Oczom Aeona ukazała się potężna drewniana brama o brązowym zabarwieniu. Tu i ówdzie wzmacniana żelaznymi pasami pięła się w górę jakoby chciała odstraszyć swojego gościa. Jej brzegi wysadzane były najszczerszym srebrem, a dwie marmurowe kolumny łączyły ja z ogrodzeniem. Na szczycie każdej z kolumn wyrzeźbiony był smok, a jego rubinowe oczy spoglądały na każdego, kto gotów był zapukać. Aeon chwycił za mosiężną kołatkę przyozdobiona głową lwa i zastukał do bram. Nie trzeba było długo czekać by otworzył ją jeden ze służących. Obaj panowie stanęli naprzeciwko siebie i spojrzeli sobie w oczy. Doszukiwali się w nich czegoś znajomego, czegoś, co mogłoby świadczyć o ich wcześniejszym spotkaniu.
- Kopę lat Willy-o-wisp! – zawołał Sandspell.
- Tylko jeden gówniarz mnie tak nazywał – burknął pod nosem lokaj.
Aeon z rozłożonymi rękami rzucił się na staruszka a ten pewnym chwytem złapał go, przytulił i wybuchł śmiechem. Śmiechem, który w rodzinie Fiuczellich został zapomniany dawno temu.
- Gdzieś ty się podziewał urwisie? – spytał Willy.
- Zwiedzałem…
- Ta, jak zwykle, chyba wszystkie możliwe karczmy! – wtrącił.
Szybko jednak zamilkł, gdy tylko spojrzał na poważną już twarz swojego dawnego podopiecznego.
- A więc jeszcze nie zdechłeś? – rzucił chłodno Sandspell.
Willy odwrócił się i dostrzegł w ganku postać swojego pana. Helgrand von Fiuczelli był osobą surową i oschłą, na której twarzy uśmiech gościł tak często jak bezalkoholowy trunek w ustach Aeona. Helgrand był potężnej postury i jak na swój wiek trzymał się całkiem nieźle.
- Przyszedłeś niepotrzebnie, w naszej rodzinie jesteś martwy. – rzucił pogardliwie w stronę Aeona.
- Miło mi to słyszeć, wstydziłem się tego CHUJOWEGO nazwiska. – odszczeknął się Aeon.
Usłyszawszy to Helgrand poczerwieniał ze wściekłości, całe swoje życie z dumą przedstawiał się, jako Fiuczelli a teraz jego własny syn traktuje go taką obelgą. Jego dłonie zacisnęły się w pięści i wyszczerzył zęby jakby chciał pożreć smarkacza żywcem. Opierając się o poręcz wyszedł z ganku i lekko utykając zbliżył się do Aeona na nie więcej jak trzydzieści kroków, bowiem wtedy usłyszał głos wołający z domu.
- Wujaszku! Zostaw mi tego pasożyta!
Aeon bez problemu rozpoznał ten głos. Należał on do jego kuzyna, Larego Fiuczelli.
- Erevar! Arath! Kazereth! – wykrzyknął Lary.
Wtedy w jego ręce pojawił się lśniący miecz, w drugiej zaś złocista, okrągła tarcza, natomiast jego tors pokryła lazurowa zbroja o srebrzystych wykończeniach.
- Mam nadzieję, że umiesz coś więcej, bo duchy strażnicze nie działają tam, dokąd cię zabieram. – rzucił pogardliwie Aeon.
Erevar, Arath oraz Kazereth były pradawnymi duchami, które rodzina Fiuczellich uwolniła dwieście lat wcześniej podczas jednej z wojen, kiedy to plądrowali stary grobowiec. Od tamtej pory duchy poprzysięgły chronić członków tej rodziny tak długo jak na ziemi, po której stąpa członek rodziny, wyryty jest święty symbol Thanatosa. Ich moc nie sięga jednak poza krąg tak, więc podczas wojny okupacyjnej, nie były najlepszą bronią.
