Bramy cytadeli zamknęły się dla podróżnych. Żadna karawana nie została wpuszczona do środka w obawie przed uderzeniem w fortecę od środka. Szóstka wybrana przez gwardzistów nie spuszczała z siebie oka chociażby na krok. Relacje między nimi zaczęły się zacieśniać, nawet między Tryshotem a Neuronem, którzy początkowo nie przepadali za sobą. Młoda Burston początkowo przerażona osobą Tryshota, pohamowała swoje uprzedzenia, gdyż okazał się człowiekiem, który z uśmiechem na ustach nie tylko morduje, ale i włącza się w rozmowy na różne, nie konieczne ważne czy też sensowne tematy. Jeszcze tego samego dnia odkryła, paskudnie wyglądającą bliznę na jego plecach, kiedy przebierał koszulę.
- Co to? Nie wygląda najlepiej. – zainteresowała się dziewczyna.
- Wybacz, że my bandyci nie jesteśmy piękni jak poniektórzy eleganci.
- Boli?
Tryshot spojrzał w niebo.
- Boli… za każdym razem jak o tym pomyślę.
- Opowiesz mi o tym? – spytała zaciekawiona.
- dużo pytań zadajesz, ale w zasadzie Neuron jest nieosiągalny, Luiz gapi się na ściany od kilku godzin, Van’dal i Silverfield pracują nad swoją znajomością magii. A ja bym do kogoś mordę otworzył.
Ewa usiadła obok i kątem oka zerknęła na Tryshota, a na jej twarzy pojawiły się lekkie rumieńce.
- To było dawno, jakieś piętnaście może dwadzieścia lat temu, w każdym razie byłem jeszcze dzieciakiem. – Zaczął – Mieszkałem nieopodal Lethe, wioska zwała się Helar, do Lethe było może godzina drogi na piechtę. Wtedy do Lethe przybił statek z całym oddziałem cesarskich. Starzy mówili, że cesarscy mają zmienić stacjonujących od kilku miesięcy ludzi w Ghald, jednak jak się okazało poza zmianą warty mieli też dopaść jednego człowieka, nazywał się chyba Eratiel… Już dobrze nie pamiętam, w każdym razie z tego, co mówili nam cesarscy, był poszukiwany za próbę morderstwa jakiegoś wysokiego urzędnika Nemezjańskiego. Nikt jednak nie chciał wydać Eratiela.
- Dlaczego? – przerwała Ewa.
- Nikomu na Azarath nie zawinił, a wręcz przeciwnie, był bardzo pomocny w wiosce. Nie wiem ile było w tym, co mówili strażnicy, prawdy, ale człowiek był naprawdę pomocny. Cesarscy uznali to, jako konspirację i na mocy jakiegoś, chuj wie, komu znanego, paragrafu rozpoczęli czystki, wioskę zrównano z ziemią. Ludność wymordowano niemalże całkowicie, a mi się został taki oto prezent. Miałem tyle szczęścia, że jeden ze strażników trafił mnie jedynie końcówka miecza. Wydawało mu się pewnie, że dobrze trafił i już się nie podniosę, ale jak widać się grubo mylił.
Burston spuściła głowę i rzekła ze smutkiem.
- Jest tutaj jeszcze, ktoś, kto nie stosuje przemocy do osiągnięcia celów?
Tryshot pogładził młodą dziewczynę po głowie.
