Regulamin Chatango

Postanowiłem pomóc znajomemu w promocji jego... "opowiadania parodyjnego" Głupie, bez sensu, nie klejące się kupy. Po prostu osiąga perfekcję podchodząc do niej od drugiej strony ;d
Oto link: Księga Szyby

Poza tym bonus, krotkie opowiadania, które napisałem w przerwie od ROSC.

Krótkie opowiadania: Taniec Nekromantów, Serce Diabła, Władca Chwil, Za ścianą śmiechu głupców
(update 14.12.2011)

piątek, 23 grudnia 2011

Wesołych (na swój sposob) świąt ;3

Nie jestem szczególnie fanem tego okresu, ale pomyślałem, że wyjdę na przeciw i zgodnie z obietnicami napiszę coś świątecznego w klimacie Fantasy z dawką parszywego i czarnego humoru. Także mały spin-off

Requiem: X-mass with Ninjaz

Możecie się zastanawiać, czemu jestem cały spocony, odpowiedz jest prosta, właśnie wyszedłem z tego oto grawitacyjnego pomieszczenia treningowego, w którym siła przyciągania jest dziesięciokrotnie większa niż normalnie. Możecie wierzyć na słowo albo nie, ale czuje się po tym jakbym miał zaraz odlecieć. To? Interesuje was ten fajnie wyglądający, wykonany ze skrystalizowanego księżycowego promienia miecz? Ma ciekawą legendę, podobno został wykuty dawno temu przez starożytnego kowala i jakimś cudem uniknął kilku końców świata i w końcu dostał się tutaj. Muszę wam powiedzieć, że to dość ciekawa zabawka, waży niespełna piętnaście kilogramów, a gniecie kości z siłą buldożera! Nie pytajcie mnie skąd ja to mam, spytajcie lepiej Świętego Mikołaja skąd on to bierze, bowiem wszystkie prezenty, łącznie z pokojem grawitacyjnym, dostałem od niego. Tak samo te dość ekstrawaganckie ozdoby choinkowe, chociaż je w zasadzie sobie wziąłem sam. Prawda, że ładne główki? Popatrzcie tylko jak no się uśmiechają, historia tych skalpów też jest dość ciekawa. A zdarzyło się to w zeszłym roku...
            Jak przed każdą wigilią, relaksowałem się w mojej sali grawitacyjnej, niema to jak wycisk przy dziesięciokrotnym obciążeniu, oj tak... Gdy z niej wyszedłem podobnie jak dziś czułem, że mogę odfrunąć, jednak smród mojego potu ciągle trzymał mnie na ziemi. Skierowałem się, więc pod prysznic i spędziłem tam miłe kilkanaście minut. Gorąca woda spływała po wszystkich częściach ciała, tych, na które patrzy się z podziwem oraz po tych, za których publiczne pokazanie grozi karnet od pana w niebieskim mundurze. Co roku o tej porze Mikołaj przerywał mi moja kąpiel dzwoniąc to z kolejna absurdalna prośbą. Raz ścigali go piraci, innym razem renifer miał biegunkę, tym razem miałem nadzieję, że w końcu spędzę wigilie w spokoju, wypije barszczyk instant, kilka zupek chińskich i na przegryzkę zamówioną pizzą. Niestety nadzieja okazała się złudna, jak co roku. Kiedy już odlatywałem do lepszego świata pod gorącymi kroplami wody lecącymi z prysznica zadzwonił telefon. 'Ja pierdole' pomyślałem 'znów ta łajza czegoś nie może zrobić'. Miałem rację to był Święty Mikołaj. Przepasałem się, więc ręcznikiem i szczerze zniesmaczony kolejną spieprzoną wigilią odebrałem.
- Co jest, Rudolf znów ma sraczkę? - spytałem prawie uprzejmie.
- Ninja, kradną święta... - odpowiedział święty.
- Jacy kurwa ninja?! Gdzie Japonia a gdzie Laponia... - rzuciłem pogardliwie
            Dopiero po chwili mi się skojarzyło, że owi ninja mogli być tak nachlani, że pomylili Japonie z Laponią i teraz napastują biednego brodacza.
- Dobra, zajmę się nimi. - dodałem po chwili i rzuciłem telefonem przed siebie, nie trafiłem niestety na biurko i jego części, których w sumie nie chciało mi się sprzątać, do dziś walają się gdzieś po całej łazience.
            Suma summarum, trzeba było ruszać do kraju grubego kominiarza kradnącego ciasteczka i mleko. Zawołałem więc Stefana, mojego wiernego druha i szofera, który potrafi prowadzić każdy pojazd, chociaż szczególnie dobrze radzi sobie ze wszystkim co ma funkcję autopilota. Myśliwiec naddźwiękowy o jakże wdzięcznej nazwie 'Chluśniem' na całe szczęście ową funkcję posiadał. Stefan na miejscu pojawił się już po piętnastu minutach, tyle, bowiem zajęło mu przejście przez ulicę.
- Piłeś! - wrzasnąłem do niego
- Ta, PIŁEM! - odparsknął a w jego głosie czuć było dumę.
- To dobrze, na trzeźwo nie potrafisz tego prowadzić. Siadaj za stery - rozkazałem.
            Stefan posłusznie wdrapał się do myśliwca, i siadł za sterami.
- Stefan, to jest miejsce pasażera. - zauważyłem
            Nieprzejęty niczym, nabity jak paczka gwoździ Stefan przesiadł się jakimś cudem na siedzenie pilota. Po prawie godzinie męczarni byliśmy gotowi do lotu.
- Wszystko działa? - spytałem
- A bo ja wiem, jak nie działa to, co?
            Nie śmiałem już odpowiadać na to pytanie i nakazałem mu ruszać. Przez kolejne kilka minut kołowaliśmy po podwórku, po czym 'Chluśniem' wzbił się w przestworza. Trasę Polska - Laponia dało się tym pokonać w około trzydzieści minut. Autopilot spisywał się na medal, to też udało nam się wypić po literku ze Stefanem.
- Dobra stary dzięki za podrzucenie - zawołałem do autopilota i zaprogramowałem go na drogę powrotną, po czym wyskoczyłem ze spadochronem.
            Widoki z góry były na prawdę warte grzechu, a fabryka grubasa imponowała wielkością. Po kilku minutach byłem już na dachu, przez szklaną szybę udało mi się dostrzec kilka postaci. Faktycznie kominiarz nie kłamał, pięciu Ninja zaprowadziło go do klatki i szybko rozproszyli się po całej fabryce. Mordowali wszystkich pracowników po kolei, elfy, gnomy, jednorożce. Biedny Rudolf przyglądając się temu wszystkiemu znów dostał ataku sraczki ze strachu. Sanie na szczęście nie były jeszcze gotowe. 'Garaż' pomyślałem, po czym udałem się do niego. Święty kiedyś po pijaku podał mi hasło do pomieszczenia, w którym trzyma magiczne sanie, to też nie miałem problemu, aby się tam dostać. Ugościłem się w saniach na pozycji woźnicy i czekałem ukryty w ciemności. Mechanizm, z którym ja sobie poradziłem nie sprawił dużo problemów także pięciu Ninjom, którzy wycięli swoimi katanami dziurę w blaszanych drzwiczkach automatycznych. Jeden z nich nacisnął włącznik i światła, jedno za drugim, zaczęły się powoli zapalać. Wraz z ostatnią parą świateł włączyło się stare radyjko nadające dawno już przeżarty kawałek 'Last Christmas'.
- No to co, zatańczymy? - spytałem
            Oni natomiast w odpowiedzi chwycili swoje bronie w obie ręce. Ja też wstałem z pozycji woźnicy i chwyciłem Moonglow prawą ręką, lewą wyciągnąłem w ich kierunku dałem znak, aby zaczęli. Nie musiałem czekać długo na reakcję. Ninja runęli na mnie jak ptactwo drapieżne na swoją ofiarę. Przyznam, że unikanie pięciu ciosów jednocześnie było dość sporym wyzwaniem, ale przy wspomagaczu, jakim jest wódka, człowiek zdolny jest do wszystkiego. Sparowałem kilka uderzeń, wyprowadziłem kilka kontr i w końcu rozbiegliśmy się na dwa różne końce garażu.
- Dobry jesteś, chło... - nie skończył jeden, gdyż wtedy odpadła mu ręka.
- Co jest przecież nas nie trafiłeś! - krzyknął drugi.
            Lekko uśmiechnąłem się pod nosem, poczułem, że teraz mogę pozwolić sobie na więcej, a w epitetach nie przebieram. Mimo wszystko udało mi sie powstrzymać serię bluzgów cisnących się mi na usta i nie tracąc pewności siebie odpowiedziałem.
- To sztuka widmowego ostrza, nigdy nie wiesz gdzie uderzy!
            Nie czekając dłużej na zrozumienie rzuciłem się na nich po raz kolejny i po raz kolejny po zaciętej wymianie stalowych argumentów zwiększyliśmy dystans, tym razem pozostałem tylko oraz ostatni żywy Ninja. Wydawał się być ich przywódcą, a przynajmniej najlepiej wyszkolonym z nich wszystkich. Był w stanie unikać widmowego ostrza przynajmniej wtedy, gdy miał ze sobą resztę ludzi. Pewien byłem natomiast jednego, gość ma poziom. Ponownie ruszyliśmy na siebie i wymieniliśmy serię ciosów. Żadne widmowe ostrze go nie sięgnęło, ale było widać, że już ma dość. Jego ręce lekko drżały, kolana uginały się, a oddech miał nierówny. Wtedy to w radiu puścili kolejny kawałek, mocne brzmienie niosło się od samego początku, wnet złapałem rytm owego kawałka.
- I think the war is coming... - warknąłem uprzedzając wstęp do piosenki i ruszyłem na oponenta.
            Seria szybkich i potężnych ciosów powaliła go na ziemie a widmowe uderzenia dokonały dzieła zniszczenia. To był koniec przygodni Ninja ze świętami Bożego Narodzenia.
            Te głowy pozwolił mi zabrać święty i jak widzicie kryją w sobie dość ciekawą historię. W tym roku nie zadzwoni na pewno. Skąd to wiem? Cóż, spytałem, co w tym roku dostane za brudną robotę, powiedział, że przekroczyłem granicę i mordercy nic nie da. Postanowiłem, więc, że wezmę coś sobie sam, prawda Mikołaju? Ej zaraz gdzie uciekacie? Nie uważacie, że ta jego głowa bardzo dobrze sprawdza się w roli gwiazdki choinkowej... Chyba nie. W każdym razie wesołych, na swój sposób, świąt życzę!

czwartek, 22 grudnia 2011

Rozdział 26: (Bez)Nadzieja

W końcu nadszedł czas na prezentację 26. rozdziału Requiem. Bez przeciągania
Enjoy.