Lary milczał i wpatrywał się w postać swojego kuzyna, nie przepadali za sobą od dziecka, jednak już wtedy, Lary wiedział, że w razie śmierci prawowitego dziedzica on będzie pierwszy w kolejce do przejęcia pieczy nad rodziną. Ucieczka Aeona tylko ułatwiła sprawę. Po zbadaniu swojego oponenta rzucił się z nagim orężem w jego stronę i bez chwili wytchnienia wykonał serię uderzeń mieczem jak i tarczą. Aeon okazał się jednak wymagającym przeciwnikiem i niczym kot uskakujący przed nadciągającą karawaną, uchylił się od każdego ciosu. Jakby tego było mało jednym celnym ciosem wytrącił oręż Lary z ręki i powalił go na ziemię potężnym kopnięciem. Dopiero, gdy dopadł go na ziemi i zaczął okładać pięściami Lary zdołał dostrzec znak ‘spokojnego oblivionu’ na piersi Aeona.
- Jesteś jednym z nich! – wyksztusił chwytając kuzyna za ręce. – Nigdzie nie weźmiesz mnie żywcem! – dodał po chwili spluwając Aeonowi w twarz.
Następnie wykorzystał moment dekoncentracji swojego rywala i zrzucił go z siebie, następnie przygniótł tarczą jego głowę.
- Co teraz?! – Co teraz kurwa powiesz?! – krzyczał rozwścieczony próbując usilnie wbić głowę Aeona w ziemię.
W pewnej chwili poczuł dziwny chłód i w mgnieniu oka zabrakło mu tchu. Jego plecami wyszła stalowa klinga Aeona, która przebiła duchową zbroję niczym kawałek płaszcza lichej jakości. Krew powoli spływała po ostrzu z powrotem wpływając do paskudnie wyglądającej rany. Ziemia poruszyła się i uformował się kopiec na wzór kreciego, wtem piaskowe grudy osunęły się odsłaniając pierw posiniaczona twarz Aeona, by po kilku sekundach odsłonić pełne oblicze zwycięzcy. Sandspell zrobił krok w tył, lewą rękę oparł o klatkę piersiową Larego natomiast dłoń prawej ręki zacisnął na rękojeści swojego miecza. Jednym pewnym ruchem wyciągnął ostrze z brzucha, a drugą ręką odepchnął pokonanego kuzyna. Ciało jego gruchnęło o ziemię niczym worek gruzu. Willy natychmiast podbiegł do rannego, ale drogę swoim ostrzem zagrodził mu Aeon.
- On i tak umrze – burknął.
Willy spojrzał na niego z przerażeniem.
- Cesarz wam tego nie odpuści! – zawołał rozgoryczony Helgrand
- Faktycznie, odcięliście się od reszty świata. – mruknął Aeon. – Gardziliście plebsem od zawsze, do tego stopnia, że doprowadziliście do całkowitej izolacji rodu.
- Nie potrzebujemy plebsu, skoro mamy cesarza! – ryknął gniewnie i chwycił młodego za ramiona.
Helgrand zacisną swoje potężne dłonie na ramionach młodego jakby miał go rozszarpać na pół, ale przenikliwy i morderczy wzrok Sandspella nie pozwalał mu na to.
- Cesarz oddał władzę Requiem na Azarath – odpowiedział Sandspell strącając ręce ojca ze swoich ramion. – Jego długa ręka sprawiedliwości tutaj nie sięga.
W jego pozornie spokojnym głosie panoszyły się gniew i nienawiść. Helgrand z lekkim nie dowierzeniem odstąpił o krok od Aeona i przerażony spoglądał na syna. Wtedy Aeon odwrócił głowę w stronę lokaja.