- Tylko martwi, młoda, tylko martwi. – odrzekł
Nie wiedział jednak jak bardzo może się w tej kwestii mylić, bowiem droga do Blackrose dobiegała ku końcowi, za wzniesieniem minęli chatę Burstonów i weszli w leśną dróżkę prowadzącą przez strome zbocze w głąb głuszy. Cała czwórka w końcu dotarła do granicy wioski. Przy błotnistej drodze stał znak z jakimś napisem, prawdopodobnie swego czasu mówił on „Blackrose” teraz jednak nie było możliwości, aby go odczytać. Przegnity i stęchły drzeworyt był zaledwie preludium tego, co drużyna Ascarona miała zastać wewnątrz wioski. Z każdym kolejnym krokiem nasilał się zapach stęchlizny, można by rzec, że cała okolica cuchnęła śmiercią. Gdy tylko wyszli zza drzew ich oczom ukazał się obraz spalonej doszczętnie wioski, zwęglone drewniane chatki, zburzone kamienne ściany. Draxowi na myśl od razu przyszło Peacebloom. Jedyna różnicą był brak wyrwy w ziemi w centrum wioski oraz smród gnijących zwłok, którego nie zdarzył poczuć w swej rodzinnej wiosce. Ascaron dał znak, aby wszyscy stanęli, a sam zrobił kilka kroków w przód dokładnie badając wzrokiem cała zniszczoną okolicę. Z każdym krokiem czuł coraz większy niepokój, którego nie potrafił uzasadnić, coś po prostu dręczyło jego umysł. W pewnym momencie poczuł jakoby na coś nadepnął, ostrożnie uniósł nogę i zobaczył pluszowego misia, całego we krwi. Tuz obok niego leżała malutka dłoń dziecka, chcąc oderwać wzrok od tego makabrycznego widoku spojrzał w drugą stronę. Nie znalazł tam także ukojenia dla oczu, bowiem spostrzegł chłopa przybitego do drzewa widłami. Szpikulce wideł przechodziły przez oczodoły, wychodziły tyłem głowy wywlekając na wierzch kawałki czaszki oraz mózgu. W otwartych ustach schronienie znalazły sobie różnego rodzaju robaki i pasożyty. Poniżej głowy nie było lepiej, gardło jego rozdarte było niemalże na całej długości, a struny głosowe wywleczone na wierzch. W miejscu serca widniała dziura, nie dawała światła na, zewnątrz ale serca na miejscu nie było, a poszarpane tętnice i żyły kołysały się bezładnie, to samo tyczyło się jelit, które pozbawione punktu zaczepnego „dyndały” przy pierwszym lepszym podmuchu wiatru. Tuz pod nogami rozszarpanego ciała gniły powoli genitalia ofiary, a skóra zdarta z pleców, niczym długa peleryna króla, słaniała się po ziemi. Drzewa stojące na terenie całej wioski wydawały się być całkowicie pozbawione życia, ostatnie poczerniałe liście leniwie opadały z gałęzi na ziemię. Wiatr nucił smętną melodie przelatując miedzy ruinami domów a smród, jaki mu towarzyszył stawał się coraz dotkliwszy dla nozdrzy. Aeon w pewnym momencie nie wytrzymał i kichnął w dłonie, w swoich mazistych glutach dostrzegł obecność krwi.
- Nie jest dobrze Ascaronie, jak zostaniemy tu dłużej może to się skończyć czymś więcej jak tylko krwawymi glutami. – zawołał.
Ascaron tylko uniósł lewą rękę dając znać, ze rozumie, ale jednocześnie nakazał pozostać cicho. Wyraźnie próbował cos usłyszeć, brak jakiegokolwiek znaku życia dawał się jednak w kość nie tylko Ascaronowi. Pozostała trójka także nerwowo się rozglądała i nasłuchiwała. Ze skupienia wytrącił ich hałas zawalającej się sterty drewna, wszyscy spojrzeli na stojącą tuz przy nich ruderę. Spośród zwałów drewna wystawała ludzka ręka, Ascaron bez zastanowienia podszedł i z nadzieją, że pozostał tu ktoś żywy zabrał się za odgarnianie zawalonych desek. Palce u ręki poruszyły się raz i drugi, Steelstrike nie mógł uwierzyć w to, co widzi, że pośród tej całej masakry odnalazł kogoś żywego. Nim jednak przekopał się do ciała tuz obok jego twarzy świsnął błyszczący kawałek stali a trzask, jaki doleciał spod sterty drewna przypominał pękającą czaszkę.
- Coś ty kurwa zrobił! – wrzasnął na Draxa.