-------------------------------------------------------------------------


Rankiem tego samego dnia, w którym Delana przeprowadziła Ewę przez Requiemskie mury rozległo się pijackie krzyczenie. Nowoprzybyły Barney o wdzięcznie brzmiącym nazwisku Neuron pałętał się zalany niemalże w trupa po dziedzińcu i pokrzykiwał mniej lub bardziej przyzwoite rzeczy. Maya wybiegła tuż za nim. Jej noga najwyraźniej nie sprawia już problemów i pozwalała na pełną swobodę ruchu. Chwyciła ona Neurona za ramię i uderzyła w twarz, ten z kolei zachwiał się i runął do tyłu na ziemię. Scenę obserwowali strażnicy pełniący nocną wartę oraz kilkoro obudzonych pijackimi śpiewami. Gdy zobaczyli furię Mayi oraz sposób, w jaki wyładowała agresję na swoim rekrucie z trudem pohamowali śmiech. Aeon wyszedł chwile po całym zajściu z kompleksu budynków i widząc Maye trudzącą się z pozbieraniem Barneya zaoferował swoja pomoc.
- Nie odsypiasz? – spytała Maya chwytając pijaczka pod rękę.
- Nie, musiałem załatwić parę spraw.
- W zasadzie to nie widziałam twojego rekruta, który to?
- Nie żyje. – odpowiedział oschle.
- Nie żyje?! – zdziwiła się
- Zabiłem go, wkurwial mnie. – odrzekł Aeon
- A co naściemniałeś Soulripperowi?
- Nic, przyniosłem w zamian notatki Mahhmeriona dotyczące bramy, okazały się bardziej przydatne niżeli jeden wojowniczek. – odpowiedział ze spokojem
            Maya na chwilę przystanęła i badawczym wzrokiem spojrzała na swojego rozmówcę.
- Mahhmeriona? Skąd je wziąłeś?!
- Szczęśliwy traf. W każdym razie dzięki nim wzrosła szansa na zakończenie tej pieprzonej wojny.
- Czyli, zbliża się koniec? – rozmarzyła się dziewczyna.
- Chodźmy, zaniesiemy go na swoje miejsce i lecim w kimę. – zmienił temat Aeon.
            Ruszyli więc w stronę jednej z wolnych kwater, a było ich teraz sporo, jako że Ghald zebrało swoje żniwo. Po ułożeniu nieprzytomnego Barneya na łóżku wyszli i udali się do siebie, aby zdrzemnąć się, choć chwilę. Późnym rankiem forteca ponownie przebudziła się do życia, na dziedzińcu przemykały dziesiątki nowych twarzy. Jedne przerażone, inne ciekawskie, jeszcze inne, jak Barney, skacowane i zdezorientowane. Drzewa na horyzoncie malowały się jaskrawymi barwami a promienie słoneczne zapewniały coraz to mniej ciepła. Drax oraz Zheroo pełnili już od godziny wartę na murze. Za każdym razem, gdy się spotykali, przystawali na chwilę by uciąć sobie krótką pogawędkę i ruszali dalej. Na niebie nie było żadnych znaków, które wskazywałyby na przekraczanie bramy przez przeklętych. Mieli jednak w głowach teorię Aeona na temat purpurowych burz, to też ta cisza niepokoiła ich bardziej niżeli seria grzmotów i błysków. Z drugiej strony, jeżeli gromy zagościłyby na niebie, oznaczałoby to przerzucanie ogromnych sił piekielnych do tego świata. A na ponowne starcie Requiem nie było jeszcze gotowe.
- Jak myślisz - spytał Drax – ci ludzie nadają się na wojnę?
            Zheroo odwrócił się i spojrzał na dziedziniec. Obok tych, którzy przynajmniej stwarzali pozory silnych i umiejących dać po mordzie, stali także tacy, których ręce zaczynały się trząść, gdy tylko chwytali za rękojeść.
- Ten twój się nadaje. – stwierdził Zheroo.
- Tryshot… - westchnął – o niego się nie martwię, ale jakoś nie darzę go sympatią, a tym bardziej zaufaniem.
- Niedługo przyjdzie czas na zmianę warty, wtedy pogadamy. – powiedział Zheroo i poklepał Draxa po ramieniu, po czym ruszył w dalszy spacer po murze.
            W końcu nastało południe i pojawili się zmiennicy. Siwy schodząc ze zmiany natknął się na Gustawa rozmawiającego z Aeonem przy jego kwaterze.
- Dobrze, że jesteś! – zawołał dostrzegając chłopaka.
- O co chodzi, panie? – spytał Drax podchodząc bliżej.
- Zapewne wiesz, że Aeon dostarczył nam coś cennego, co może zaważyć na losach tej wojny.
- Chodzi o księgę Mahhmeriona? Tak wiem.
- Miałbym zlecenie dla waszego oddziału.
- Rozumiem, ale najpierw muszę porozmawiać z Zheroo, wydaje się mieć jakiś pomysł, co do nowych.
- Ta sprawa nie cierpi zwłoki!
- I tak niema z nami Steelstrike’a, a zgodnie z regulaminem… - wtrącił Aeon
- Tak, tak wiem, Ascaron niedługo przyjdzie jest w bibliotece.
- W takim razie mamy chwilę.
            Arcymistrz nigdy by nie spodziewał się takiego zachowania u swoich najwierniejszych ludzi. Przynajmniej najwierniejszych publicznie. Nieco zniesmaczony udał się do biblioteki by ponaglić Ascarona. A siedział tam już dobre kilka godzin poszukując czegoś, co mogłoby naprowadzić go na tok myślenia Mahhmeriona. Okazało się, bowiem, ze z księgi zostało usunięte kilka stron, nie były one jednak wyrwane w pośpiechu a precyzyjnie wycięte. Podejrzewał Aeona o jakieś jego kolejne zagranie, ale nie miał żadnych dowód, a tym bardziej nie mógł za żadne skarby świata odnaleźć sensu w takim działaniu. Swoje cele przecież osiągnął, jeżeli nawet wiedział o zamiarach Arcymistrza to z pewnością nie utrudniałby tego w sposób, który mógłby doprowadzić do upadku całego świata. Mógł przecież uciec nie zostawiając ani śladu, mógł w jakiś sposób powiadomić ludzi o tym, co zamierza zrobić, wszak Aeon był nieprzewidywalny.
- Masz coś? – spytał arcymistrz podchodząc Ascarona znienacka.
- Nie… mruknął.
- U Aeona także niczego nie znalazłem, wszystko wskazuje na to, że ksiązka była wybrakowana.
- Myślisz, że to sprawa cesarskich psów?
- Przestaną szczekać już niebawem, obiecuję. – zapewnił Gustaw i odszedł.
            W trakcie rozmowy Ascarona z przełożonym Drax, Delana, Aeon oraz Zheroo zebrali nowo przyprowadzonych ludzi i zamknęli się w klitce Zheroo. Sześciu nowych stało tuz pod drzwiami. Aeon siadł pod ścianą obok łózka, Zheroo z Draxem na łóżku a Delana oparła się o stolik.
- Wyglądacie mi na takich, co widzieli jak się morduje, mam rację?
            Cała szóstka spojrzała na gwardzistów nie wiedząc, co odpowiedzieć.
- Nie pierdol Tryshot, ze nikogo nie zabiłeś. – rzucił pogardliwie Drax.
- To skoro się już przedstawiłem może zrobią to inni. – odszczeknął się.
            Gwardziści zaczęli, najpierw o sobie opowiedział Aeon, który znalazł w Neuronie bratną duszę ‘do kieliszka i do szabli’ jak to określił w późniejszym czasie. Kolejny był Drax, nie mówił za wiele o przeszłości, co nie umknęło uwadze jednego nowych, który wydawał się czytać w przeszłości chłopaka. To dziwne uczucie nie pozostało Draxowi obojętne. Nastepnie parę słów o sobie opowiedziała Delana, nie ukrywała tego, że przez dekady służyła u boku Urgasha. W końcu Zheroo opowiedział swoją historię i o tym jak stał się mistrzem. Wtedy przyszedł czas, aby zapoznać się z pozostałymi. Pierwszy zaczął Barney Neuron.
- Zawsze byłem typem, który nie lubił siedzieć w miejscu, no chyba, że chodziło o napitki. W każdym razie skoro o mnie coś chcecie wiedzieć to powiem tyle, ze lubię się napić i przywalić komuś w ryj. W zasadzie to lubię się awanturować, jak jedzie taka spokojna karawana wpaść na  tych frajerów obić ryje, zabrać, co mają i zniknąć w krzakach. A to, ze teraz kogoś obije, dostane hajs i jeszcze ładnie się będą za to dziewki uśmiechać… to mi pasuje. – skończywszy rzucił zalotne spojrzenie w stronę Delany.
- Lepiej sobie nie rób nadziei chyba, ze dawno nie miałeś połamanych rąk. – rzuciła w jego stronę.
- Ej spokojnie laleczka, nie jedną już zadowoliłe… - urwał gdyż zobaczył tuz przy swoim gardle ostrze Abyssa.
- Dawno nie zabiłam nikogo, więc radzę ci, nie wkurwiaj mnie.
- Spokojnie Delana. – wtrącił Drax – Nie mamy tutaj się zabijać, ale współpracować. A ty, Neuron czy jak ci tam, potrafisz coś jeszcze prócz kłapania dziobem?
- Trochę znam się na tej całej magii, wiesz, potrafię szybko biegać.
- To ja będę następny, jako że nie chce mi się tu długo siedzieć, a na zewnątrz są ciekawsze rzeczy do oglądania. – powiedział człowiek, który wcześniej wyraźnie skanował Draxa.
            Był on raczej lichej postury, a na pewno nic nie wskazywało na to, że miał kiedykolwiek do czynienia chociażby z pracą fizyczną. Pod jego oczami jawiły się worki, świadczące, że nie sypiał ostatnimi czasy dobrze. Jego oczy były prze czerwienione, a na głowie pojawiały się pierwsze siwe włosy. Twarz miał podłużną z wystającymi kościami policzkowymi oraz chudą szyję. Był raczej wąski w barkach i nic nie wskazywało na to, byłby w stanie posłużyć się mieczem. Miał jednak w sobie jakiś dziwny spokój, który wyróżniał go spośród tłumu.
