide… kurwa… - odpowiedział zaspany i podirytowany głos zza drzwi.
            Zamki zaklekotały i z lekkim skrzypieniem otworzyły się drzwi gospody. Zaspany człowiek uniósł lekko wzrok i odezwał się ziewając w tym samym czasie.
- Kiego do chuja pana tu szukacie…
- Pora się obudzić kolego bo widzę nie wiesz do kogo pyskujesz.
            Gospodarz przetarł oczy i nieco bardziej trzeźwym wzrokiem spojrzał na rozmówcę, zbadał go całego a jego wzrok zatrzymał się na herbie Requiem.
- O ku… znaczy się proszę o wybaczenie.
- Potrzebujemy przeczekać tutaj noc i uzupełnić zapasy. – odpowiedział spokojnym tonem gwardzista i usunął się z progu.
            Gospodarz przetarł jeszcze raz oczy, tym razem ze zdumienia. Przed jego gospodą stała dobra setka ludzi. Każdy z nich na piersi na miał symbol requiem. Ośmiu gwardzistów, reszta w randze strażnika.
- Obawiam się, ze nie mam tyle łóżek. – odpowiedział zszokowany.
- Wystarczą te które masz, reszta będzie spać w namiotach.
- W takim razie rozgośćcie się – odpowiedział karczmarz i zaprowadził gwardzistów do ich pokoi.
            Nie minęła jeszcze czwarta godzina rano, a jego gospoda tętniła życiem. „Requiem to człowiek… A człowiek nie wielbłąd, napić się musi.” Pomyślał właściciel gospody nalewając kolejny kufel piwa. Teren wokół karczmy zamienił się w obóz wojskowy, w takich miejscach właśnie żołnierz może poczuć chociaż odrobinę swobody i pozwolić sobie na nieco więcej niżeli w grubych murach cytadeli. Toteż znaleźli się i tacy, którzy przekroczyli pewne granice swobody. Pijackie przyśpiewki było słychać z niejednego namiotu.
- Aaaaa T.. theaaas fszysy rhasem! – wykrzyknął jakiś zalany niemalże w trupa żołnierz, reszta mu zawtórowała i zaczęli śpiewać. Po ich odejściu barman jeszcze długo miał w głowie tą przyśpiewkę.
„Wszyscy razem kufle w górę,
Nadeszła pora zwilżyć rurę,
Kto browarna nie wypije,
Niech mu nerka dzisiaj zgnije!”

Piwa, wódki nawet wina,
Lecz gdzie kurwa jest dziewczyna,
Niech tu przyjdzie niech pokręci,
Bo nas w kroczu bardzo nęci!”
            Wtedy do namiotu wszedł Kaay, a śpiewy ucichły.
- Coście tacy wystraszeni? – spytał i zaśpiewał – „A gdy kogut wnet zapieje”
            Wtedy wszyscy pociągnęli pijacką przyśpiewkę dalej.
„Niech no każdy się wyleje,
Zrobi miejsce na kielona,
Choć go z domu wygna żona!”
W tym momencie do tego samego namiotu wszedł Lester.
„Bo na trzeźwo by iść w bój,
Zamiast mózgu trza mieć gnój”
            Rozpoczął trzymając kufel wypełniony piwem. Reszta natychmiast mu odpowiedziała
„A kto tempu ma nie sprostać,
Niechaj idzie fiuta possać!”
Pijackie piosenki cichły z każdą godziną by około dziewiątej rano zrobić miejsce dla absolutnej ciszy. Wszyscy zmęczeni zabawa spali jak dzieci. Właściciel karczmy, któremu nie podobał się początkowo pomysł Ascarona, teraz był w niebo wzięty, W ciągu zaledwie kilku godzin miał utarg równy miesięcznemu, a liczył na jeszcze więcej, w końcu żołnierz musi coś jeść. Jednak po drugiej stronie Shilenor nastroje nie były takie dobre. Widmo ataku na Ghald stawało się z każda chwilą coraz bardziej realne. Do miasta docierały kolejne doniesienia z najbardziej wschodnich punktów obserwacyjnych o zbliżającej się armii. Żołnierze nemezyjscy niechętnie rozmawiali o sytuacji z niedawno przybyłymi Requiem. Wyraźnie nie podobał się im fakt, że ich cesarz obdarował Azarath całkowitą autonomią na czas wojny. Jednocześnie wiadomość o tym, że Requiem wspomoże ich w walce dodała im otuchy. Samo Ghald było solidnie wyglądająca fortyfikacją. Grube kamienne mury dawały zbawczy cień w którym mogli ochłonąć mieszkańcy. Po środku miasta znajdowała się oaza, główne źródło wody pitnej. Jezioro było głębokie na kilkadziesiąt metrów, toteż było odgrodzone i dzieci, choć było ich tam niewiele, nie miały tam wstępu. Miasto liczyło sobie około czterech setek mieszkańców z czego znaczną część stanowili straże. Gdy tylko oddziały Zheroo i Steelstrike’a przekroczyły bramy miasta zostali przywitani przez dziewczynę, w wieku podobnym do Lilly.