- To nie był człowiek, przynajmniej nie żywy. – odpowiedział spokojnie Drax
- Jak to nieżywy?! Widziałeś przecież, ze palce się poruszyły!
- Globalna percepcja pozwala mi wykrywać zaburzenia energii wokół mnie, demony, Requiem, ludzie, zwierzęta… każde z nich wywołuje charakterystyczne zaburzenie energii.
- Więc pomyślałeś, że to tylko człowiek i go zabiłeś? – spytał ironicznie.
- Lepiej, to coś nie wytwarzało, żadnego typu zaburzenia.
- Ożywieńcy! – wrzasnęła Delana
Drax wraz z Ascaronem zwrócili swój wzrok na towarzyszkę broni.
- Nie byłeś w stanie wyczuć żadnego zaburzenia, ponieważ ożywieńcy nie posiadają duszy, ani nie emitują żadnego rodzaju energii, to po prostu zwłoki, które potrafią chodzić i zabijać.
Okrzyk wydany przez Delanę zwrócił na cała czwórkę uwagę martwiaków, wychodzili oni ze wszystkich stron, spod gruzów, z piwnic, krzaków, pokazywali się na resztkach dachów, gdy na jeden z nich wyszło ich za wielu dach runą z impetem na ziemię, ale umarli nie mieli zamiaru leżakować i natychmiast stanęli na równe nogi. Gałęzie drzew zaczęły skrzypieć niemiłosiernie.
- Nawet tam się wdrapały skurczybyki… -syknął Aeon spoglądając na jedno z drzew, które znajdowało się w pobliżu.
Pewne było natomiast, że twórca tych kukiełek nie przebierał w pomysłach, jedni całkowicie pozbawieni byli masy mięśniowej, byli tym, co ludzie zwykli nazywać szkieletami. Inni przemieszczali się na czworaka niczym drapieżny kot, który podkrada się do swojej ofiary, ich ciała były nienaturalnie wygięte. Kręgosłup, jeżeli w ogóle go miały, był wygięty do granic możliwości nogi rozstawione szeroko, ręce zakończone szponami i żeby niczym kły wampira. Kolejnym dziwolągiem byli, ożywieńcy których jedna ręka była zlepkiem z kilku ciał a w miejscu dłoni znajdowała się druga głowa, która „żyła własnym życiem”. Znaleźli się tam też standardowi zombie z rozpłatanymi czaszkami, którzy ciągle wietrzyli swój mózg, lub to, co z niego pozostało, niektórym brakowało kończyn bądź innych kawałków ciała. W martwym szeregu stały także osobniki pozbawione żuchwy o nienaturalnie długim zwisającym języku, który sięgał im niemal do pasa. Na ich językach dało się zauważyć małe otwory zakończone czymś na miarę mikroskopijnych zębów, po krótszej dedukcji można było się domyślić, że oplatają językiem ofiarę, po czym malutkie szczeki odgryzają kawałki jej ciała. Na myśl o tym ciarki przeszły wszystkim po plecach. Patrząc na te i dziesiątki innych wskrzeszonych monstrum nie kryli obrzydzenia. W pewnym momencie Drax poczuł, ze jego miecz podnosi się do góry, odwrócił wzrok od kampanii powitalnej i zobaczył jak umarlak, któremu przebił łeb podnosi się z ziemi. Zareagował intuicyjnie i szybkim wymachem cisnął umarlaka o ścianę wyciągając z jego głowy kawałki przegnitego organu. Jego czaszka otwarła się i w wyniku uderzenia o ścianę reszta mózgu wyleciała ze swojego miejsca. W tym momencie wszystkie mity poszły w diabli, gdyż umarlak wstał ponownie. Pozostała trójka dobyła oręża, wiedzieli, że pomimo ociężałości trupów nie będą należeć do najłatwiejszego przeciwnika. Aeon rozejrzał się dookoła i ze smutkiem stwierdził, że zostali otoczeni, bez lepszego pomysłu na obronę wszyscy ustawili się plecami do siebie, mogli w ten sposób odeprzeć ataki nadchodzące ze wszystkich kierunków. Szybko się okazało, że te ociężałe i powolne zwłoki to także kolejny mit, który został właśnie obalony. Niczym dziki tabun umrzyki rzuciły