-  A więc słuchamy. – powiedział Zheroo
            Mężczyzna rozejrzał się po pomieszczeniu, po czym odpowiedział.
- Nazywam się Luiz van Ersten. Nie jestem wojownikiem, nigdy nie walczyłem, jestem swego rodzaju wróżbitą.
- Potrafisz przewidywać przyszłość? – spytał zaciekawiony Drax.
- Przyszłość – westchnął – Każdy by chciał ją znać, ale przyszłość nie istnieje, ona się dzieje równorzędnie z teraźniejszością. Niema przeznaczenia.
- Co zatem widzisz ‘wróżu’ – rzucił pogardliwie Tryshot.
- Przeszłość, a to miejsce ma dość ciekawą.
- Przeszłość? Jeżeli chcesz dowiedzieć się czegoś o przeszłości poczytaj książki. – ponownie odpyskowal Tryshot
- Książki są pisane przez ludzi, którzy nie uczestniczyli w przeszłości, ja widzę zdarzenia z przeszłości, przywołuję je do teraźniejszości i oglądam na żywo. Widzę bohaterów tych zdarzeń, widzę ich wyraz twarzy, słyszę głos, czytam myśli.
            Drax natychmiast zerwał się na równe nogi.
- Mógłbyś, powiedzieć mi, co widzisz, gdy patrzysz na ten przedmiot? – spytał i wydobył Moonglow.
            Luiz spojrzał na broń i po chwili się wzdrygnął.
- Chłopcze wszystkiego dowiesz się w swoim czasie. – odpowiedział.
- Możesz zawalić cały system. Ba! Możesz doprowadzić do upadku całego świata i jego wartości, zachwiać równowagą całego kontynentu, obalać królów a chłopów mianować możnowładcami! – wykrzyknął ze zdziwienia Aeon.
            Oczy wszystkich skierowały się na wróżbitę.
- Niech jego zdolności zostaną między nami, nie chcę, żeby dobrali się do niego zabójcy. – dodał po chwili. – A tak apropo zabójców, Drax?
- Spokojnie, niema w pobliżu ani Sulfurusa ani Hayscenta. – uspokoił sytuację Bloodpledge.
            W końcu przyszła kolej na pozostałych, z całej szóstki można było być pewnym jedynie umiejętności bojowych Tryshota, Neuron z pewnością rzuciłby się w bój z uśmiechem na twarzy ale nikt nie był pewien ile w tym boju pożyje. Szczególną opieką trzeba było otoczyć Luiza, gdyż wszyscy zgodzili się, że jego umiejętność może pomóc w dokonaniu właściwego wyboru w przyszłości. Pozostała trójka Ronald Van’dal służył niegdyś w armii cesarskiej, ale z demonami nie miał nigdy do czynienia. Ewa Burston, została przyprowadzona bardziej z sentymentu niż z powodu faktycznych umiejętności, chociaż według relacji Delany potrafiła przyspieszyć gojenie się ran oraz tworzyć runy mogące pomieścić pewne ilości magii. Runy te mogły zostać wykorzystane w późniejszym czasie. Ostatni z nich Dawid Silverfield znał się nieco na magii wody i powietrza, co w efekcie pozwoliło mu stworzyć pod-żywioł mrozu. Jego umiejętności były jednak raczej przeciętne. Wszystkich natomiast cechowała jedna rzecz, umiejętność opanowania się w sytuacji kryzysowej, oraz szybkie zaakceptowanie siebie i wola współpracy.
            Requiem nie było jednak jedynym garnizonem, który przygotowywał się do wojny. Na północnym zachodzie w porcie Lethe aż roiło się od strażników cesarskich. Wieści o nadciągającej wielkiej wojnie rozprzestrzeniły się wszędzie, w dodatku pogłoski o ‘łapankach’ urządzanych przez Requiem pozwoliły zwątpić części ludzi w aktualną siłę tej organizacji. Ostatni statek w tym tygodniu, który odpłynął z Lethe ku kontynentowi zabrał prawie dwieście osób ponad limit, z czego w większości byli to strażnicy cesarscy. Na pokładzie handlowcy nie szczędzili im obelg i prawienia wyrzutów. Przez cały czas chodzili z dumnie podniesionymi głowami, niekiedy szydząc z plebsu, a teraz pierwsi, jeszcze przed kobietami i dziećmi wpakowali się na statek by jak pies z podkulonym ogonem uciec od czegoś, co ich przerasta. Pozostawili Azarath na pastwę krwiożerczych bestii z odległych kręgów piekła oraz ludność cywilną na pastwę bandytów, którzy z pewnością byli gotowi skorzystać z takiej okazji, aby się obłowić. Ci z kolei snuli już swoje plany, dawne grupy p[przestępcze, które poprzez hegemonię Tryshota zostały podzielone na sprzymierzone oraz wrogie siły połączyły się ponownie, bo jak mawiają bandyci ‘wyniosę ile uniosę, a razem uniesiemy więcej’. Wydawałoby się, że wojna teraz będzie toczyć się pomiędzy czterema frakcjami, złymi, gorszymi, paskudnymi oraz pokrzywdzonymi. Ci źli bandyci jednak nie wykonali swojego ruchu pochopnie, a to, na co czekali miało zaskoczyć cały azarejski światek.
            Autoprezentacja w kwaterze Zheroo dobiegła końca jeszcze przed pierwszą i wszyscy się rozeszli. Wtedy to Ascaron pojawił się na dziedzińcu i zatrzymał swoich ludzi, którzy już byli o krok od spokojnych czterech ścian swojej klitki.
- Zbieramy się jest zadanie do wykonania. – zawołał
            Drax, Delana oraz Aeon zawrócili i podeszli do przełożonego.
- O co chodzi? – spytali chórem.
- Arcymistrz zlecił nam udanie się do Blackrose. Spotkał się tam swego czasu z pewnym magiem, który może pomóc nam w odnowieniu bramy.
- Ktoś, kto zna się na tworzeniu bramy? Tak jak Illiath? – zdziwił się Drax
- Ten ktoś to nekromanta, panujący nad Pieczęciami Nemezisa. – odpowiedział.
- Jest gość panujący nad Pieczęciami Nemezisa i niema go w Requiem?! – wykrzyknął zbulwersowany Aeon.
- Nie rozumiesz, cesarstwo ściga ludzi, którzy zajmują się zakazaną magią. Requiem nie mogło przygarnąć Illiatha, tak samo nie możemy przygarnąć i tego nekromanty.
- W Requiem łatwiej by było go ukryć niż w Blackrose… - rzuciła Delana
- Przypominam, że istniejemy dzięki cesarstwu i jego dotacjom, przynajmniej na chwilę obecną. Więc tego typu układy są ściśle tajne. Poza tym, ów nekromanta ma tam dobre miejsce do ukrycia się. Przynajmniej tyle wiem od Arcymistrza. Przyszykujcie się, chcę wyruszyć do Blackrose najpóźniej za godzinę. Rozejść się!
- Rozkaz! – odpowiedzieli i udali się do siebie.
            Aeon jednak zaciągnął Draxa do siebie pod pretekstem napicia się piwa. Gdy już siedli na łóżku i zamknęli się od środka ten wyciągnął jedną deskę z podłogi i pokazał mu kilka wyrwanych stron. Tekst był zapisany po części w staro-azeryjskim po części we współczesnym języku.
- Co to jest? – spytał Drax
- Fragment, który wyrwałem z księgi Mahhmeriona. – odpowiedział szeptem Aeon.
- Tego Mahhmeriona?!
- Tak, a teraz słuchaj, brama jest niczym innym jak klatką więżącą Wolę Memora.
- Tyle chyba ustaliliśmy podczas podróży do Ghald.
- Tak, ale tu jest coś znacznie ciekawszego, coś, co nie może wpaść w ręce Soulrippera.
- Co chcesz przez to powiedzieć?
- Potwierdza to naszą teorię, o pierwszorzędności Woli, Azarath jest zlepkiem światów, które stworzył Memor, więc jego Wola, choć słabsza wypiera Wolę Sfere. Tworząc Bramę Sądu, Illiath zamknął Wolę Memora w krysztale, który znajduje się w requiemskiej wieży. To sprawiło, że Wola Sfere mogła objąć znaczną część Azarath.
- Rozumiem, że otwarcie Bramy uwolni nie tyle demony, co Wolę Menora, tak?
- Dodajmy, że Wolę tak słabą, że bariera między Azarath a Piekłem, praktycznie nie będzie istnieć. Wola Menora wyprze Wolę Sfere i będziemy ugotowani. Ale jest tutaj coś jeszcze.
            Drax posłał lekko przerażone spojrzenie swojemu przyjacielowi.
- Mahhmerion badając Bramę Sądu, odkrył, że nie została ona stworzona przy pomocy pieczęci Nemezisa, a przy pomocy magii piekielnej, której to Blackfaith się poświęcił.
            Drax oparł łokcie o biurko i skrył twarz w dłoniach.
- Gdyby wiedział o tym Soulripper…
- Requiem teraz rządziłoby kontynentem.
            Drax spojrzał na Aeona.
- Jak to kontynentem?
- Zapomniałeś, co powiedział ci staruszek w Ghald? Zapomniałeś o dokumentach, które ci dał? Requiem miałoby Bramę własnej produkcji, mieliby władzę nad tym ile i które demony przekraczają ich Bramę.
- Czyli co mamy zrobić?
- Znaleźć rozwiązanie, a wspomniany nekromanta nim nie jest, Pieczęcie Nemezisa, nijak mają się do kontroli świata demonów. Nemezis jest posłańcem Thanatosa, opiekunem świata zmarłych nie demonów!
- Czyli nasz nekromanta…
- To pewnie kolejny ukryty cel naszego mistrzunia.
            Bloodpledge zerwał się z łóżka i wyszedł na dziedziniec jeszcze bardziej zmieszany niż po prezentacji ludzi, których sobie upatrzyli. W kilkadziesiąt minut później oddział Ascarona gotowy był do wymarszu. Bramy cytadeli ponownie się przed nimi otworzyły a białowłosy posłał zgorzkniałe spojrzenie w stronę dziedzińca.