- Biblioteczka dalej stoi? – spytał
Willy jedynie pokiwał głową i po chwili ostatnie rysy Aeona zniknęły za drzwiami domu. Zanurzając się w smutną ciemność, domu, który niegdyś tętnił życiem, zostawił ojca oraz Willa nad zwłokami swojego kuzyna. Długi korytarz prowadził do ciężkich drewnianych drzwi, za którymi znajdowało się kilka stopni prowadzących w dół, do pomieszczenia, w którym znajdowała się czytelnia. Aeon pewnym krokiem ruszył przed siebie wsłuchując się w skrzypienie każdego kolejnego stopnia. Same schody wyglądały na nieużywane od czasu, kiedy to dziedzic opuścił dom rodzinny by sykać wolności gdzie indziej. Drewniana poręcz dawniej wypolerowana i lśniąca teraz pokryła się kurzem a pomiędzy pionowymi szczeblami pająki rozpostarły swoje sieci. Zmurszała gałka zwieńczająca poręcz niemal rozpadła się w jego rękach gdy tylko ją otarł. Na prawo od schodów stał stolik, tak samo jak i schody nieużywany od lat i pokryty kurzem zapomnienia. Na owym stoliku, przy którym Aeon niegdyś spędzał całe dnie czytając dzieła zarówno lokalnych jak i znanych na cały świat twórców, stała biała świeca w szklanym świeczniku, którą to Aeon rozpalał podczas nocnych podróży do krainy książek. Tuż obok świecy leżało krzesiwo, zapomniane tak samo jak cała księgarnia. Aeon chwycił za krzesiwo i z taką samą wprawą jak za dawnych lat rozpalił świecę.
- Powracają wspomnienia, prawda paniczu? - zawołał stojący w progu Willy.
- Śmierć mojego kuzyna widzę nie bardzo cię ruszyła. - odpowiedział.
- Szczerze, nigdy go nie lubiłem, szkoda człowieka, ale nie będę za nim zbyt długo szlochał.
Aeon zadziornie parsknął pod nosem.
- Nikt tu nie przesiadywał odkąd uciekłem? - spytał po chwili.
Willy jedynie potrząsną głową.
- Faktycznie - kontynuował Aeon - chcieli zapomnieć, tak samo jak ja. - mruknął pod nosem i zbliżył się do lokaja trzymając zapaloną świecę.
- Widzisz? - spytał wskazując na znak wydrapany na boku świecy.
- Wydrapałeś go jakiś tydzień przed zniknięciem - stwierdził lokaj - a teraz nosisz go dumnie na swojej piersi.
- Uwierz, nie tak dumnie jakbym sobie tego życzył, ale teraz wiem, że to było lepszym wyjściem, niżeli marnowanie się tutaj. - odpowiedział ze smutkiem.
- To był znak prawda? Wskazówka gdzie cię szukać.
- Poszukiwania rozpoczęłyby się z pewnością w tym miejscu, jednak jak widzę ojciec zamiast tego postanowił wykreślić mnie z rodziny.
- Chciałem rozpocząć poszukiwania, ale Pan Fiuczelli zabronił. - usprawiedliwiał się lokaj.
- Cały stary fiut. - rzucił pogardliwie spuszczając wzrok.
Aeon podszedł do księgozbiorów i spojrzał na wykaz wiszący na jednym z regałów. Wykaz był pożółkły, lekko zniszczony, ale taki sam jak przed kilkoma laty. Nie znajdując niczego interesującego podszedł do kolejnego regału, dalej nic. Lokaj przyglądał się temu z zaciekawieniem, po czym spytał.
- Szukasz czegoś konkretnego?
Aeon odwrócił się twarzą do lokaja.
- Willy-o-wisp, czy mój ojciec nadal otrzymywał jakieś książki od cesarza?
Bez słowa odzewu stary Willy zniknął gdzieś miedzy regałami pozostawiając Aeona samego sobie. Sandspell nie wiedział, czego się spodziewać, a Willego nie było od dobrych kilku minut, to też, aby umilić sobie czekanie zaczął podśpiewywać sobie pod nosem jakieś sprośne, barowe przyśpiewki. Po kilkunastu minutach Willy wyłonił się z cieni.
- Wybacz paniczu, jest coś, czego Cesarz kazał strzec za wszelką cenę, ale nie mogę otworzyć kufra. - powiedział zziajany.