się w stronę gwardzistów. Odcinanie głów i rąk nie zdawało się na wiele gdyż odcięta cześć ciała nagle „ozywała” i łączyła się na powrót z tułowiem. Taniec śmierci nabierał z czasem tempa i strategia, która obrali na początku stawała się coraz mniej skuteczna. Szczególnie, ze zostali zepchnięci pod jeden z uschniętych dębów, z którego gałęzi grupa martwiaków zeskakiwała zmuszając gwardzistów do obrony z powietrza. Zaczęli oni, więc manewrować, podczas gdy jeden opuszczał gardę drugi brał na siebie jego przeciwników, sytuacja nie poprawiała się ani o trochę, ale nie stawała się także gorsza. Kiedy jeden z ożywieńców skakał z drzewa nadziewał się na miecz Ascarona wtedy to Drax zasłaniał odsłonięte plecy swojego przełożonego i uderzając bokiem miecza posyłał chodzące zwłoki w powietrze. Miejsce Draxa zajmował wtedy Aeon, na którego z kolei miejsce wskakiwała Delana, wtedy Ascaron wybiegał w powstałą lukę po Delanie i kontynuowali swój taniec, małymi kroczkami przesuwając się spod drzewa na otwarty teren. Wszystko szło zgodnie z planem, gdy nagle Drax musiał odeprzeć atak jednego z tych ożywieńców, którzy mieli wielkie łapska zakończone głowami. Paskudna morda wbiła się zębami w Moonglow i nie chciała puścić. Szamotanina zajęła Draxowi chwilę w efekcie, czego znów zostali zepchnięci pod drzewo. W końcu szarpnął z całych sił i rozciął rękę umarlaka aż po łokieć, z błyskiem w oczach ustawił ostrze poziomo i wycelował nim w brzuch zlepieńca, jak go później nazwał. Z impetem wbił się w cielsko i prawą dłoń położył na zwieńczeniu rękojeści.
- Uwolnienie – szepnął.
W mgnieniu oka rozległ się trzask kości i zgrzyt mięśni rozrywanych pod ogromnym naporem powietrza. Krew oraz kwasy żołądkowe ściekały po jego ostrzu, a ku jego zadowoleniu zlepieniec nie był w stanie się poskładać. Jednak zabicie w ten sposób, co najmniej setki martwiaków nie wchodziło w grę, przynajmniej nie pozwalały mu na to jego możliwości. Co więcej Delana wykazała się wysokim brakiem rozwagi i spojrzała w stronę Draxa, a gdy się odwróciła zauważyła przed swoimi oczyma szczękę jednego z umarlaków.
Sam jej właściciel siedział na jednej z gałęzi a szczęka była przymocowana do rozciągniętych, niczym język gada, mięśni. Nie drgnęła jednak ani centymetra dalej, gdyż zachowując trzeźwość umysłu Aeon w ostatniej chwili przebił ją swoim mieczem. Szybkim ruchem rozpłatał szczękę na dwie części, jednak nie zdołał jej oddzielić od mięśnia, gdyż truposz zadbał, aby jak najszybciej jego „buźka” wróciła na miejsce. Ascarona także nikt nie miał zamiaru oszczędzać, dobrze nie odepchnął jednego umrzyka a już następny gotował się by zadać mu śmiertelny cios. Jeden z zombie wyprowadził w jego stronę cięcie, które mogłoby pozbawić go kawałka czaszki, Ascaron jednak uskoczył niczym dziki kot i wyprowadził kontratak. Niestety noga poślizgnęła mu się na zatopionym w krwi płucu leżącym na ziemi i udało mu się trafić jedynie w ramię. Jakoby tego było mało jego broń zaklinowała się w ciele zombie, przez co musiał się chwilę poszarpać, aby ją wydobyć. W efekcie wyrwał w dość nieestetyczny sposób rękę martwiaka, po czym pozbawił go głowy atakując z obrotu i wziął na siebie kolejnego przeciwnika. Aeona zaintrygował fakt, że ręka nie połączyła się z ciałem, postanowił więc przeprowadzić eksperyment. Dopadł pierwszego lepszego umrzyka i podobnie jak Ascaron, rozszarpał mu kawałek ręki, efekt był taki sam ręka pozostała martwa.