- Zaczekajcie proszę! – zawołała Maya – Delano, jeśli będziesz w Blackrose i natrafisz na Markusa, proszę przekaż mu to ode mnie.
            Maya wtedy wręczyła Delanie srebrny wisiorek, który dostała kiedyś od Markusa w prezencie urodzinowym.
- Z pewnością go pozna – dodała po chwili i pożegnała się ze wszystkimi.
- Chodźmy już. – rozkazał Steelstrike i wszyscy ruszyli w kierunku Blackrose.

wtorek, 13 grudnia 2011

Kolejna dawka short story.

Tym razem prezentuję "Za ścianą śmiechu głupców". Opowiadanie poruszające tematykę przybierania 'masek' przez ludzi. Może nie długo znajdzie się ktoś na tyle głupi, żeby opublikować tomik opowiadań?

http://wyslijto.pl/download/sd18elc8xh

Link także dodany do sekcji nad postem.

wtorek, 29 listopada 2011

Rozdział 25: Prawdziwa Twarz Requiem

Oczom Aeona ukazała się potężna drewniana brama o brązowym zabarwieniu. Tu i ówdzie wzmacniana żelaznymi pasami pięła się w górę jakoby chciała odstraszyć swojego gościa. Jej brzegi wysadzane były najszczerszym srebrem, a dwie marmurowe kolumny łączyły ja z ogrodzeniem. Na szczycie każdej z kolumn wyrzeźbiony był smok, a jego rubinowe oczy spoglądały na każdego, kto gotów był zapukać. Aeon chwycił za mosiężną kołatkę przyozdobiona głową lwa i zastukał do bram. Nie trzeba było długo czekać by otworzył ją jeden ze służących. Obaj panowie stanęli naprzeciwko siebie i spojrzeli sobie w oczy. Doszukiwali się w nich czegoś znajomego, czegoś, co mogłoby świadczyć o ich wcześniejszym spotkaniu.
- Kopę lat Willy-o-wisp! – zawołał Sandspell.
- Tylko jeden gówniarz mnie tak nazywał – burknął pod nosem lokaj.
            Aeon z rozłożonymi rękami rzucił się na staruszka a ten pewnym chwytem złapał go, przytulił i wybuchł śmiechem. Śmiechem, który w rodzinie Fiuczellich został zapomniany dawno temu.
- Gdzieś ty się podziewał urwisie? – spytał Willy.
- Zwiedzałem…
- Ta, jak zwykle, chyba wszystkie możliwe karczmy! – wtrącił.
            Szybko jednak zamilkł, gdy tylko spojrzał na poważną już twarz swojego dawnego podopiecznego.
- A więc jeszcze nie zdechłeś? – rzucił chłodno Sandspell.
            Willy odwrócił się i dostrzegł w ganku postać swojego pana. Helgrand von Fiuczelli był osobą surową i oschłą, na której twarzy uśmiech gościł tak często jak bezalkoholowy trunek w ustach Aeona. Helgrand był potężnej postury i jak na swój wiek trzymał się całkiem nieźle.
- Przyszedłeś niepotrzebnie, w naszej rodzinie jesteś martwy. – rzucił pogardliwie w stronę Aeona.
- Miło mi to słyszeć, wstydziłem się tego CHUJOWEGO nazwiska. – odszczeknął się Aeon.
Usłyszawszy to Helgrand poczerwieniał ze wściekłości, całe swoje życie z dumą przedstawiał się, jako Fiuczelli a teraz jego własny syn traktuje go taką obelgą. Jego dłonie zacisnęły się w pięści i wyszczerzył zęby jakby chciał pożreć smarkacza żywcem. Opierając się o poręcz wyszedł z ganku i lekko utykając zbliżył się do Aeona na nie więcej jak trzydzieści kroków, bowiem wtedy usłyszał głos wołający z domu.
- Wujaszku! Zostaw mi tego pasożyta!
            Aeon bez problemu rozpoznał ten głos. Należał on do jego kuzyna, Larego Fiuczelli.
- Erevar! Arath! Kazereth! – wykrzyknął Lary.
            Wtedy w jego ręce pojawił się lśniący miecz, w drugiej zaś złocista, okrągła tarcza, natomiast jego tors pokryła lazurowa zbroja o srebrzystych wykończeniach.
- Mam nadzieję, że umiesz coś więcej, bo duchy strażnicze nie działają tam, dokąd cię zabieram. – rzucił pogardliwie Aeon.
            Erevar, Arath oraz Kazereth były pradawnymi duchami, które rodzina Fiuczellich uwolniła dwieście lat wcześniej podczas jednej z wojen, kiedy to plądrowali stary grobowiec. Od tamtej pory duchy poprzysięgły chronić członków tej rodziny tak długo jak na ziemi, po której stąpa członek rodziny, wyryty jest święty symbol Thanatosa. Ich moc nie sięga jednak poza krąg tak, więc podczas wojny okupacyjnej, nie były najlepszą bronią.
            Lary milczał i wpatrywał się w postać swojego kuzyna, nie przepadali za sobą od dziecka, jednak już wtedy, Lary wiedział, że w razie śmierci prawowitego dziedzica on będzie pierwszy w kolejce do przejęcia pieczy nad rodziną. Ucieczka Aeona tylko ułatwiła sprawę. Po zbadaniu swojego oponenta rzucił się z nagim orężem w jego stronę i bez chwili wytchnienia wykonał serię uderzeń mieczem jak i tarczą. Aeon okazał się jednak wymagającym przeciwnikiem i niczym kot uskakujący przed nadciągającą karawaną, uchylił się od każdego ciosu. Jakby tego było mało jednym celnym ciosem wytrącił oręż Lary z ręki i powalił go na ziemię potężnym kopnięciem. Dopiero, gdy dopadł go na ziemi i zaczął okładać pięściami Lary zdołał dostrzec znak ‘spokojnego oblivionu’ na piersi Aeona.
- Jesteś jednym z nich! – wyksztusił chwytając kuzyna za ręce. – Nigdzie nie weźmiesz mnie żywcem! – dodał po chwili spluwając Aeonowi w twarz.
            Następnie wykorzystał moment dekoncentracji swojego rywala i zrzucił go z siebie, następnie przygniótł tarczą jego głowę.
- Co teraz?! – Co teraz kurwa powiesz?! – krzyczał rozwścieczony próbując usilnie wbić głowę Aeona w ziemię.
            W pewnej chwili poczuł dziwny chłód i w mgnieniu oka zabrakło mu tchu. Jego plecami wyszła stalowa klinga Aeona, która przebiła duchową zbroję niczym kawałek płaszcza lichej jakości. Krew powoli spływała po ostrzu z powrotem wpływając do paskudnie wyglądającej rany. Ziemia poruszyła się i uformował się kopiec na wzór kreciego, wtem piaskowe grudy osunęły się odsłaniając pierw posiniaczona twarz Aeona, by po kilku sekundach odsłonić pełne oblicze zwycięzcy. Sandspell zrobił krok w tył, lewą rękę oparł o klatkę piersiową Larego natomiast dłoń prawej ręki zacisnął na rękojeści swojego miecza. Jednym pewnym ruchem wyciągnął ostrze z brzucha, a drugą ręką odepchnął pokonanego kuzyna. Ciało jego gruchnęło o ziemię niczym worek gruzu. Willy natychmiast podbiegł do rannego, ale drogę swoim ostrzem zagrodził mu Aeon.
- On i tak umrze – burknął.
            Willy spojrzał na niego z przerażeniem.
- Cesarz wam tego nie odpuści! – zawołał rozgoryczony Helgrand
- Faktycznie, odcięliście się od reszty świata. – mruknął Aeon. – Gardziliście plebsem od zawsze, do tego stopnia, że doprowadziliście do całkowitej izolacji rodu.
- Nie potrzebujemy plebsu, skoro mamy cesarza! – ryknął gniewnie i chwycił młodego za ramiona.
            Helgrand zacisną swoje potężne dłonie na ramionach młodego jakby miał go rozszarpać na pół, ale przenikliwy i morderczy wzrok Sandspella nie pozwalał mu na to.
- Cesarz oddał władzę Requiem na Azarath – odpowiedział Sandspell strącając ręce ojca ze swoich ramion. – Jego długa ręka sprawiedliwości tutaj nie sięga.