Oczy Aeona zajaśniały.
- Sekret cesarstwa? - spytał z zaciekawieniem.
- Pan Fiuczelli dostał to w trzy-setną rocznicę zawiązania paktu wspólnej pomocy pomiędzy rodem Fiuczellich a cesarstwem. Podobno jest to coś bardzo tajnego i nie powinno wpaść w niepowołane ręce, a jako, że kilkukrotnie próbowano już wykraść owe księgi z pałacowych księgarni to przekazano je nam.
- Gdzie jest kufer? - spytał z chciwym blaskiem w oczach.
- Proszę za mną paniczu. - powiedział Willy i zaprowadził lokaja między regały.
Kufer był wykonany solidnie, oprawiony skórą najwyższej jakości i wzmocniony drakolitycznymi obiciami. Kłódka także wykonana z drakolitycznej stali, ta jednak nie była przeszkodą dla Aeona, który roztrzaskał ją jednym silnym uderzeniem swojego ostrza.
- Czego się spodziewasz? - spytał lokaj.
- Na pewno nie Ma.... hhmeriona... - urwał, kiedy to pierwszą księgą w jego ręce było nic innego jak "Istota bramy" autorstwa Mahhmeriona.
Aeon cały struchlał, jego ręce telepały się jakby raził go piorun, usta drgały jakby z zimna. Próbował coś powiedzieć, ale za nic nie mógł wydusić, chociażby słowa.
- Paniczu, wszystko w porządku? - spytał Willy.
- Mieliśmy rozwiązanie naszych problemów pod nosem... ale pieprzony fiut musiał się zamknąć w fortecy. - rozżalił się. - Willy, uciekaj stąd. - dodał po chwili.
- Paniczu, gdzie? - spytał
- Nie wiem, na kontynent, gdziekolwiek, aby jak najdalej z Azarath. - rozkazał i wręczył lokajowi woreczek złota.
- Nie rozumiem, o co się rozchodzi paniczu?
- Nie musisz rozumieć. - odpowiedział chwytając Williego za ramiona i wlepiając swój wzrok w jego oczy. - Po prostu uciekaj z Azarath, proszę!
Aczkolwiek jego słowa brzmiały bardziej jak rozkaz niż prośba. Zdezorientowany lokaj patrzył na panicza ze strachem.
- Proszę, uciekaj. - powtórzył, po czym wybiegł z domu trzymając w rękach księgę. Bramę zagrodził mu jednak ojciec dzierżący topór w ręku.
- Nasza rodzina pójdzie na dno razem z tobą, gówniarzu!
Aeon nie przejmując się słowami ojca ruszył przed siebie i unikając uderzenia "Dekapitatora" odepchnął ojca na bok, ten podpierając się na słabszej nodze stracił równowagę i runął na ziemię uderzając głową o kamienny chodnik. Aeon nie zatrzymał się już, ani nie odwrócił Nie spojrzał nawet na chwilę na ojca tracącego przytomność. A wiadomość o jego śmierci nie doszła już jego uszu. Aeon, choć nie do końca zadowolony z przebiegu swojej misji miał mocny materiał zastępczy w swoich rękach. Zapiskami Mahhmeriona, Requeim w prawdzie nie mogło pogardzić.
Mogło natomiast pogardzić dobrym sercem Delany, która postanowiła dotrzymać towarzystwa umierającemu starcowi.
- Kto to jest panienko? – spytała panna Burston
- Zaczekaj tutaj. – odpowiedziała Delana i wyszła przed drzwi frontowe.
- Długo ci coś z tym schodzi, Delano. – powiedział chrypliwym głosem przybysz.
- Jej ojciec lada dzień umrze, pozwól nam dotrzymać mu towarzystwa w ostatnich godzinach.
- W takim razie przyśpiesz jego proces umierania. – odrzekł i sięgnął do kieszeni.
Wyciągnął z niej liść i podał Delanie.