- Mam! – zawołał
- O co chodzi?! – zapytał Drax
- Jeżeli rozszarpiesz im ciało nie będą mogli się z nim na nowo połączyć, czyste cięcia są tu nieskuteczne.
- Dajcie mi chwilę czasu a powtórzę to co po Ghald! – zawołał
Ale nie było możliwości, aby Drax uzyskał, chociaż chwilę spokoju. Pogrążeni w bitewnym tańcu musieli uważać, aby nie paść ofiarą któregoś z ożywieńców. Aeon gdzieś pomiędzy wszystkimi zwałami morderczego mięsa dostrzegł kaplicę, która jako jedyna pozostała niezrujnowana. Jednym krzyknięciem rozkazał wszystkim towarzyszom, aby udali się za nim. Całą czwórka pędziła na oślep, rozrzucając umarłych na boki jak szmaciane lalki. W koncu dopadli się drzwi kaplicy i wtargnęli do środka. Ascaron szybko rzucił zaklęcie na swój oręż by zwiększyć jego masę, a następnie zabarykadował nim drzwi.
- Co teraz? – spytał ocierając pot z czoła.
- Zostawcie to mi! – wtrąciła Delana.
- Duzo potrzebujesz czasu? – spytał zaniepokojony.
- Chwilę to zajmie. Ale kiedy dam sygnał otworzysz drzwi i i natychmiast schowasz się w tamtej wnęce. – odpowiedziałą wskazując wnękę znajdującą się tuz w bocznej ścianie. – Reszta niech się odsunie.
Pozostała trójka nie miała innego wyjścia jak tylko posłuchać się weteranki wojennej. Delana przyłożyła rękę do ziemi i w jednej chwili nakreśliła się na niej świetlista runa. Była w kształcie okręgu o promieniu jednego metra, z jego obręczy do środka w spiralnym kształcie zawijały się linie. Ich wspólnym punktem było drugie znacznie mniejsze, koło które wyznaczało środek runy, właśnie tam znajdowała się Delana. Wewnątrz małego koła powoli kształtował się pentagram, będący standardowym symbolem runicznej magii używanej przez demony.
- Ogniu dawco życia – rozpoczęła inkantację – ty, który dałeś początek ognistemu ptakowi, ty, który płoniesz w czeluściach i boskich posesjach. Mroczny dawco światła, który obracasz w popiół i przerażasz, użycz mi swej dwojakiej natury, ofiaruj mi życie i zaraz zabierz je tym, którzy się go wyrzekli.