            W jego pozornie spokojnym głosie panoszyły się gniew i nienawiść. Helgrand z lekkim nie dowierzeniem odstąpił o krok od Aeona i przerażony spoglądał na syna. Wtedy Aeon odwrócił głowę w stronę lokaja.
- Biblioteczka dalej stoi? – spytał
            Willy jedynie pokiwał głową i po chwili ostatnie rysy Aeona zniknęły za drzwiami domu. Zanurzając się w smutną ciemność, domu, który niegdyś tętnił życiem, zostawił ojca oraz Willa nad zwłokami swojego kuzyna. Długi korytarz prowadził do ciężkich drewnianych drzwi, za którymi znajdowało się kilka stopni prowadzących w dół, do pomieszczenia, w którym znajdowała się czytelnia. Aeon pewnym krokiem ruszył przed siebie wsłuchując się w skrzypienie każdego kolejnego stopnia. Same schody wyglądały na nieużywane od czasu, kiedy to dziedzic opuścił dom rodzinny by sykać wolności gdzie indziej. Drewniana poręcz dawniej wypolerowana i lśniąca teraz pokryła się kurzem a pomiędzy pionowymi szczeblami pająki rozpostarły swoje sieci. Zmurszała gałka zwieńczająca poręcz niemal rozpadła się w jego rękach gdy tylko ją otarł. Na prawo od schodów stał stolik, tak samo jak i schody nieużywany od lat i pokryty kurzem zapomnienia. Na owym stoliku, przy którym Aeon niegdyś spędzał całe dnie czytając dzieła zarówno lokalnych jak i znanych na cały świat twórców, stała biała świeca w szklanym świeczniku, którą to Aeon rozpalał podczas nocnych podróży do krainy książek. Tuż obok świecy leżało krzesiwo, zapomniane tak samo jak cała księgarnia. Aeon chwycił za krzesiwo i z taką samą wprawą jak za dawnych lat rozpalił świecę.
- Powracają wspomnienia, prawda paniczu? - zawołał stojący w progu Willy.
- Śmierć mojego kuzyna widzę nie bardzo cię ruszyła. - odpowiedział.
- Szczerze, nigdy go nie lubiłem, szkoda człowieka, ale nie będę za nim zbyt długo szlochał.
                Aeon zadziornie parsknął pod nosem.
- Nikt tu nie przesiadywał odkąd uciekłem? - spytał po chwili.
            Willy jedynie potrząsną głową.
- Faktycznie - kontynuował Aeon - chcieli zapomnieć, tak samo jak ja. - mruknął pod nosem i zbliżył się do lokaja trzymając zapaloną świecę.
- Widzisz? - spytał wskazując na znak wydrapany na boku świecy.
- Wydrapałeś go jakiś tydzień przed zniknięciem - stwierdził lokaj - a teraz nosisz go dumnie na swojej piersi.
- Uwierz, nie tak dumnie jakbym sobie tego życzył, ale teraz wiem, że to było lepszym wyjściem, niżeli marnowanie się tutaj. - odpowiedział ze smutkiem.
- To był znak prawda? Wskazówka gdzie cię szukać.
- Poszukiwania rozpoczęłyby się z pewnością w tym miejscu, jednak jak widzę ojciec zamiast tego postanowił wykreślić mnie z rodziny.
- Chciałem rozpocząć poszukiwania, ale Pan Fiuczelli zabronił. - usprawiedliwiał się lokaj.
- Cały stary fiut. - rzucił pogardliwie spuszczając wzrok.
            Aeon podszedł do księgozbiorów i spojrzał na wykaz wiszący na jednym z regałów. Wykaz był pożółkły, lekko zniszczony, ale taki sam jak przed kilkoma laty. Nie znajdując niczego interesującego podszedł do kolejnego regału, dalej nic. Lokaj przyglądał się temu z zaciekawieniem, po czym spytał.
- Szukasz czegoś konkretnego?
            Aeon odwrócił się twarzą do lokaja.
- Willy-o-wisp, czy mój ojciec nadal otrzymywał jakieś książki od cesarza?
            Bez słowa odzewu stary Willy zniknął gdzieś miedzy regałami pozostawiając Aeona samego sobie. Sandspell nie wiedział, czego się spodziewać, a Willego nie było od dobrych kilku minut, to też, aby umilić sobie czekanie zaczął podśpiewywać sobie pod nosem jakieś sprośne, barowe przyśpiewki. Po kilkunastu minutach Willy wyłonił się z cieni.
- Wybacz paniczu, jest coś, czego Cesarz kazał strzec za wszelką cenę, ale nie mogę otworzyć kufra. - powiedział zziajany.
            Oczy Aeona zajaśniały.
- Sekret cesarstwa? - spytał z zaciekawieniem.
- Pan Fiuczelli dostał to w trzy-setną rocznicę zawiązania paktu wspólnej pomocy pomiędzy rodem Fiuczellich a cesarstwem. Podobno jest to coś bardzo tajnego i nie powinno wpaść w niepowołane ręce, a jako, że kilkukrotnie próbowano już wykraść owe księgi z pałacowych księgarni to przekazano je nam.
- Gdzie jest kufer? - spytał z chciwym blaskiem w oczach.
- Proszę za mną paniczu. - powiedział Willy i zaprowadził lokaja między regały.
            Kufer był wykonany solidnie, oprawiony skórą najwyższej jakości i wzmocniony drakolitycznymi obiciami. Kłódka także wykonana z drakolitycznej stali, ta jednak nie była przeszkodą dla Aeona, który roztrzaskał ją jednym silnym uderzeniem swojego ostrza.
- Czego się spodziewasz? - spytał lokaj.
- Na pewno nie Ma.... hhmeriona... - urwał, kiedy to pierwszą księgą w jego ręce było nic innego jak "Istota bramy" autorstwa Mahhmeriona.
            Aeon cały struchlał, jego ręce telepały się jakby raził go piorun, usta drgały jakby z zimna. Próbował coś powiedzieć, ale za nic nie mógł wydusić, chociażby słowa.
- Paniczu, wszystko w porządku? - spytał Willy.
- Mieliśmy rozwiązanie naszych problemów pod nosem... ale pieprzony fiut musiał się zamknąć w fortecy. - rozżalił się. - Willy, uciekaj stąd. - dodał po chwili.
- Paniczu, gdzie? - spytał
- Nie wiem, na kontynent, gdziekolwiek, aby jak najdalej z Azarath. - rozkazał i wręczył lokajowi woreczek złota.
- Nie rozumiem, o co się rozchodzi paniczu?
- Nie musisz rozumieć. - odpowiedział chwytając Williego za ramiona i wlepiając swój wzrok w jego oczy. - Po prostu uciekaj z Azarath, proszę!
            Aczkolwiek jego słowa brzmiały bardziej jak rozkaz niż prośba. Zdezorientowany lokaj patrzył na panicza ze strachem.
- Proszę, uciekaj. - powtórzył, po czym wybiegł z domu trzymając w rękach księgę. Bramę zagrodził mu jednak ojciec dzierżący topór w ręku.
- Nasza rodzina pójdzie na dno razem z tobą, gówniarzu!
            Aeon nie przejmując się słowami ojca ruszył przed siebie i unikając uderzenia "Dekapitatora" odepchnął ojca na bok, ten podpierając się na słabszej nodze stracił równowagę i runął na ziemię uderzając głową o kamienny chodnik. Aeon nie zatrzymał się już, ani nie odwrócił Nie spojrzał nawet na chwilę na ojca tracącego przytomność. A wiadomość o jego śmierci nie doszła już jego uszu. Aeon, choć nie do końca zadowolony z przebiegu swojej misji miał mocny materiał zastępczy w swoich rękach. Zapiskami Mahhmeriona, Requeim w prawdzie nie mogło pogardzić.
            Mogło natomiast pogardzić dobrym sercem Delany, która postanowiła dotrzymać towarzystwa umierającemu starcowi.
- Kto to jest panienko? – spytała panna Burston
- Zaczekaj tutaj. – odpowiedziała Delana i wyszła przed drzwi frontowe.
- Długo ci coś z tym schodzi, Delano. – powiedział chrypliwym głosem przybysz.