- Sara! -  Wykrzyknęła Lilly zeskakując z pleców Aeona.
Przyjaciółki wyściskały się a Lilly przedstawiła jej wszystkich. Drax podszedł do Sary i pogładził ja po głowie.
- To ty powiedziałaś Lilly o wizji prawda?
- Tak.
- Być może ocaliłaś setki ludzi – powiedział ciepło białowłosy – Mogłabyś pokazać nam miasto?
            Dziewczyna jedynie skinęła głową i oprowadziła obie drużyny po całym, spieczonym od samego rana żarem, miasta. Pokazała im wieżę zegarową wznoszącą się ponad mury, spichlerze, łaźnie, kuźnie. Miasto miało dosłownie wszystko.
- Prawie jak Requiem – mruknął pod nosem Ascaron.
- Ta, nie sądziłem, że miasto pośrodku tej zasranej pustyni może tak prosperować. – odpowiedział Imar.
            Gdy już zwiedzili całe miasto pozostało im jedynie czekać na rozwój wydarzeń. Co godzinę dochodziły raporty o zbliżającym się wrogu. Dopiero koło ósmej wieczorem dotarło do nich, że inwazja jest nieunikniona. Kolejna wizja miała się sprawdzić, wedle zapowiedzi miała to być już ostatnia wizja. Wtedy to Ascaron wydał rozkaz pełnej gotowości, wiedział już, ze będą musieli wytrzymać dopóki nie przybędzie wsparcie z Requiem. A szanse przetrwanie malały z każdą informacją. W końcu ostatnim gwoździem do trumny wydawała się liczba przeklętych zmierzających w kierunku Ghald.
- Prawie dwa tysiące – powiedział przerażonym głosem Zheroo który właśnie dostarczył nowe informacje.
            Wszyscy w gospodzie oniemieli.
- Szanse, ze utrzymamy się przez noc są raczej nikłe. Tym bardziej, że żołdacy widzą w nocy gorzej niż demony. – powiedział spoglądając na Delanę.
- Niestety masz rację. – odpowiedziała.
            Sandspell wstał od stołu wywracając jednocześnie krzesło i opuścił gospodę wyraźnie zniesmaczony atmosferą w jakiej prowadzona była rozmowa. Drax pośpieszył za nim i złapał go w drzwiach.
- Co ty kurwa robisz?
- Zamiast płakać nad naszym losem coś zrobię.
- Co takiego?
            Wtedy Aeon spojrzał przez ramię Draxa na zgromadzonych a oni odwzajemnili jego spojrzenie.
- Opóźnię atak na Ghald o kilka godzin. – powiedział donośnym i poważnym głosem.
- Browar ci chyba wyżarł mózg do reszty, jak ty chcesz cokolwiek zrobić? – wściekł się Ascaron.
            Wszakże nie lubił, gdy ktoś deklarował zrobienie czegoś tak niemożliwego. Czuł się wtedy poniżony, tym bardziej w sytuacji z której nie widać wyjścia.
- Możesz mi ubliżać, ale przysięgam, ze kiedyś ci jebnę. – odszczekał.
            Następnie zwrócił się do Draxa.
- Pamiętaj stary, jestem Sandspell, a to jest pustynia.
            Drax spuścił wzrok i westchnął uśmiechając się pod nosem, a gdy uniósł głowę zobaczył już tylko plecy swojego przyjaciela, który właśnie opuścił karczmę. Aeon skierował się na wieżę zegarową i krętymi schodami wdrapał się na szczyt. Czujnym wzrokiem zbadał horyzont na którym istotnie dostrzegł jakieś punkciki które wydawały się poruszać. Wtedy zamknął oczy i złożył ręce. W swoim umyśle narysował to co zobaczył i oddał się medytacji. Po krótkiej chwili wyszeptał pod nosem.
- Duchy pustyni, posłańcy starego boga,  twórcy i niszczyciela. Usłyszcie mój głos, poczujcie mój oddech, ruszcie za mym rozkazem. Skryci pod ziemią poruszcie ziarna piasku, stwórzcie wydmy nieprzebyte i dna zdradliwe. Niech piaski staną się wrogiem moich wrogów.
            Skończywszy inkantacje otworzył oczy które momentalnie zabłysnęły białym światłem. Piaski na wschodzie poruszyły się, utworzyły się wydmy i pogłębiło dno. Nogi przeklętych z każdym krokiem grzęzły w piasku coraz bardziej. Aeon na wpół przytomny przechylił się do przodu i wypadłby z kilkumetrowej wieży gdyby nie Drax który w ostatniej chwili chwycił go za wszarz.
- Maja kurwy za swoje – roześmiał się.
- Ty też byś miał jakbyś poleciał w dół.
            Aeon odpowiedział jedynie śmiechem i resztką sił sięgną po bukłak z piwem.