- Mięta? – zdziwiła się
- Działamy dyskretnie, ten liść zawiera trujące substancje. Dodasz do zupki staruszka, dla smaku.
Delana uderzyła wyciągniętą dłoń i wytrąciła trujące ziele z ręki.
- Postradałeś rozum Sulfurusie! Mało ci trupów?!
Zabójca natychmiast dobył noża i sunąc przez mrok zaszedł rubinowooką od tyłu. Przyłożył jej zimną stal noża do gardła i szepnął do ucha.
- Proszę, proszę. Jeszcze wczoraj, jako demon mordowałaś kobiety i dzieci a dziś nie zabijesz starca, który i tak umrze za dzień czy dwa? Jutro upływa termin twojego zadania, dziewczyno. Wiesz, że mogę cię zabić, mogę zaskoczyć każdego oprócz dzieciaka Eliasa, ale tutaj go niema. – zagroził
- Nie jesteś głupi, to znaczy, że zdajesz sobie sprawę z sytuacji, w jakiej się znajdujemy. Wiesz równie dobrze, że w Requiem jest niewielu ludzi o takiej wartości bojowej jak ja. Moja śmierć to przybliżenie klęski Requiem, a tego nie chcemy prawda? – zripostowała.
Sulfurus wsunął jej do kieszeni kolejną dawkę trucizny.
- Rób, co do ciebie należy, my mamy sposoby, aby przetrwać, a od ciebie zależy teraz, czy znajdziesz się w śród tych, którzy przetrwają. – odrzekł, po czym rozpłynął się w powietrzu.
Delana odetchnęła z ulgą, gdy tylko przestała wyczuwać jego obecność. Odwróciła się i wyraźnie zmieszana weszła do mieszkania. Dłonie zaciśnięte miała w pięści trzęsące się ze złości.
- Kto to był? Co się stało? – spytałą Ewa, która obserwowała całe zajście.
- Jeden z naszych, Sulfurus. Mocny w gębie, ale nie trzeba się nim przejmować. - uspokoiła swoją nową znajomą.
Ale w głębi duszy prowadziła walkę z samą sobą. W końcu przyszła pora na kolację. Jak każdego poprzedniego dnia Delana pomagała przygotować ciepły posiłek. Gdy tylko Ewa wyszła z kuchni, Shadowstep chwyciła za zatruty liść mięty. Wpatrywała się w niego, wydawałoby się, w nieskończoność. Kilkukrotnie cofała już dłoń ze śmiercionośną rośliną, nie chcąc odbierać życia staruszkowi. W pewnym momencie Ewa weszła do kuchni sprawdzić jak radzi sobie nowa gospodyni.
- Co tam trzymasz w ręku? – spytałą dostrzegając kawałek liścia.
- To? To tylko mięta, pomyślałam, że może pomoże staruszkowi zasnąć ale…
- Dobry pomysł przyda mu się nieco odmiany! – uradowała się dziewczyna - zróbmy mu herbaty z miętą!
Delana uśmiechnęła się sztucznie i nalała wrzątku do kufla, po czym zaparzyła w nim liść herbaty razem z liściem mięty. Obie podały kolacje staruszkowi i udały się do jadalni. O ile apetyt dopisywał Ewie jak nigdy, o tyle Delana nie mogła przełknąć ani kęsa, ciągle spoglądała w stronę pokoju, w którym leżał staruszek. W jej głowie kołatały się wyrzuty sumienia oraz wizje prawdopodobnych reakcji Ewy naśmieć starca.
- Nie jesz? – spytałą Ewa
- Jakoś nie mam ochoty.
- Sama mówiłaś, że nie trzeba się martwić tamtym typkiem, prawda? – odpowiedziała z ustami pełnymi jedzenia.