- Jej ojciec lada dzień umrze, pozwól nam dotrzymać mu towarzystwa w ostatnich godzinach.
- W takim razie przyśpiesz jego proces umierania. – odrzekł i sięgnął do kieszeni.
            Wyciągnął z niej liść i podał Delanie.
- Mięta? – zdziwiła się
- Działamy dyskretnie, ten liść zawiera trujące substancje. Dodasz do zupki staruszka, dla smaku.
            Delana uderzyła wyciągniętą dłoń i wytrąciła trujące ziele z ręki.
- Postradałeś rozum Sulfurusie! Mało ci trupów?!
            Zabójca natychmiast dobył noża i sunąc przez mrok zaszedł rubinowooką od tyłu. Przyłożył jej zimną stal noża do gardła i szepnął do ucha.
- Proszę, proszę. Jeszcze wczoraj, jako demon mordowałaś kobiety i dzieci a dziś nie zabijesz starca, który i tak umrze za dzień czy dwa? Jutro upływa termin twojego zadania, dziewczyno. Wiesz, że mogę cię zabić, mogę zaskoczyć każdego oprócz dzieciaka Eliasa, ale tutaj go niema. – zagroził
- Nie jesteś głupi, to znaczy, że zdajesz sobie sprawę z sytuacji, w jakiej się znajdujemy. Wiesz równie dobrze, że w Requiem jest niewielu ludzi o takiej wartości bojowej jak ja. Moja śmierć to przybliżenie klęski Requiem, a tego nie chcemy prawda? – zripostowała.
            Sulfurus wsunął jej do kieszeni kolejną dawkę trucizny.
- Rób, co do ciebie należy, my mamy sposoby, aby przetrwać, a od ciebie zależy teraz, czy znajdziesz się w śród tych, którzy przetrwają. – odrzekł, po czym rozpłynął się w powietrzu.
            Delana odetchnęła z ulgą, gdy tylko przestała wyczuwać jego obecność. Odwróciła się i wyraźnie zmieszana weszła do mieszkania. Dłonie zaciśnięte miała w pięści trzęsące się ze złości.
- Kto to był? Co się stało? – spytałą Ewa, która obserwowała całe zajście.
- Jeden z naszych, Sulfurus. Mocny w gębie, ale nie trzeba się nim przejmować. - uspokoiła swoją nową znajomą.
            Ale w głębi duszy prowadziła walkę z samą sobą. W końcu przyszła pora na kolację. Jak każdego poprzedniego dnia Delana pomagała przygotować ciepły posiłek. Gdy tylko Ewa wyszła z kuchni, Shadowstep chwyciła za zatruty liść mięty. Wpatrywała się w niego, wydawałoby się, w nieskończoność. Kilkukrotnie cofała już dłoń ze śmiercionośną rośliną, nie chcąc odbierać życia staruszkowi. W pewnym momencie Ewa weszła do kuchni sprawdzić jak radzi sobie nowa gospodyni.
- Co tam trzymasz w ręku? – spytałą dostrzegając kawałek liścia.
- To? To tylko mięta, pomyślałam, że może pomoże staruszkowi zasnąć ale…
- Dobry pomysł przyda mu się nieco odmiany! – uradowała się dziewczyna  - zróbmy mu herbaty z miętą!
            Delana uśmiechnęła się sztucznie i nalała wrzątku do kufla, po czym zaparzyła w nim liść herbaty razem z liściem mięty. Obie podały kolacje staruszkowi i udały się do jadalni. O ile apetyt dopisywał Ewie jak nigdy, o tyle Delana nie mogła przełknąć ani kęsa, ciągle spoglądała w stronę pokoju, w którym leżał staruszek. W jej głowie kołatały się wyrzuty sumienia oraz wizje prawdopodobnych reakcji Ewy naśmieć starca.
- Nie jesz? – spytałą Ewa
- Jakoś nie mam ochoty.
- Sama mówiłaś, że nie trzeba się martwić tamtym typkiem, prawda? – odpowiedziała z ustami pełnymi jedzenia.
            Delana przeprosiła, wstała od stołu i wyszła przed dom. Ze wzgórza widać było potężne, mury cytadeli. Zimny jesienny wiatr wiał z północy roztrzepując fryzurę gwardzistki. Jej czarne włosy powiewały niczym czarna flaga w morzu bitwy. Flaga, za którą niegdyś walczyła w legionach potępionych. Stojąc tak na wzgórzy wróciły jej obrazy z tamtych chwil, tu gdzie teraz stała posiadłość Burnstonów, stała niegdyś Delana, tuż przy boku Urgasha wraz z pozostałą czwórką demonów ze straży przybocznej księcia trzeciego z pięciu kręgów piekieł. Po drugije stronie doliny widziała wojska dowodzone przez Archona zmierzające w ich kierunku. U boku Archona stali Elias, Gustaw oraz Illiath. Dumni z błyszczącą stalą maszerowali w kierunku upadłej armii. W końcu padł rozkaz do ataku i wojska Requiem przyspieszyły kroku, to samo stało się z wojskami upadłych. Patrząc w dolinę Delana dostrzegła siebie, biegnącą pomiędzy resztą piekielnych siepaczy. Widziała jak dobiera się do każdego kolejnego obrońcy i odcina mu głowę. Widziała własnych braci i siostry umierających z rąk Requiem. Tańczyła w morzu krwi, i wtedy pojawił się blask. Illiath otworzył bramę a potężna energia poczęła wsysać demony do środka, zarówno żywych jak i martwych. Wydawało jej się, że widzi twarze wszystkich zebranych. Urgasha, który znikając w odmętach bramy wyklina strażników, przestraszone twarze samych strażników i tajemny uśmieszek Gustawa. Przypomniał jej się także wyraz twarzy Eliasa, który nie wyglądał na dumnego z powierzonej mu misji. Było w ręcz odwrotnie, oczami dawał znać, że chce wracać.
- Nie chciałeś tam być, Eliasie, zrobiono z ciebie bohatera, którym nie chciałeś nigdy zostać. – mruknęła pod nosem
- Kim jest Elias? – spytała Ewa podchodząc po cichu Delanę od tyłu.
- Dawny znajomy, z… bardzo dawna.
- Wspomnienia wróciły?
            Delana pokiwała głową.
- Chodźmy się przespać, jutro czeka nas pracowity dzień. – zaproponowała i udała się do sypialni.
            Za nią podążyła Ewa, ale coś natchnęło ją, aby zobaczyć, co słychać u seniora. Podeszłą do drzwi i zapukała delikatnie, następnie je uchyliła i weszła po cichu. Wtedy rozległ się krzyk, Delana natychmiast wpadła do sypialni starca. Staruszek leżał cały siny, jego ręce były zimne. Shadowstep chwyciła go nad nadgarstkiem, aby sprawdzić puls.
- Niech to będzie zwykła mięta, zwykła mięta! – krzyczałą w duszy.
            Próbowała odnaleźć puls na ręce, na szyi, podstawiała palec pod nos i usta, aby poczuć oddech, nic! Staruszek był martwy, leżał bezwładnie na łóżku w takiej pozycji, w jakiej skończył jeść swój ostatni posiłek.
- Nie żyje. – wykrztusiła Delana
            Na te słowa Ewa zalała się łzami. Wydawało się jej jakoby wszystko dla niej się właśnie skończyło. Wszystkie związane z pradziadkiem stały się nagle jakieś zamglone i szare.
- Panienko Delano, co teraz? – spytała ocierając łzy.
            Delana odpowiedziała milczeniem i jedynie wpatrywała się w zwłoki starca.
- Więc przyszła pora na mnie? – spytała ponownie
- Tak… - wydusiła z siebie. – Resztę nocy spędzisz w Requiem, chodźmy.
- Mam coś zabrać… ze sobą?
- Wszystko dostaniesz na miejscu, zostało nam sporo ubrań po… poległych. – odpowiedziała i za rękę wyprowadziła z domu Ewę.
            Dziewczyna przez chwilę się ociągała, mówiła o pogrzebie, ale gdy tylko Delana obiecała, że wrócą pochować pradziadka z godnością, trochę jej ulżyło i przyspieszyła kroku. Jeszcze przed godziną czwartą bramy Requiem stanęły otworem dla ostatniej dwójki.