Przez cały czas trwania inkantacji wszyscy obserwowali czarnowłosą w końcu krzyknęła i Drax wraz z Aeonem schowali się za jej plecami, natomiast Ascaron szarpnął za oręż i dobijający się martwu tłum wlał się do kaplicy niczym piwo z beczki do kufla. Delana znała tę runę bardzo dobrze, w królestwie piekielnym często praktykowała rożne metody jej użycia. Najefektywniejszą okazało się stopniowe podgrzewanie powietrza na zewnątrz kręgu i podpalenie go w centralnej jego części, dzięki podziałowi tego zaklęcia na dwu fazowe mogła zaoszczędzić znaczną ilość many zawartej w runie, przez co mogła zwiększyć obszar działania zaklęcia oraz temperaturę ognia. W przypadku podpalenia całego kręgu i użycia dłuższej fali ognia znaczna ilość many zostawała zużyta przy aktywacji runy, a powietrze traciło na szybkości przez, co w efekcie redukowało zasięg ognia. W końcu runa została uaktywniona. W centralnej jej części zebrała się wirująca kula ognia a gdy Delana unosiła ją do góry, to ogniste języki niczym łańcuchy chcące przytrzymać skazańca na ziemi, naprężały się i trzeszczały. Zaklęcie osiągnęło swoje apogeum, kiedy kula ognia znalazła się nad głową, wtedy to delana cisnęła nią w stronę szarżującej armii umarłych. Ognisty pocisk nabierając prędkości spowijał coraz to większa ilośc powietrza ogniem powiększając swe rozmiary i ciągnąc za sobą warkocz płonący warkocz. Zaklęcie wchłonęło martwe ciała z łatwością, a gdy tylko pocisk przemknął w pobliżu kryjówki Ascarona, ten poczuł bijący od niego żar. Umarłe ciała zmieniły się w jeszcze bardziej martwy popiół. Delana klęczała podpierając się na obu rękach, jej oddech był ciężki, a pot spływał strumieniami po twarzy. Drax kucną przy niej i poklepał po ramieniu.
- Znów ratujesz nam tyłek – powiedział radośnie.
Delana tylko spojrzała na niego z uśmiechem łapiąc kolejny oddech.
- To było coś, dziewczyno. – komplementował ją przełożony.
- Nie widziałeś jeszcze połowy. – odpowiedziała sapiąc.
- Teraz proponuje się rozdzielić i poszukać nekromanty, nie wydaje mi się, żeby ktoś inny stał za takim powitaniem. – zarządził Ascaron.
- Tylko pamiętajcie, że nici tu z mojej globalnej percepcji, nie ostrzegę was przed umrzykami.
- To ja skocze rozejrzeć się po okolicy, stwierdził Aeon i wyszedł z kaplicy stroną gdzie stały jeszcze przed chwilą drzwi.
- Zostań w pobliżu Delany, może coś się jeszcze czaić w ciemnościach. – stwierdził Ascaron i także opuścił kaplicę.
- Będę tuz za rogiem. – Szepnął Drax do Delany i wyszedł z kaplicy.
Kiedy stał za ścianą wyraźnie poczuł obecność drugiej osoby w kaplicy. Postanowił jednak poczekać na rozwój wydarzeń. Delana powoli dochodziła do siebie. Kiedy wstała na równe nogi rozejrzała się dookoła. Jej rubinowe oko dostrzegło kawałek Moonglow wystający zza osmolonej ściany. Nie dostrzegło tego jednak oko drugiej osoby, która niczym duch zbliżyła się do dziewczyny.
- Jesteś idealna. – szepnął jej głos do ucha.
Delana natychmiast się odwróciła, ale nie miała na tyle sił, aby dobyć Abyssa. Mogła liczyć tylko i wyłącznie na Draxa.
- Kim jesteś? - spytała.
- Jestem tylko skromnym nekromantom.
Słysząc te słowa Drax zacisnął dłoń na rękojeści. Podekscytowany mocą Delany mag, jednak nie zauważył jego obecności.
- Idealna do czego? - spytała czując, że Draxowi zależy na informacjach.
- Aby stać się drugim Gravenimage, drugim stworzonym przez człowieka.
- Gravenimage?! Żartujesz sobie!
- Jeden już jest wiernie służący, w zamian za to, mogę uratować Requiem.
Delana zamarła.
- To chyba niewielka zapłata za uratowanie ludzkości nie prawdaż?
- Jak to Gravenimage…? – wykrztusiła z nieodwierzaniem.
- Znam wiele pieczęci Nemezisa. Mogę tworzyć Gravenimage, mogę tworzyć bramy. Chociaż do tego pierwszego, potrzeba mi odpowiedniej osoby.
- Odpowiedniej osoby?
- Będę szczery, piewszy Gravenimage nie jest doskonały, ale tobie brakuje jedynie umarłej części, jesteś naturalnie pół demonem, pół człowiekiem. Uwierz mi, Gravenimage to nie wielka cena za miliony istnień, poza tym staniesz się potężniejsza niż jesteś teraz.