Delana przeprosiła, wstała od stołu i wyszła przed dom. Ze wzgórza widać było potężne, mury cytadeli. Zimny jesienny wiatr wiał z północy roztrzepując fryzurę gwardzistki. Jej czarne włosy powiewały niczym czarna flaga w morzu bitwy. Flaga, za którą niegdyś walczyła w legionach potępionych. Stojąc tak na wzgórzy wróciły jej obrazy z tamtych chwil, tu gdzie teraz stała posiadłość Burnstonów, stała niegdyś Delana, tuż przy boku Urgasha wraz z pozostałą czwórką demonów ze straży przybocznej księcia trzeciego z pięciu kręgów piekieł. Po drugije stronie doliny widziała wojska dowodzone przez Archona zmierzające w ich kierunku. U boku Archona stali Elias, Gustaw oraz Illiath. Dumni z błyszczącą stalą maszerowali w kierunku upadłej armii. W końcu padł rozkaz do ataku i wojska Requiem przyspieszyły kroku, to samo stało się z wojskami upadłych. Patrząc w dolinę Delana dostrzegła siebie, biegnącą pomiędzy resztą piekielnych siepaczy. Widziała jak dobiera się do każdego kolejnego obrońcy i odcina mu głowę. Widziała własnych braci i siostry umierających z rąk Requiem. Tańczyła w morzu krwi, i wtedy pojawił się blask. Illiath otworzył bramę a potężna energia poczęła wsysać demony do środka, zarówno żywych jak i martwych. Wydawało jej się, że widzi twarze wszystkich zebranych. Urgasha, który znikając w odmętach bramy wyklina strażników, przestraszone twarze samych strażników i tajemny uśmieszek Gustawa. Przypomniał jej się także wyraz twarzy Eliasa, który nie wyglądał na dumnego z powierzonej mu misji. Było w ręcz odwrotnie, oczami dawał znać, że chce wracać.
- Nie chciałeś tam być, Eliasie, zrobiono z ciebie bohatera, którym nie chciałeś nigdy zostać. – mruknęła pod nosem
- Kim jest Elias? – spytała Ewa podchodząc po cichu Delanę od tyłu.
- Dawny znajomy, z… bardzo dawna.
- Wspomnienia wróciły?
Delana pokiwała głową.
- Chodźmy się przespać, jutro czeka nas pracowity dzień. – zaproponowała i udała się do sypialni.
Za nią podążyła Ewa, ale coś natchnęło ją, aby zobaczyć, co słychać u seniora. Podeszłą do drzwi i zapukała delikatnie, następnie je uchyliła i weszła po cichu. Wtedy rozległ się krzyk, Delana natychmiast wpadła do sypialni starca. Staruszek leżał cały siny, jego ręce były zimne. Shadowstep chwyciła go nad nadgarstkiem, aby sprawdzić puls.
- Niech to będzie zwykła mięta, zwykła mięta! – krzyczałą w duszy.
Próbowała odnaleźć puls na ręce, na szyi, podstawiała palec pod nos i usta, aby poczuć oddech, nic! Staruszek był martwy, leżał bezwładnie na łóżku w takiej pozycji, w jakiej skończył jeść swój ostatni posiłek.
- Nie żyje. – wykrztusiła Delana
Na te słowa Ewa zalała się łzami. Wydawało się jej jakoby wszystko dla niej się właśnie skończyło. Wszystkie związane z pradziadkiem stały się nagle jakieś zamglone i szare.
- Panienko Delano, co teraz? – spytała ocierając łzy.
Delana odpowiedziała milczeniem i jedynie wpatrywała się w zwłoki starca.
- Więc przyszła pora na mnie? – spytała ponownie
- Tak… - wydusiła z siebie. – Resztę nocy spędzisz w Requiem, chodźmy.
- Mam coś zabrać… ze sobą?
- Wszystko dostaniesz na miejscu, zostało nam sporo ubrań po… poległych. – odpowiedziała i za rękę wyprowadziła z domu Ewę.
Dziewczyna przez chwilę się ociągała, mówiła o pogrzebie, ale gdy tylko Delana obiecała, że wrócą pochować pradziadka z godnością, trochę jej ulżyło i przyspieszyła kroku. Jeszcze przed godziną czwartą bramy Requiem stanęły otworem dla ostatniej dwójki.