środa, 2 listopada 2011

Bump... Władca Chwil (Krótkie opowiadanie)

Na blogu tuz nad tym postem są linki do krótkich opowiadań, za wyjątkiem Księgi Szyby działa wszystko. Dodałem także nowe short story "Władca Chwil" Mam nadzieję, że się spodoba. Shoutbox po prawej stronie jest do waszej dyspozycji. Niedługo (na serio! xD) Wezmę się za Requiem.

czwartek, 15 września 2011

Rozdział 24: Wola cytadeli


Pod nogami Draxa trzeszczały uschnięte gałęzie, słońce leniwie przebijało się przez korony drzew, które powoli zrzucały pierwsze jesienne liście. Las powoli nabierał złotawo-miedzianej barwy a chłodny jesienny wiatr powiewał miedzy drzewami. Po raz pierwszy dane mu było przechadzać się lasami Casia-Magny w porze jesiennej. Oczarowany złocistym widokiem i śpiewem ptaków szedł przed siebie, nie myśląc o swoim zadaniu. Kroczył przed siebie niczym zahipnotyzowany śpiewem syren, gdy w końcu ujrzał murszejącego trupa przy rozdartym drzewie. Natychmiastowo rozpoznał to miejsce, oraz przypomniał sobie, że nie wybrał się na wycieczkę krajoznawczą. Przycupnął na kamieniu obok pokiereszowanego szkieletu i pogładził po czaszce.
- Requiem usuwa wszystkich niewygodnych ludzi, co? – powiedział w duchu, po czym wyciągnął zza pazuchy dokument z danymi Tryshota.
            Dane na jego temat nie były dość precyzyjne. Wiadome było w zasadzie tylko to, ze przed dwoma laty pojawił się w półświatku przestępczym, jako wódz Wężowej Gwiazdy.Z kolei ta organizacja powstała na wskutek połączenia Bandy Widma i grupy znanej, jako Wesoła Czaszka. Według tego, co było napisane, głownie dało się ich spotkać na terenie Magna-Casia, nie mieli jednak stałej siedziby. Dokument nie zawierał nawet dokładnego rysopisu Tryshota, wspominał jedynie o długich falowanych czarnych włosach i przystrzyżonym zaroście.
- Pieprzony tydzień na znalezienie igły w stogu siana – rzucił pod nosem, gdy nagle coś mu zaświtało w głowie.
            Drax stwierdził, że skoro Tryshot jest obdarowanym to może uda mu się go namierzyc przy pomocy Globalnej Percepcji. Odłożył dokumenty, przykucnął na ziemi i przyłożył do niej rękę, po czym skupił się z całych sił. Pole percepcji rozszerzało się z sekundy na sekundę w końcu objęło obszar o promieniu niemalże siedmiuset metrów.
- Czworo ludzi, bez daru i zwierzyna. – pomyślał. – Lepsze to niż kluczenie bez celu.
            Zerwał się na równe nogi i popędził w kierunku zachodnim, z którego to dochodziły zaburzenia percepcji. Drogę skracał sobie przez gąszcz, chcąc jak najszybciej dostać się do celu. Skakał miedzy drzewami niczym małpa, płynnie, bez trudności czy chwili zastanowienia, co może się czaić za kolejnym zakrętem. W końcu skoczył przez krzaki i ku jego zdziwieniu zauważył, że niema gruntu pod nogami. Urwisko miało może trzy metry wysokości, nie więcej, co nie sprawiło większego problemu gwardziście. Przy lądowaniu natychmiast rzucił się do przodu i przewrócił przez ramię w celu zamortyzowania upadku. Gdy tylko podniósł wzrok zobaczył jak cztery zdziwione twarze gapią się prosto na niego, u ich stóp leżała krwawiąca sarna.
- Ty… - odezwał się jeden z myśliwych. – Skądś kojarzę twoją facjatę.
            Drax przyjrzał się mu dokładniej, w jego głowie też malowały się pewne wspomnienia, jednak były one zbyt zamglone by mógł pewnie stwierdzić, że kiedyś spotkał już ową osobę.
- Tak pamiętam, nie miałeś wtedy tej blizny, była z toba wtedy też taka dziewczyna, która rozbiła całą naszą grupę w pojedynkę.
            W tym momencie Draxowi przypomniało się całe zajście.
- To ty, wyprowadziłeś nas wtedy z lasu. Banda widma czy tak? – spytał
- Banda… banda to była nim pojawił się ten skurwysyn Tryshot.
            Drax szeroko się uśmiechnął na dźwięk tego imienia.
- Czego się uśmiechasz?! Została nas raptem garstka, i teraz kurwa jesteśmy myśliwymi, reszta zabrała dupę w troki i nie możemy nawet napaść na… - urwał drugi myśliwy, gdy zobaczył na piersi Draxa znak elitarny Requiem.
- Szczerze, to mnie to cały chuj obchodzi co wy robicie – westchnął Drax – Interesuje mnie raczej wspomniany jak go wcześniej określiłeś kolego „skurwysyn”.
- Ale nie masz zamiaru na nas donosić straży? – spytał bojaźliwie pierwszy z nich.
            W tym momencie Draxowi zaburczało w brzuchu.
- A podzielicie się jedzeniem? – roześmiał się.
- Seth, naprawdę można mu ufać? – spytał jeden z myśliwych.
- Kiedyś mu zaufałem i dalej stąpam po tym świecie. – odpowiedział - W zasadzie jakoś nie przedstawiliśmy się tamtego razu. – dodał po chwili.
- Jestem Drax – powiedział i podał dłoń rozbójnikowi. – Mam szczęście, że trafiłem akurat na ciebie.
            Seth uśmiechnął się lekko i nakazał pozostałym zabrać zdobycz do kryjówki. Jama w której obozowali znajdowała się nie spełna kilometr na północ od miejsca w którym się znajdowali.
- Całkiem, całkiem tutaj macie. – stwierdził Drax podziwiając rozmiar groty.
- W tym lesie pełno jest jaskiń, a teraz powiedz czego chcesz od Tryshota?
            Drax rozejrzał się po grocie nie kryjąc zdziwienia tym jak się tu urządzili.
- Zlecenie z góry. – odpowiedział po chwili.
- Kolejna wasza tajemnica co? – wtrącił jeden z myśliwych który właśnie rozpalił ognisko.
            Drax wstał z ziemi i ruszył w jego kierunku obnażając Moonglow. Bandzior zamarł, w jego głowie już pałętało się widmo końca, gdy ku jego zdziwieniu białowłosy minął go i dobył jakieś papiery z wnętrza pochwy, po czym cisnął nimi w ogień. Papier zwijał się i rumienił aż w końcu obrócił się w proch. Wtedy ponownie schował swoją broń.
- Wybacz nie chciałem cię nastraszyć. – odpowiedział spokojnie i wrócił na swoje miejsce.
- Co to było? – spytał Seth.
- Im mniej wiesz, tym mniejsza szansa, że stanie ci się krzywda. – zripostował Drax – A teraz, co wiesz o Tryshocie?
- Jutro się mamy z nim spotkać, wynegocjować z nim naszą wolność.
- Idealnie, w którym miejscu? – spytał z błyskiem w oczach.
- Nie możesz tam iść, wtedy pozabija nas wszystkich.
            Drax zamilkł na chwilę i zamyślił się głęboko.
- Nie możesz tam iść, jako Requiem, ale jako bandyta… - rzucił jeden z zebranych.
- Będę miał za to przejebane, ale trudno. – rzucił Bloodpledge – Macie jakiś wolny strój podobny do waszego?
            Rozbójnicy spojrzeli na młodego z zaciekawieniem.
- Dokonamy pewnej wymiany, wy uratujecie swoje tyłki, a ja załatwię swoją sprawę.
            Seth natychmiast wstał i przyniósł Draxowi jeden ze zbójnickich strojów, po odejściu ludzi z szeregów Widma, zostało się ich sporo. Drax natychmiast przebrał się zasiadł z resztą przy ognisku.
- Zróbcie tak jak wam powiem, inaczej skończycie marnie. – zagroził.
            Wszyscy ponownie spojrzeli an chłopaka.
- Użyjecie mojego munduru, aby dostać się w Lethe na statek, popłyniecie na kontynent i dalej zrobicie co wam się będzie podobać. Azarath, nie jest bezpieczne.
- A ty?
- Mnie teraz interesuje Tryshot. Nic innego.
- Uparty jesteś, ale niech ci będzie, spotkanie jutro w samo południe, tuz nad morzem przy osmolonej grocie z dwiema mogiłami. Na pewno trafisz.
Drax spojrzał na Setha, z wyraźnym smutkiem w oczach.
- Dobrze znam tamto miejsce. – odpowiedział ponuro, po czym wziął do ręki kawał pieczonego mięsa.
Posilił się, napił i natychmiast wyruszył zostawiając zbójników samych sobie. Ponownie gnał przed siebie nie zważając na chaszcze, cierniste zarośla czy urwiska. Noc także nie stanowiła przeszkody, jaskinia, w której zginął Urgash nawet po dwóch latach emanowała magią, która bez trudu mógł wyczuć przy pomocy globalnej percepcji. Technika ta ukierunkowana w jedną stronę ma znacznie większy zasięg niż używana globalnie. Drax po trzech latach od jej opanowania wiedział już o niej wszystko. Teraz pozostało już tylko dotrzeć na miejsce. Tej samej nocy Delana dotarła posiadłości Burstonów znajdującej się na południu na skraju lasu okalającego Blackrose. Delana zapukała energicznie w drzwi posiadłości, nim jednak ktoś otworzył, dziewczyna zdążyła rozejrzeć się po ogrodzie. Widać było, że Burstonowie nie prosperują już tak dobrze jak kiedyś. Żywopłoty zarosły, trawniki były całkowicie zaniedbane, pomniki lwów przy wejściu porośnięte mchem, a zawiasy w furtce przeżarte rdzą. W końcu drzwi się otworzyły a w nich stanęła złotowłosa dziewczyna. Twarz miała delikatna jak płatki kwiatów, chociaż podkrążone oczy świadczyły o kilku nieprzespanych nocach.
- W czym mogę pomóc panience? – spytała
- Ewa Burston? – odpowiedziała pytaniem na pytanie Delana.
- Tak, coś się stalo?
- Requiem mnie po ciebie przysłało, masz stawić się do ośrodka rekrutacyjnego.
            Dziewczyna spuściła wzrok.
- Ale ja nie mogę… - zaszlochała i zaprosiła Delanę do środka. – Widzisz, mieszkam z dziadkiem, on jest umierający, chcę być z nim do końca jego dni, proszę tylko o tyle.
- Czy mogłabym się z nim zobaczyć? – spytała
- Dziadek teraz śpi, ale może panienka zostać na noc.
            Delana przystała na propozycje dziewczyny, obie skierowały się do kuchni i zasiadły przy stole. Na jednej ze ścian wisiał obraz, który zaabsorbował całą uwagę rubinoowokiej. Przedstawiał on czworo ludzi w mundurach, które dobrze znała.