Pragnienie mocy od zawsze było zagnieżdżone gdzieś głęboko w duszy Delany, raz już stała się demonem, aby zyskać siłę, a teraz obiecano jej jeszcze większą moc. Nekromanta wydawał się być dobrze poinformowany o ukrytych rządzach dziewczyny. Jego słowa wydawały się właśnie te rządze obudzić na nowo.
- Skoro to ma uratować ludzkość… - powiedziała niepewnie, ale przez jej głos przemawiała rządza władzy.
- Dość tego… - doleciał głos zza rogu.
Z obnażonym ostrzem wyskoczył zza niego Drax. Moonglow jaśniało jak podczas walki z Behemothem. Każdy kawałek ostrza pokrywało wirujące powietrze gotowe rozszarpać wszystko co stanie mu na drodze.
- Powstań! – zawołał nekromanta i w jednym momencie ściany pokryły się jasnymi runami, a z mroku wystrzelił niczym pocisk stwór pokryty kością. Zatrzymał on rękoma ostrze Moonglow i nawet wirujące powietrze nie zrobiło na nim wrażenia.
- Drax! Nie on uratuje Requiem ja powinnam…
- Nic nie powinnaś! – wykrzyknął Drax i wyzwalając energię z ostrza cisnął monstrum o ścianę.
Kościana bestia jednak szybko zebrała się na równe nogi i ponownie rzuciła się na Draxa. Chłopak zablokował uderzenie bokiem ostrza, ale i tak zachwiało ono nim w nogach. Truposz nie poprzestał na tym i kontynuował natarcie, zmuszając białowłosego do morderczego wysiłku. Być może to właśnie ta różnica stanowiła o przewadze stwora. O ile z każdym kolejnym unikiem i kontratakiem, które wydawały się nie odnosić żadnego skutku, młody Bloodpledge tracił siły o tyle opętana szałem istota nie wydawała się zwalniać tempa. W końcu Drax padł na ziemię i przy pomocy Moonglow oraz swoich nóg starał się odeprzeć dociskającego go do ziemi potwora.
- Starczy! – wykrzyknęła Delana i dosięgła w przypływie adrenaliny za broń.
Bez namysłu rzuciła się na potwora i jednym ciosem zrzuciła go z Draxa. Efekt uderzenia jednak był tak samo marny jak tych, które wyprowadził Drax. Kościste coś wstało i rzuciło się tym razem na Delanę, powaliło ją na ziemię i już miało wgryźć się w jej szyję…
- Skąd to masz! – warknął stwór.
- Co mam? – spytała przerażona dziewczyna.
- Nie udawaj głupiej to należało do Mayi!
- Wisiorek? Markus?!
- Gadaj co jej zrobiłaś!
- Ona kazała ci to przekazać…
Bestia puściła Delanę i zrywając jej z szyi wisiorek stanęła na równe nogi.
- Co robisz głupia istoto!? – zawołał nekromanta.
- Ty… - warknął zaciskając w swej szkieletowej pięści kawałek metalu. – Zabrałeś mnie jej!
Markus nie czekając ani chwili dłużej, rzucił się na swojego pana. Ten jednak jednym ruchem ręki, sprawił że truposz uniósł się w powietrze po czym uderzył w przeciwną ścianę.
- Głupcze, nie możesz podnieść ręki na swojego pana!
- Ale moim panem to ty nie jesteś… - szepnął mu do ucha Drax. I przystawił zimną stal Moonglow do gardła.
- Głupcze beze mnie nie zapieczętujecie bramy!
- Drax on ma rację! Musimy jakoś dojść do porozumienia!
Drax uśmiechnął się szyderczo pod nosem
- Według Mahhmeriona, nekromanta niema racji.
- Co! Mahhme… - urwał nekromanta
Poczuł wbijający się kawałek zimnej stali, ból rozrywającej się skóry i nacinanych ścięgien oraz mięśni. W końcu przeszywający ból rozcinanych kręgów kręgosłupa i chrzęst ocierających się o stal kości. Twarz nekromanty wygięła się w bólu, ale głos nie zdążył się wydobyć z jego ust. W końcu martwa głowa osunęła się z ramion i niczym szmaciana lalka padła na ziemię roztrzaskując twarz.
- Dziękuję wam… - wymruczał Markus patrząc w podłogę.
- Skoro jest ożywieńcem czemu się nie rozpadł? – spytał Drax.
Delana rozejrzała się po całym pomieszczeniu.
- Te znaki, to Runa Nemezisa. One mogą istnieć niezależnie od tego, kto je stworzył.
- A więc to jest siła Gravenimage?
- Że czego? Ja nie jestem Gravenimage. Zostałem wskrzeszony przy użyciu zaklęcia rangi boskiej.
- I nie ruszy się poza tą runę. – dodał Aeon wchodzący do pomieszczenia – Runy Nemezis to potężna broń, ale ograniczone są obszarowo. Żaden twór zrodzony w ten sposób nie może opuścić runy. A kiedy zostanie ona zmazana…
- Tak, chłopak ma rację, wraz ze zużyciem runy odchodzi jej twór. Mam prośbę, odeślijcie mnie do świata wiecznego spoczynku. Samo istnienie tutaj mnie boli.
- A nekromanta? – spytał Ascaron
- Nekromanta? On by się nam nie przydał, zaufaj mi… - odpowiedział Aeon. – Dobra, a teraz ktoś umie odsyłać?
Delana podeszła do ściany i dotknęła ręką świetlistych run.
- Sposób odsyłania jest identyczny dla każdej magii runicznej, jednak w przypadku Runy Nemezisa dezaktywacja jest możliwa jedynie poprzez tego, kto użył danej runy, bądź dopiero po śmierci czarodzieja.
- Proszę, panienko Delano, odeślij mnie.
Delana zamknęła oczy i wymamrotała pod nosem niezrozumiała formułkę. Runy raz jeszcze zajaśniały, po czym ich blask stopniowo zaczął słabnąc aż w końcu same runy zniknęły ze ściany. Truposz spojrzał w stronę dziewczyny.
- Powiedz, Mayi… że zawsze była kimś więcej… dla… mnie… - dokończył resztką sił po czym jego głowa bezwładnie zawisła na klatce piersiowej.
Do oczu Delany napłynęły po raz pierwszy łzy.
- Pora wracać, nic nie zdziałaliśmy. – burknął Ascaron.
Aeon spojrzał na Draxa, a ten odwzajemnił spojrzenie, przepełnione goryczą. Schował Moonglow i ruszył w stronę wyjścia. Zrujnowana wioska wkrótce zniknęła za ich plecami. Swąd martwych ciał wydawał się zniknąć razem z nekromantą. Jednak w ich duszach na długo pozostanie obraz tego, co tu zobaczyli. W końcu doświadczenia te ruszyły nawet osobę, która nie potrafiła uronić jeszcze tak nie dawno łzy. W końcu las się rozstąpił i odsłonił podejście na pagórek. Gdy tylko się na niego wdrapali ujrzeli postać uklepującą ziemię w ogródku.
- Znalazłem go martwego, pomyślałem, ze warto go pochować.
- Strażnik cesarski? Tutaj? – zdziwił się Aeon.
- Przecież to… - urwała Delana.
Chłopak odwrócił się w stronę drużyny Ascarona. Na twarzy Draxa natychmiast pojawił się radosny uśmiech i rzucił się przybyszowi w ramiona.
- Wiedziałem, że przyjdziesz, kiedy będziesz potrzebny!
- Mam nadzieję, że w requiem dobrze cię nauczyli walczyć. – westchnął obejmując Draxa – Delana, miło widzieć cię w dobrej formie.
- I ciebie też – odpowiedziała nie kryjąc radości z wizyty dawnego znajomego.