- Ten obraz. – napomknęła Delana.
- Został namalowany dawno temu, dziadek mi kiedyś opowiadał. Te osoby od lewej to…
- Carlos Burston, Denis Hagat, Oliwer Saltbay i… - wtrąciła Delana
- I Delana Shadowstep. – dodała ostatnia spadkobierczyni Burstonów.
            Delanie pociekły łzy po policzkach, gdy tylko dotknęła płótna.
- Coś się stało panienko? – spytała zaintrygowana.
            Wtedy to Delana spojrzała dziewczynie głęboko w oczy a ta wzdrygnęła się. Rzuciła jeszcze jedno spojrzenie na obraz i znowu na Delanę.
- Ty jesteś do niej bardzo…
- Nie, ja jestem Delaną Shadowstep. – wtrąciła nie mogąc pohamować łez.
- Ale jak to?! – Zdziwiła się młoda Burston. – Przecież to tyle lat…
- Długa historia, bardzo długa historia. – odpowiedziała i przytuliła do siebie Ewę. – Jeżeli pozwolisz, zostanę z tobą do czasu aż nie pożegnasz się z dziadkiem.
            Ewa natychmiast się zgodziła, pomyślała również, że jej dziadek może być zainteresowany spotkaniem. Zaprowadziła Delanę do sypialni, a sama udała się do swojego pokoju. Kolejne kilka dni Delana miała spędzić pomagając Ewie w opiece nad umierającym dziadkiem. Za Draxem była pierwsza zimna jesienna noc, słonce ponownie wzniosło się nad horyzont lekko muskając ciepłymi promykami twarz młodego Bloodpledge’a. Wraz ze świtem jego oczom ukazały się dwie dobrze znane mogiły, a właściwie to, co z nich zostało. Kopce obrosły trawą a drewniane, wbite pionowo w ziemię, deski spróchniały. Drax pochylił się nad mogiłą Selene i z kłuciem w sercu pogładził ziemię, w której leżało ciało jego przyjaciółki. Odwracając się ujrzał poczerniałe kamienie groty, które przez lata służyły Illiathowi, jako dom. W jego głowie pojawiły się wspomnienia z czasów, gdy jeszcze przed trzema laty uczyli się podstaw magii i kunsztu miecza. Gdy spojrzał na północ wydawało mu się, że ciągle widzi idącego w tamtym kierunku Melfice’a. Poczuł ból zmieszany z satysfakcją, to tutaj w końcu stracili coś tak cennego jak przyjaciół, ale zarazem to tu stoczyli pierwszą poważną potyczkę w swoim życiu, potyczkę, w której byli zdani wyłącznie na siebie.
- To miejsce jest pełne wspomnień. – westchnął i rozejrzał się dookoła.
- Bandyta z sentymentami? – zawołał głos dochodzący z jaskini.
            Wkrótce potem pojawiła się sylwetka mężczyzny, zgadzał się on z opisem, długie falowane włosy, przystrzyżony zarost. Twarz na wskroś przecinała stara blizna. Na plecach miał kołczan strzał oraz łuk, u boku lewej nogi przymocowany był długi miecz. Sam osobnik odziany był w skórzany strój i ciężkie buty, typowe dla żołnierza. Drax chciał się jeszcze upewnić, co do jednej rzeczy, skupił się na chwilę i posłał wiązkę energii w kierunku owego osobnika. Gdy ten tylko postawił kolejny krok, Bloodpledge był już pewien.
- Tryshot jak mniemam.
            Mężczyzna uśmiechnął się szyderczo.
- Przyszedłeś pertraktować zamiast tego tchórza Setha? – zadrwił
- Plany się zmieniły nieco. – odrzekł i dobył Moonglow – Skoro się pojawiłeś, to może zechcesz ze mną pójść.
            Tryshot odpowiedział śmiechem szaleńca chwycił za łuk i bez mierzenia wystrzelił pocisk w kierunku Draxa. Ten jednak przytomnie odskoczył na bok a drakolityczny grot rozłupał „tablicę” nagrobkową.
- Teraz to przesadziłeś. – warknął siwy i rzucił się w stronę Tryshota.
            Rozbójnik natychmiast upuścił łuk oraz kołczan i chwycił za oręż. Uderzenie Draxa zostało sparowane, ale wyraźnie zachwiało Tryshotem w nogach. Chwilę siłowali się przepychając to w jedną to w drugą stronę oręż, wtedy to Drax dostrzegł znajomy znak na klindze broni. Tryshot wykorzystał rozproszenie chłopaka i posłał mu potężnie kopnięcie w brzuch, pozwoliło mu to przejść do ofensywy. Atakował wściekle niczym rozjuszany byk, zmuszając Draxa do wykonywania serii uników i bloków. W końcu i Drax dojrzał swoją szansę, wypuścił z rąk Moonglow i gdy Tryshot wykonał zamach, ten odsunął się na bok i chwycił swoimi rękami za nadgarstki Tryshota. Rozsunął jego ręce na boki i trafił kolanem tuz pod mostek. Zbójnik zwinął się z bólu i upuścił swój oręż, Drax powalił przeciwnika na ziemię i przydusił jedną ręką.
- Gadaj kurwa! Skąd masz broń sygnowaną nazwiskiem Hammersmitha?! – warknął wlepiając ślepia w facjatę Tryshota.
- Ze trzy lata temu pożyczyłem sobie. – odwarknął i splunął młodemu w twarz.
            Gdy Drax zmrużył oczy szale zwycięstwa znów przechyliły się na korzyść Tryshota, który czując luźniejszy uścisk przewrócił chłopaka i teraz to on znajdował się na górze. Błyskawicznym ruchem dobył noża, który nosił przy prawym udzie i wycelował w gardło młodego. Jednak Drax zdołał ponownie chwycić go za rękę i zatrzymać ostrze tuż przed nim.
- Byłeś wtedy w Peacebloom, prawda?! To ty włamałeś się do kuźni Hammersmitha! – wykrzyknął przyparty do ziemi Drax.
- Tak byłem i co?! Nawet tym mieczem zabiłem Requiem, który próbował mnie zatrzymać! – zaczął się przechwalać.
            Drax szarpnął mocniej i przy pomocy kopniaka powalił ponownie Tryshota, tytm razem jednak nie czekał i gdy tylko siadł na nim wymierzył mu dwa mocne sierpowe. Nie zwarzając na ból Tryshot spróbował pchnąć młodego nożem ten jednak przytomnie doskoczył i walka znów przeniosła się do stójki. Siwy nabrał piasku w garść i sypnął w oczy nacierającemu Tryshotowi, po czym chwycił go za rękę i założył ja na plecy. Rozbrajając go w ten sposób ponownie położył go na ziemi, tym razem twarzą w piasek.
- Gdyby nie ty Peacebloom mogło by dalej istnieć! – wrzasnął Drax
- Ja tylko ukradłem ten pierdolony miecz, i zabiłem jebanego Requiem! – wydarł się czując coraz większy ból w ręce.
- Ten Requiem prawdopodobnie miał powstrzymać rytuał przywołania Behemotha! Przez ciebie straciłem rodziców po raz drugi! – wrzasnął i wbił jego głowę w piasek. – Miałem cię z przyprowadzić żywego z rozkazu Soulrippera, ale chyba moje plany się zmienią. – dodał przez zęby.
- Chcesz powiedzieć, że jesteś… - urwał gdyż Drax ponownie wbił jego głowę w piasek.
- Gwardzistą Requiem.
- Nie czekajcie! – wrzasnął Tryshot, ale było już za późno.
            Groty strzał zmierzały w kierunku Draxa, przynajmniej jeden z nich wycelowany był w głowę. Gdy wszystko wydawało się skończyć koszula Draxa postrzępiła się a pociski zmieniły nieznacznie tor lotu. Lekki podmuch wiatru rozrzucił ziarna piasku wokół, a groty strzał minęły Draxa wbijając się w ziemię tuz za nim. Z pobliskich zarośli wyłoniło się kilak sylwetek i złożyło broń.
- Jeszcze musiałem rozpieprzyć dobrą koszulę. Naprawdę mam ochotę cię zabić. -  warknął
- Teraz rozumiem, że nie mam większych szans.
- Teraz to możesz iść pod piach. – zripostował Drax.
- Nie wiedziałem, nie chciałem zniszczenia twojej wioski. – odrzekł pokornie. – Ale nie zostawie tutaj moich ludzi, oni zginą., tym bardziej, że jesteśmy poszukiwani za liczne mordy na cywilach. Prędzej zginę niż przyłączę się do oprawców.
            Drax puścił Tryshota i pozwolił mu wstać.
- Mój ojciec kroczył drogą zemsty, teraz jest martwy. Dlatego ja załatwię to inaczej.
- Jaką masz propozycję?
- Dołączając do nas uchronisz twoich ludzi przed atakami ze strony Requiem. Jednak nie możemy wpłynąć na listy gończe cesarstwa.
- Słowa w tym świecie nic nie znaczą.
- Słowa nie, ale to co na piśmie, ma realną moc. – odrzekł i wyciągnął nieco pomięty dokument z danymi Tryshota.
Do niego załączony był drugi dokument sygnowany przez samego Arcymistrza Requiem. Podał go Tryshotowi, a ten po przeczytaniu przetarł oczy ze zdumienia.
- Przystajesz na ten warunek? – spytał ponownie
- Co jeśli nie przystanę?
- Zabiję najpierw twoich ludzi. Wtedy zostaniesz się sam, jeśli wtedy odmówisz zabiję i ciebie.
- Wtedy Requiem i ciebie wykończy.
- Co nie zmienia faktu, że ty i twoi ludzie też będziecie pod piachem. – odpyskował.
            Tryshot spojrzał jeszcze raz na requiemski immunitet, po ten rzucił spojrzenie swoim ludziom.
- Chłopaki, byliście najbardziej popapraną ekipą, jaką znałem, ale jako dobry wódz, muszę dbać przede wszystkim o bezpieczeństwo podwładnych.
- Szefie! - wykrzyknęli chórem.
- Nestorze, przejmujesz dowodzenie, z cesarskimi sobie damy radę, z Requiem nie mamy szans. – odpowiedział – Jak masz na imię chłopcze – zwrócił się do siwego.
- Drax Bloodpledge. – odrzekł
- Zatem prowadź, do Requiem!
            Drax spojrzał raz jeszcze na Tryshota, zacisnął zęby, dłonie złożył w pięści i głęboko westchnął. Na jego twarzy malował się gniew, który dla dobra wszystkich musiał pohamować. Podniósł z ziemi Moonglow i ruszył przodem, zaraz za nim podążał także w nienajlepszym nastroju Tryshot. Nie śmiał jednak podnieść wziąć swojego przewodnika z zaskoczenia. Przegrał w uczciwym pojedynku, a nawet bandyci posiadają swój honor, który nie pozwala podnosić ręki podstępnie na kogoś, kto w uczciwej walce okazał się lepszy. W ten sposób Draxowi jako pierwszemu z trójki udało się wypełnić zadanie zlecone przez Cytadelę.